Prezydent Bydgoszczy: Być może dzień przed wyborami przyjdzie po mnie dwóch panów w mundurach

Mieszkańcy Bydgoszczy coraz bardziej akceptują swoje miasto. Widzą, że się rozwija, pięknieje. Coraz rzadziej słychać pejoratywne określenie "brzydgoszcz" - mówi w rozmowie z portalem Tokfm.pl Rafał Bruski (PO), prezydent Bydgoszczy, uczestnik akcji "Przystanek Miasto".

Tokfm.pl: 10 stycznia to kolejna miesięcznica PiS przed Pałacem Prezydenckim. Wybiera się pan?

Rafał Bruski: Na żadnej miesięcznicy nie byłem i nigdzie się nie wybieram. Od dwóch lat czekam z niecierpliwością na raport podkomisji Macierewicza. Ciekawe co teraz wymyślą: były już puszki, parówki i pomysł z przywiązywaniem brzozy do dachu samochodu. Władza ma problem, bo nie ma dobrego zakończenia tej sprawy. Ucieka z tym tematem z mediów narodowych.

Dlaczego uciekają?

Bo sprawa jest już od dawna wyjaśniona: to była zwykła katastrofa lotnicza. To było bardzo smutne wydarzenie, zginęło wielu Polaków, ale nie zmienia to faktu, że to był wypadek. PiS zrobił z tego temat polityczny, stworzył religię smoleńską. Jej kapłani mają dziś duży problem.

Pan nie ma żadnych wątpliwości?

Ufam nauce, faktom, wiedzy. Tymczasem spiski smoleńskie to szarlataneria.

Jak się pan poczuł, gdy zobaczył własny nekrolog autorstwa przeciwników politycznych?

Z tym da się żyć. To mało wyrafinowany happening. Gorsze są dla mnie inne sytuacje. Takie jak ta, gdy ktoś w nocy podjeżdża pod mój dom i rzuca w szyby kamieniami wielkości pięści. Miesiąc temu ktoś wkręcił mi trzy śruby w oponę samochodu. To wskazuje na to, że sprawca działał z premedytacją i chciał mi zaszkodzić jak najbardziej.

Co ma pan na myśli?

Gdyby chciał się po prostu wyżyć, to przebiłby mi opony nożem. Wtedy od razu zauważyłbym szkodę. Śruby zauważyłem dopiero po jakimś czasie - jeździłem samochodem, z którego opony uchodziło powietrze. W każdej chwili opona mogła pęknąć, co byłoby bardzo niebezpieczne podczas jazdy. Zgłosiłem sprawę na policję.

Zostanie pan po raz trzeci prezydentem Bydgoszczy?

Nie mam takiej pewności. Żaden samorządowiec nie może mieć. W Bydgoszczy trudno wygrać w pierwszej turze, nastawiam się na dwie tury i ciężką walkę. Jeśli będzie uczciwa, to jest szansa.

Na czym miałaby polegać nieuczciwa kampania?

Na przykład na tym, że dzień przed wyborami przyjdzie dwóch smutnych ludzi w mundurach i mnie wyprowadzi w kajdankach.

Naprawdę się pan tego spodziewa?

Biorę to pod uwagę. Przecież przeciwko wielu samorządowcom toczą się postępowania. Mnie też próbowali w coś uwikłać - wszystkie sprawy zostały umorzone przez prokuraturę. Cieszę się, że nie goszczę na pierwszych stronach gazet, jak kilka moich koleżanek i kolegów.

Taki spektakl to metoda doskonała, bo kluczem do wyborów jest zaufanie. Jeśli mieszkańcy zobaczą, że ich prezydent jest wyprowadzany z ratusza w kajdankach, to zaufanie natychmiast spada, pojawiają się wątpliwości. Wystarczy to zrobić tuż przed ciszą wyborczą, by wpłynąć na wynik wyborów.

Kto będzie pana najsilniejszym konkurentem?

Tego nie wiem, domyślam się że pewnie ktoś z PiS-u. Jednak nikt się do tego zadania nie pali. Co ciekawe praktycznie przez siedem lat gdy jestem prezydentem Bydgoszczy nie miałem okazji rozmawiać z miejscowymi politykami PiS. Wolą zwoływać konferencje prasowe, ewidentnie boją się bezpośredniej rozmowy.

Podczas jednej z nich powiedzieli kiedyś, bym przyszedł do ich biura. Odpowiedziałem, że w Warszawie jeden pan z PiS wzywa wszystkich na Nowogrodzką, a ja nie będę rozmawiał o mieście w biurze partyjnym. O mieście rozmawia się w ratuszu.

Podobała się panu rekonstrukcja rządu?

Wśród ministrów i wiceministrów nie ma żadnej osoby z Bydgoszczy.

A Bartosz Kownacki, wiceminister obrony narodowej?

Ten specjalista od uczenia Francuzów jedzenia widelcem to spadochroniarz z Warszawy. Zresztą mówi się, że wkrótce straci stanowisko. W poprzedniej kadencji Bydgoszcz miała w rządzie swoich przedstawicieli w postaci ministra Radosława Sikorskiego, Teresy Piotrowskiej i Pawła Olszewskiego. Człowiek związany z miastem to przepustka do dobrych i szybkich decyzji.

A teraz wojewoda, przedstawiciel rządu, szybko nazwał wam ulicę imieniem Lecha Kaczyńskiego. To ważna ulica w Bydgoszczy?

Mało ważna, ale mieszka przy niej sporo osób, którym nie podoba się ta zmiana. Wojewoda skrzywdził w ten sposób mieszkańców, bo wiadomo było jaka będzie reakcja. Ludzie nie chcą mieszkać przy ulicy o tej nazwie.

Obecnie wojewoda ma takie kompetencje, że nie może za bardzo pomóc, ale ma cały wachlarz możliwości, by zaszkodzić.

Na przykład?

Opóźniając wydawanie decyzji, czego konsekwencje będzie ponosił samorząd. Przykładem z naszego podwórka jest ociąganie się wojewody z egzekucją działki pod Trasę Uniwersytecką. Już dwa miesiące czekamy na jego podpis. Mamy rozgrzebany plac budowy i nie możemy ruszyć dalej.

Za chwilę wykonawca prac zacznie nam naliczać kary za to, że nie udostępniamy mu placu budowy. Tymczasem wojewoda ma obowiązek wydać decyzję bezzwłocznie i nie później niż w ciągu 30 dni. Gdy tylko wrócę do Bydgoszczy złożę do rządu skargę na bezczynność wojewody. Jeśli wykonawca prac obciąży nas karą, to na drodze sądowej będę domagał się przerzucenia jej na wojewodę.

Pan złoży pismo, a tymczasem wielu ludzi, którzy nie orientują się w mechanizmach działania samorządu, nie zrozumie o co chodzi w tym całym zamieszaniu.

Niestety wielu Polaków nie wie jak działa budżet państwa, na czym polega praca samorządu. Dlatego łatwiej jest populistom, którzy tylko mnożą obietnice bez pokrycia. W 1989 roku popełniliśmy ogromny błąd: nie wyedukowaliśmy młodego pokolenia z podstaw demokracji i ekonomii.

A WOS, czyli wiedza o społeczeństwie?

To za mało. Nauczyliśmy młodych wielkich słów, ale nie pokazaliśmy jak takie instytucje jak Trybunał Konstytucyjny przekładają się na codzienne życie. Nie pomogliśmy im zrozumieć na czym w praktyce polega demokracja. Nie przełożyliśmy wielkich słów na codzienne decyzje. Teraz zbieramy tego owoce.

DOSTĘP PREMIUM