Facebook nas nie rozwija. Utwierdza tylko we własnych poglądach. Nieoczywiste skutki social mediów

Tezy o szkodliwym wpływie mediów społecznościowych na społeczeństwo i demokrację zaczęto traktować bardzo poważnie. Czy istnieje ucieczka od dominacji internetowych gigantów?

Były wiceszef Facebooka, Chamath Palihapitiya, podczas wykładu na Uniwersytecie Stanforda wygłosił tezę, że portal niszczy mechanizmy społecznego działania i rozrywa tkankę społeczną. Według Seana Parkera, współzałożyciela Facebooka, serwis bazuje na pętli społecznego utwierdzania się w słuszności własnych przekonań, która wykorzystuje ułomności działania ludzkiego mózgu. Jeden z pierwszych biznesmenów inwestujących w Facebooka, Roger McNamee, stwierdził, że "zarówno Facebook, jak i Google zagrażają zdrowiu publicznemu oraz demokracji".

Tymczasem organy śledcze Stanów Zjednoczonych wyjaśniają sprawę wpływu Rosji na wynik wyborów prezydenckich w USA, który miał być wywierany właśnie za pośrednictwem Facebooka.

Gość audycji Agnieszki Lichnerowicz prof.Mirosław Filiciak z Uniwersytetu SWPS zwraca jednak uwagę na fakt, że czasem krytykując Facebooka można popaść w przesadę. Zauważa, że media społecznościowe są też materializacją tego, jak działają relacje międzyludzkie. - Facebook nie jest samotną wyspą. Zmieniło się myślenie o roli mediów. Ich zadaniem nie jest już jedynie dostarczanie informacji. Służą też reklamowaniu siebie, budowaniu własnej marki. Jest to też kontynuacja zwrotu demotycznego, który obserwujemy od dłuższego czasu. Oznacza on skupienie się na zwykłych ludziach, a jego przejawem był np. program Big Brother - analizował naukowiec.

Czytaj też: Czy tak będzie wyglądał polski samochód elektryczny? Oto zwycięskie projekty nadwozia

Dzisiejszy największy strach - bycie niewidocznym


- Kiedyś przestrzegałem studentów, żeby nie pokazywali za dużo w mediach społecznościowych. Jednak dziś największym strachem jest bycie niewidocznym, ponieważ rozpoznawalność jest potrzebna, przekłada się na różne korzyści. Dla studentów Facebook jest jak mail i faks, traktują go półoficjalnie. Wiedzą, że pewnych rzeczy się tam nie wrzuca, bo mogą np. zaszkodzić w karierze - dodaje.

Filiciak zauważa też, że co prawda algorytmy mają wpływ na nasze życie, ale ponieważ bazują na analizie naszych zachowań, pośrednio to my je kształtujemy.

Jak mówi, problem polega na tym, że Facebook, jako prywatna firma, inaczej niż np. rząd, nie podlega społecznej kontroli. Możemy jedynie mieć nadzieję, że “król Facebooka” nas wysłucha. Miasta mogą tworzyć co prawda swoje aplikacje, ale one przegrają z produktami firm, które tak bardzo nie muszą “przejmować się” zasadami ochrony danych osobowych.

Czy jednak społeczeństwo nie powinno takiej kontroli uzyskać?

Naukowiec wskazał dwie przyczyny, z powodu których byłoby to bardzo trudne. Po pierwsze istotną pracę wykonują algorytmy, których ujawnienie niewiele by nam powiedziało, bo nie bylibyśmy w stanie ich w pełni zrozumieć. Można przypuszczać, że nawet ich autorzy nie mają nad nimi pełnej kontroli. Poza tym, Facebook ujawniając takie dane, zaszkodziłby własnym interesom.

Fantazje lat 90

Zdaniem kulturoznawcy, obserwujemy obecnie pokłosie “deregulacyjnej fantazji lat 90”. To niewidzialna ręką rynku popchnęła nas w internecie właśnie w takim kierunku. - Dolina krzemowa roztacza aurę naprawiania świata, ale faktycznie można tam, zaobserwować duże nierówności społeczne. Dawni hipisi mieli zarobić kupę kasy, ale być przy tym fajni i idealistyczni, a być może zafundowali nam coś jeszcze gorszego, niż rzeczywistość tworzoną przez naftowych oligarchów itp - mówił.

Profesor ocenia, że oddolne ciśnienie  ze strony społeczeństwa na władze, żeby zaczęły kontrolować internetowych gigantów, nie jest wcale silne. Przytoczył słowa badaczki Wendy Chan, która porównała informatyków z doliny krzemowej do kapłanów, którzy mają monopol na prawdę.

A może internet trzeba uspołecznić?

- Ekonomistka Mariana Mazzucato napisała, że Dolina Krzemowa bazuje na publicznych pieniądzach inwestowanych w innowacje, a potem prywatyzuje zyski. Gdyby wodę i gaz nam miały dostarczać prywatne firmy, to to by było szaleństwo - zauważa Filiciak.

Podaje też przykłady alternatywnych rozwiązań na poziomie lokalnym - w niektórych miastach próbuje się koncepcji kooperatyzmu. W Amsterdamie miejskie lokale, które nie są używane non stop, można rezerwować na spotkanie za pośrednictwem specjalnej aplikacji. Jest to więc ekonomia współdzielenia, ale nie w wydaniu korporacyjnym.

- Może trzeba też zastanowić się nad prawem antytrustowym? Faktycznie ruchem w sieci rządzi dziś przecież kilka podmiotów - zauważa naukowiec.

Kluczowe w opinii Filiciaka jest uświadomienie sobie mocy sprawczej algorytmów i korporacji informatycznych, które są potężnymi lobbystami. Jako światełko w tunelu wskazuje "potyczki" Komisji Europejskiej z Google.

Przypomnijmy: zarzuty dotyczą między innymi tego, że wyszukiwarka Google wykorzystuje swoją pozycję żeby promować własną porównywarkę cen Google Shopping, niszcząc przy tym konkurentów. Komisja Europejska nałożyła w tym roku na firmę grzywnę w wysokości 2,42 mld euro. Kolejne kwestie sporne dotyczą podejrzeń, że oprogramowanie Google do urządzeń mobilnych Android wymusza swoje warunki na producentach urządzeń. Unia zarzuca też amerykańskiemu gigantowi, że płaci zbyt mało podatków w UE, przekierowując pieniądze do spółek zarejestrowanych w krajach o niskich podatkach.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM