Użyli paralizatora, by razić narządy płciowe zatrzymanych. Koniec procesu policjantów

4,5 roku więzienia dla jednego z policjantów i po 1,5 roku dla dwóch pozostałych - takiej kary żąda prokurator w procesie dotyczącym użycia paralizatora wobec dwóch zatrzymanych. Chodzi o wydarzenia z czerwca ub. rok, do których doszło w Lublinie, gdy dwaj mężczyźni mieli być rażeni paralizatorem po intymnych częściach ciała. Paralizatora użył jeden z funkcjonariuszy - dwaj pozostali mieli o tym wiedzieć i nie zareagować. 

Główny oskarżony, Marcin G. to policjant z wieloletnim stażem. W czasie procesu nie składał wyjaśnień, nie odpowiadał też na pytania sądu czy adwokatów. To u niego w szafce – po zgłoszeniu złożonym przez jednego z pokrzywdzonych – w czerwcu ubiegłego roku znaleziono prywatną latarkę z paralizatorem.

Prokuratura, na podstawie zebranych dowodów, uznała, że użył jej ze szczególnym okrucieństwem m.in. wobec obywatela Francji, który został przywieziony na Izbę Wytrzeźwień. – Zrobił to najpierw przez ubranie, w okolicy żeber i uda, ale później zdjął mu spodnie i bokserki i użył paralizatora na gołe ciało, w okolice intymne – mówiła przed sądem prokurator Barbara Bandyga.

Paralizator? „Nauczę go języka”

Z ustaleń śledczych wynika, że Francuz, który był pod wpływem alkoholu, początkowo twierdził, że nie zna języka polskiego. Marcin G. miał skomentować to w ten sposób, że nauczy cudzoziemca mówić po polsku. - Kilkukrotnie w radiowozie raził go paralizatorem – mówiła prokurator.

Drugie zdarzenie dotyczyło młodego chłopaka, też pod wpływem alkoholu. Z jego zeznań na jednej z poprzednich rozpraw wynikało, że to on został w nocy napadnięty i prosił o pomoc. Tyle, że policjanci uznali, że to on był agresywny i postanowili odwieźć go do Izby Wytrzeźwień. Gdy był już w środku, też został rażony paralizatorem, przez tego samego policjanta. Widziała to jedna z pracownic Izby (opowiadała o tym przed sądem); odgłos paralizatora słyszała też druga z będących w tym czasie na dyżurze kobiet.

Obrońca głównego oskarżonego chce uniewinnienia

Mimo tych dowodów, obrońca  głównego oskarżonego wniósł o uniewinnienie Marcina G. – Chciałbym, żeby nad naszą sprawą nie ciążyła sprawa tragedii wrocławskiej, tragedii Igora Stachowiaka, gdzie w wyniku określonego działania funkcjonariuszy policji doszło do śmierci młodego człowieka. Było to niewątpliwie nieszczęście, natomiast tutaj powinniśmy starać się spojrzeć nieco inaczej na cały materiał dowodowy – mówił przed sądem mecenas Stanisław Estreich.

Dowodził też, że nie dostrzega takich dowodów, które wprost wskazywałyby na użycie przez jego klienta paralizatora (jednym z dowodów są nagrania z monitoringu, na których widać Marcina G. z latarką w ręku). Adwokat – w mowie końcowej – próbował też zminimalizować możliwe skutki użycia paralizatora. – Mówi się o narzędziu, które okazało się niebezpieczne, ale jest to paralizator połączony z latarką, dostępny w powszechnym obiegu, w Internecie, w sklepie z bronią można go kupić bez pozwolenia. Siła napięcia i natężenia jego rażenia jest taka, że nie został uznany za broń i nie powinna powodować żadnych skutków grożących życiu i zdrowiu – mówił przed sądem Mec. S. Estreich udowadniał też, że użycie latarki z paralizatorem może być łagodniejsze niż użycie np. policyjnej pałki.

Marcin G. siedzi w areszcie, został doprowadzony do sądu przez policję. Dwaj pozostali oskarżeni odpowiadają z wolnej stopy. W sądzie pojawili się razem z rodzinami i swoimi obrońcami, którzy też wnieśli o uniewinnienie - w przeciwieństwie do prokuratora, który domaga się dla nich po półtora roku więzienia i kilkuletnich zakazów wykonywania pracy w zawodzie policjanta.

Co – na wcześniejszej rozprawie – zeznawali pokrzywdzeni?

Pisaliśmy o tym w listopadzie w portalu tokfm.pl. Jeden z pokrzywdzonych mówił m.in., że ból był niesamowity, spaliła mu się skóra. Opowiadał też o tym, że płakał i prosił, by dali mu już spokój. Gdy mówił o tym przed sądem, łzy ciekły mu po policzku.

Przełożony oskarżonych policjantów godził się na prywatne latarki

W trakcie środowej, ostatniej rozprawy w tym procesie, zeznawał m.in. przełożony oskarżonych policjantów Paweł Szuster. Przyznał, że policjanci często mieli na służbie prywatne latarki, bo te, które normalnie są na wyposażeniu, są z reguły długie i niewygodne.

– Dlatego też zaczęli posiadać swoje małe latarki, które były przypinane do munduru. Były wielkości 8-10 cm. Nie uważałem, że jest to problem, bo wytłumaczenie, dlaczego noszą te a nie inne latarki było dla mnie oczywiste i zrozumiałe. Oczywiście, chodziło o latarki jako urządzenia do rozświetlania pomieszczeń – mówił przełożony.

Stwierdził, że wcześniej nie wiedział, że w latarce może być paralizator. Przyznał jednak, że gdy sprawa użycia paralizatora ujrzała światło dzienne, zaczęły do niego dochodzić plotki, że latarki z paralizatorem są używane przez wielu funkcjonariuszy (generalnie, w policji). – Nie znając zagrożenia, wcześniej nie drążyłem tego tematu – stwierdził świadek. Wyrok w tej sprawie sąd ma wydać za dwa tygodnie, 30 stycznia.Wszyscy trzej oskarżeni zostali już wcześniej usunięci z policji.

Czy tak będzie wyglądać policja przyszłości? Niepozorny samochodzik jest zaawansowanym robotem

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM