"Myślałam, że to są zwykli bandyci. Nogi się pode mną ugięły" - dziennikarka Trójki opowiada o wtargnięciu policji

Dziennikarka Trójki chce, by sprawa wtargnięcia policji do jej domu, skończyła się w sądzie. Akcja okazała się pomyłką. Działania policjantów - skucie kobiety, przeszukanie domu - widziały dzieci Anny Rokicińskiej.

Wszystko wydarzyło się w środę wieczorem (28 marca 2018). Do domu Anny Rokicińskiej wchodzi sześciu funkcjonariuszy policji. Nie są w mundurach, tylko cywilnym ubraniu. Nie przedstawiają się. Nie mają nakazu. Skuwają kobietę i zaczynają przeszukiwanie.

Na początku do mnie nie dotarło, kim oni są. Myślałam, że to są zwykli bandyci. Przestraszyłam się. Zażądałam nakazu, okazało się, że nie ma nakazu, wchodzą 'na legitymację'. Zażądałam więc legitymacji, jeden z policjantów pomachał mi przed oczami dokumentem. Chciałam zobaczyć, obejrzeć czy autentyczna. W tym momencie panowie mnie skuli

- relacjonuje dziennikarka w rozmowie z Tokfm.pl.

Bez żadnego trybu

Początkowo policjanci nie reagowali na prośby dziennikarki o kontakt z adwokatem. Potem jeden rzucił tylko "podaj numer". Kobieta nie miała dostępu do swojego telefonu, więc numeru podać nie mogła.

Rokicińska mówi, że nie została pouczona o przysługujących jej prawach. Nie poinformowano jej też o prawach przysługujących jej jako dziennikarce.

Policjanci powinni też zadbać o dwójkę dzieci znajdujących się w domu (8 i 11 lat). Nie wiedzieli jednak, że one tam będą.

Sami byli zaskoczeni, że dzieci tam są. Jedna z policjantek próbowała uspokajać moje dzieci. Mąż powiedział, żeby dała sobie spokój, bo to działa odwrotnie. Dzieci widziały też mnie skutą, siedziały akurat na widoku

- wspomina.

Karygodne zachowanie funkcjonariuszy

Jak relacjonuje dziennikarka, funkcjonariusze zwracali się do poszkodowanej per "ty". Zasypywali ją pytaniami o fakty i ludzi, o których nie miała pojęcia. Gdy prosiła o wyjaśnienia, słyszała wulgarne odpowiedzi.

Poprosiłam o pokazanie zdjęcia człowieka, o którego pytają. Nagrywam tylu ludzi, że być może coś mi umknęło. On powiedział „zaraz ci pokaże”. Po chwili zapytałam 'może mi pan pokazać to zdjęcie'. A on odpowiedział 'gówno ci pokażę

- cytuje Rokicińska.

Jak opowiada, policjanci ją szantażowali, że aresztują też męża, dzieci zabiorą do policyjnej izby dziecka. Używali wulgaryzmów i swobodnie rozmawiali o swoich prywatnych sprawach.

Czekałam, aż to się wszystko skończy. Oni sobie pogaduchy urządzali, o swoich prywatnych rzeczach. Ja chciałam, żeby moje dzieci nie musiały być tak długo świadkami tego wszystkiego

- opowiada dziennikarka Trójki w rozmowie z Tokfm.pl.

Czekoladki w ramach przeprosin

Około godz. 22:30, gdy kobieta miała już wsiadać do policyjnego samochodu, do domu wszedł jeden z policjantów, by poinformować, że... to pomyłka. Dziennikarka usłyszała wtedy:

Bardzo Panią przepraszam, zatrzymaliśmy nie tę Annę, z nie tego remontowanego domu - i pojechali dwa domy dalej.

Gdy akcja okazała się pomyłką, policjanci bardzo przepraszali poszkodowaną, chcieli kupować kwiaty i czekoladki.

Następnego dnia do kobiety dzwonił też ich przełożony, wyjaśniał nieporozumienie. Przepraszał.

Powiedział mi, że oni nie wiedzieli, że w tym domu są dzieci. Oni wchodząc do mnie nie wiedzieli, jak ja się nazywam. Znali tylko moje imię

- relacjonuje dziennikarka radiowej Trójki.

Arogancja na Twitterze

Na przeprosinach się nie skończyło. Bo policja musiała przeprosić też za wpis, który ukazał się na oficjalny profilu policji na Twitterze.

Wpis Komendy Policji na TwitterzeWpis Komendy Policji na Twitterze 

Rzecznik KGP nazwał wpis... pomyłką.

Z tego systemu nie da się samemu wyjść

Dziennikarka zdaje sobie sprawę, że jest w uprzywilejowanej pozycji: ma wiedzę o procedurach, wie gdzie się zwrócić o pomoc. Jednak to wszystko nie przydało się podczas środowej akcji policji.

Uważam się za osobę rozgarniętą, ale miałam taki mętlik w głowie... Zrobiłam dziesiątki materiałów o tym, jakie człowiek ma prawa przy zatrzymaniu, ale to wszystko, w takiej kryzysowej sytuacji, umyka

- przyznaje Rokicińska. I zapowiada, że będzie dochodzić swoich praw przed sądem. Reprezentować ją będzie pro bono dr Łukasz Chojniak, który specjalizuje się m.in. w niesłusznych zatrzymaniach i aresztowaniach.

Chcemy zadośćuczynienia

Mecenas zapowiada, że podejmą szereg kroków prawnych:

W pierwszej kolejności będziemy składać zażalenie na to zatrzymanie, będziemy kwestionować jego zasadność, prawidłowość i legalność. Będziemy się też domagać zadośćuczynienia. Policja musi brać odpowiedzialność za swoje działania.


Chojniak chce też, aby odpowiednie służby sprawdziły, czy policjanci, którzy są odpowiedzialni za tę sprawę, działali zgodnie z prawem i w granicach swoich uprawnień:

Problem polega też na tym, jak ta interwencja przebiegała. Moja klientka została, skuta kajdankami, wszystko przebiegało na oczach dzieci. Będziemy chcieli, żeby odpowiednie procedury wyjaśniły, czy wszyscy policjanci dopełnili swoich obowiązków, czy nie przekroczyli uprawnień.

DOSTĘP PREMIUM