Kolejna rozprawa w sprawie Czeczenów odwołana. "To jakaś wojna psychologiczna? Karygodne"

Funkcjonariusze Straży Granicznej mieli w poniedziałek zeznawać w procesie trzech Czeczenów, oskarżonych o zaatakowanie pograniczników w Ośrodku dla Cudzoziemców w Białej Podlaskiej. Rozprawa jednak się nie odbyła, bo... po raz kolejny zabrakło tłumaczki. Mimo, że oskarżeni zgodzili się na prowadzenie procesu bez jej udziału - sąd na to nie przystał.

Cała sprawa dotyczy wydarzeń z kwietnia 2017 roku. Z ośrodka strzeżonego dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej miała być deportowana cudzoziemka z dwojgiem małych dzieci. Gdy w nocy kobieta zaczęła przeraźliwie krzyczeć, broniąc się przed deportacją - inni chcieli jej pomóc. Trzech mężczyzn, ojciec i dwóch synów, którzy w kraju swego pochodzenia doświadczyli tortur (czym tłumaczą teraz swoje zachowanie) zaczęło mocno stukać w drzwi. To wtedy wpuszczono do ich pokoju gaz, a potem - jak opowiadają - skuto kajdankami i zastosowano przemoc. Straż Graniczna od początku jednak twierdziła, że to Czeczeni byli agresywni i dlatego użyto siły. Prokuratura uwierzyła funkcjonariuszom i skierowała do sądu akt oskarżenia.

Na pierwszej rozprawie zabrakło tłumacza. Dziś stało się dokładnie to samo

W październiku miała się odbyć pierwsza rozprawa w tym procesie, ale okazało się, że sąd wezwał jedynie tłumacza języka rosyjskiego, a potrzebny był także tłumacz znający język czeczeński. W efekcie proces tego dnia nie ruszył. Zaczął się dopiero pod koniec listopada - na pierwszej rozprawie zeznawali oskarżeni i ich żona/matka oraz psycholog, która od początku im pomaga. Na przesłuchanie funkcjonariuszy Straży Granicznej zabrakło tego dnia czasu.

O tej rozprawie pisaliśmy tutaj: Agresja, tylko czyja? Czeczeni, oskarżeni o napaść na pograniczników, sami też skarżą się na przemoc

Kolejna rozprawa została wyznaczona na dzisiaj, na poniedziałek, 15 stycznia. Tak jak poprzednio, Czeczeni przyjechali na nią z Warszawy. By dojechać na godz. 9.00 do sądu, musieli wstać przed 5 rano - podobnie jak przedstawiciele organizacji pozarządowych, którzy ich wspierają i którzy też byli w sądzie. Na miejscu okazało się jednak, że... znów nie ma tłumacza, a bez niego rozprawa nie może się odbyć.

- Pani tłumaczka poinformowała sąd, że nie może stawić się na rozprawę z powodu choroby. Próbowała powiadomić i poprosić o zastępstwo inną osobę, która również zna język czeczeński, ale ta pani nie odbiera telefonu - tłumaczył sędzia, Piotr Pietraszek.

Oskarżeni: "Niech proces odbywa się bez tłumacza". Tyle tylko, że...

Co prawda oskarżeni - zapytani przez swojego pełnomocnika - odpowiedzieli, że chcą prowadzenia procesu bez obecności tłumaczki, ale sąd nie wyraził na to zgody. - Nieobecność tłumacza jakiegokolwiek języka, zrozumiałego dla oskarżonych, byłaby naruszeniem ich prawa do obrony - stwierdził sędzia Pietraszek. Kolejny termin wyznaczył na 28 lutego.

"To karygodne"

Tak o kolejnym odroczeniu procesu mówi psycholog Maria Książak z Polskiego Ośrodka Rehabilitacji Ofiar Tortur, która pomaga cudzoziemcom, w tym stającej właśnie przed sądem czeczeńskiej rodzinie. - To jest dla tych panów bardzo męczący proces. Nie dość, że cierpieli tortury w kraju pochodzenia, to teraz jeszcze jest jakaś wojna psychologiczna na nich chyba prowadzona - mówi nasza rozmówczyni. Nie rozumie, dlaczego nie można było odroczyć rozprawy na pół godziny czy godzinę i wezwać jakiegoś tłumacza. - Przecież tu w Białej Podlaskiej jest ośrodek dla cudzoziemców, gdzie muszą być tłumacze. Nie można było kogoś poprosić? To jest jakiś absurd - mówi M. Książak. Sami cudzoziemcy też byli mocno zdenerwowani, że rozprawa nie mogła się odbyć - mimo, że zrezygnowali z tłumacza i chcieli kontynuowania sprawy.

Adwokat Czeczenów: "Rozumiem decyzję sądu"

- Moi klienci powiedzieli co prawda, że wyrażają zgodę na prowadzenie rozprawy bez tłumacza, ale rozumiem decyzję sądu, który uznał, że obecność tłumacza jest konieczna ze względu na gwarancję prawa do obrony. W końcu to jest proces trzech cudzoziemców i oskarżeni powinni wiedzieć, co dzieje się na sali sądowej. Dziś mieli być przesłuchiwani funkcjonariusze a oskarżeni nie wiedzieliby, co mówią świadkowie - mówi adwokat, mec. Marek Siudowski.

Proces pokaże, jak było naprawdę?

Cudzoziemcy, ich obrońca i przedstawiciele organizacji pozarządowych wierzą, że tak właśnie będzie. Że wszyscy zobaczą, kto w czasie zajść w ośrodku był stroną agresywną. Jednym z głównych dowodów w tej sprawie ma być nagranie z monitoringu w ośrodku dla cudzoziemców, które widzieli m.in. prawnicy Rzecznika Praw Obywatelskich.

"W ocenie Rzecznika dwaj mężczyźni, którzy po otwarciu drzwi pojawiają się w nich jako pierwsi, nie atakują ani nie próbują uderzyć stojących przy drzwiach funkcjonariuszy. W stosunku do obydwu zostaje zastosowany przymus bezpośredni – siła fizyczna. Dopiero po użyciu siły fizycznej wobec dwóch cudzoziemców następuje gwałtowna reakcja trzeciego z mężczyzn. Również on zostaje obezwładniony przez funkcjonariuszy" - czytamy w komunikacie RPO.

Poniedziałkowa rozprawa miała być szczególnie ważna

Przesłuchanie funkcjonariuszy Straży Granicznej - do czego miało dziś dojść a nie doszło - to rzecz niezwykle istotna. Bo z zeznań Czeczenów wprost wynika, że to nie oni zaatakowali pograniczników, ale było zupełnie odwrotnie. Czeczeni zeznawali, że zostali skuci kajdankami i powaleni na ziemię. Mieli być m.in. kopani po głowach; jednemu z synów pogranicznicy zdjęli skórzany pasek i - jak wynika z zeznań - bili go tym paskiem po kolanach. Co ważne, ciosy zadawano w miejscu, gdzie nie było kamer monitoringu.

Z wyjaśnień ojca wynika, że gdy prosił o zdjęcie kajdanek, bo zaczęły mu od nich sinieć ręce, jeden z funkcjonariuszy śmiejąc się w twarz pomachał mu przed oczami kluczykiem do kajdanek. Jednemu z synów pogranicznik miał stanąć całym ciężarem ciała na gołej stopie. Inny miał zranione ucho. Jak relacjonują: gdy do ich pokoju wpuszczono gaz, młodszy z mężczyzn nie mógł złapać oddechu, dusił się. Zaczął się modlić, bo był pewien, że to już koniec.

DOSTĘP PREMIUM