O śpiewaniu kolęd w piekle przez niewierzących celebrytów - ksiądz wprowadza świąteczny nastrój

Ledwie kilka dni temu polski zakonnik Piotr Łacheta kpiąco odniósł się do słów papieża Franciszka o uchodźcach, dziś świąteczny nastrój wprowadza inny duchowny, który uważa, że śpiewanie kolęd przez niewierzących celebrytów jest nie na miejscu.

Rzymskokatolicki duchowny z Poznania ma problem osobami, które nie są katolikami, a jednak śpiewają kolędy. Co więcej, aby usprawiedliwić wykluczanie tych, którzy wychowali się w tradycji katolickiej i kolędy są elementem ich kultury, tłumaczy, że chce w ten sposób uchronić ateistów przed ogniem piekielnym.

Ten sam współczujący ksiądz, w innym niedawnym tweecie udowadniał, że uchodźców nie należy porównywać do Józefa i Maryi (co miało być chyba argumentem dla tych niechętnych ich przyjęciu).

O kolędach i dla katolików, i tych niekoniecznie wierzących, rozmawiała z Magdą Umer w audycji Kultura Osobista Marta Perchuć-Burzyńska. Piosenkarka zaznaczyła, że kolędy wybrzmiewają w czasie, kiedy trzeba pamiętać, na czym polega ważność i mądrość zbliżającego się święta.

- Polega ona na tym, że mamy sobie, jeśli nie codziennie, to chociaż raz do roku, że mamy szczęście, gdzie spać, gdzie jeść, że mamy kogoś do kochania i jak jest wielkie szczęście, to jeszcze ktoś nas kocha. A teraz na całym świecie są miliony ludzi, który tego nie mają. I w epoce, kiedy jeden lot samolotem może zawieźć tyle jedzenia, ile chcemy, bo tyle się wyrzuca do śmieci, to nie dzieje się tak. A jednocześnie jakiś nieprawdopodobny procent naszego społeczeństwa nazywa się chrześcijanami - tłumaczyła piosenkarka.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM