Pożar w londyńskim metrze. "Cokolwiek ustalą policja i służby, dwie rzeczy warto podkreślić już teraz"

- Jeśli hipoteza o pojedynczym chałupniku się potwierdzi, byłby to znak, że zorganizowany terroryzm na razie nie jest w stanie uderzyć, a może w ogóle słabnie na Wyspach - ocenia Adam Szostkiewicz.

Publicysta w swoim najnowszym wpisie w "Polityce" odniósł się do dzisiejszej eksplozji w londyńskim metrze. Do zdarzenia doszło na stacji Parsons Green. Według BBC przyczyną wybuchu była amatorska bomba. Policja nazywa je "incydentem terrorystycznym".

To żadne pocieszenie dla poparzonych w metrze na stacji Parsons Green i ich rodzin, jednak jeśli hipoteza o pojedynczym chałupniku się potwierdzi, byłby to znak, że zorganizowany terroryzm na razie nie jest w stanie uderzyć, a może w ogóle słabnie na Wyspach

- ocenia dziennikarz i przyznaje, że w ciągu pół roku już drugi raz kontaktował się z rodziną mieszkającą w Londynie z pytaniem, czy wszystko z nimi w porządku. Dodaje także, że to, że nie było masakry, nie znaczy, że zamach celu jednak nie osiągnął.

Gdy uciekający ludzie tratują się w przerażeniu, a (prawdopodobnie) nieujęty jeszcze sprawca pożaru może gdzieś w pubie nad szklanką piwa ogląda swoje dzieło w telewizji, strach przezeń posiany zbiera psychologiczne żniwo

- podkreśla.  

Zobacz także: Szostkiewicz pastwi się nad polską gościnnością. "Kraj, w którym hajluje się, opluwa muzułmankę"

Zdaniem dziennikarza warto też pamiętać o tym, że londyńczycy do atmosfery zagrożenia terrorystycznego przyzwyczajeni są co najmniej od czasu zamachów bombowych IRA. Jego zdaniem: "to na wielki plus".

Natomiast na wielki minus wypada ocenić fakt, że wielka torba mogła zostać wniesiona w godzinach porannego szczytu do metra, a jej właściciel mógł wyjść bezpiecznie z wagonu i ze stacji. Gdzie były służby ochrony i personel?

Cały wpis na blogu "Polityki" >>>

"Jestem szantażowany". Biedroń mówi, że będzie interwencja Unii ws. drogi ekspresowej do Słupska

DOSTĘP PREMIUM