Pat Cox: W zachodniej Europie nie docenialiśmy wszystkich kosztów głębokiej transformacji

- Będzie szalenie ważne, aby nigdy nie podjąć działań, które będą negatywnie odczuwane przez polskich czy węgierskich Europejczyków - mówił dla TOK FM były przewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Z Patem Coxem, byłym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, o przyszłości Unii Europejskiej rozmawiał Maciej Zakrocki w Magazynie Europejskim.

Maciej Zakrocki: Czy z dzisiejszej perspektywy nadal pan uważa, że decyzja o rozszerzeniu Unii z 2004 roku, tzw. Big Bang, była słuszna?

Pat Cox: Tak, pomijając wiele spraw, a wiemy, że jest ich wiele, to była dobra decyzja, podjęta we właściwym czasie. Wierzę też, że nawet jeśli w historii nie wszystko jest nieuchronne, mieliśmy wtedy poczucie nieuchronności. Przecież państwa ze środkowej i wschodniej Europy były wyłączone z europejskiej integracji nie dlatego, że tego chciały, że tak zdecydowali wolni mieszkańcy tych państw.

Tak się stało, ponieważ albo niektóre z nich były częścią Związku Radzieckiego, albo tzw. sowieckiego bloku. Nie miały zatem wyboru, możliwości podjęcia wolnej decyzji. A gdy taka chwila nadeszła, podjęły ją decydując się na integrację. Stało się to, o czym często mówił papież Jan Paweł II i co chętnie przytaczam, że oto Europa znowu może oddychać dwoma płucami, wschodnim i zachodnim.

- Ale oczywiście dzisiaj dobrze pan zna narzekania, obawy pod adresem niektórych rządów, polskiego, węgierskiego, słowackiego, bułgarskiego, maltańskiego, a więc właśnie z tych państw czasu Big Bangu. Stąd ponownie wracam do tej dzisiejszej perspektywy i narzekań słyszanych na Zachodzie, że może jednak zrobiono wtedy błąd?

- Myślę, że z takim punktem widzenia można się nie zgodzić, choć pewne pytania z pewnością należy stawiać. Gdy patrzę wstecz, po to by ułatwić mi później spojrzenie naprzód, myślę że my w zachodniej Europie nie docenialiśmy wszystkich kosztów głębokiej transformacji.  Także nasi odpowiednicy na Wschodzie nie dostrzegali chyba, co powoduje tak wielka zmiana  w ich społeczeństwach. Na powierzchni wszystko wyglądało dobrze, ale głębiej działy się poważne procesy.

Czytaj też: Wielka Brytania ma problem z imigrantami-narodowcami z Polski. "To są organizacje faszystowskie"

Łatwiej podejmuje się decyzje polityczne, a zmiany w świadomości, owszem zachodzą, ale dzieje się to dużo wolniej.  Pojawiają się coraz wyraźniejsze rozbieżności , między innymi w takich sprawach, jak spojrzenie na zasady państwa prawa czy to, co nazywamy unijnymi wartościami. 

- Czy sądzi pan, że ostatnia propozycja Komisji Europejskiej, w której opisany został  wstępny model przyszłych wieloletnich ram finansowych i do której został wpisany mechanizm kontroli przestrzegania zasad państwa prawa, to dobry pomysł?

- Pamiętajmy, że to dopiero propozycja i jak każda musi przejść przez proces negocjacji, potem stać się uzgodnioną częścią dokumentu prawnego, który ostatecznie musi być przegłosowany w Radzie Ministrów Unii i w Parlamencie Europejskim.

Myślę, że w państwach płatnikach netto, czyli tych, które więcej wpłacają, niż otrzymują z unijnego budżetu, pojawiło się podejrzenie, że solidarność gdzieniegdzie jest coraz częściej postrzegana jako droga jednokierunkowa. Że solidarność dotyczy jedynie określonych terytoriów, którym należy się pomoc w ramach polityki spójności. Ale już solidarność np. dotycząca takich spraw jak rozdział imigrantów według reguł, które oczywiście można dyskutować, jest odrzucana.

Myślę zatem, że ta propozycja komisji to reakcja na to, co się w kwestii solidarności stało. Pytanie jak taki mechanizm wprowadzić, na jakich zasadach, zgodnie z jakimi procedurami, jaki przyjąć czas od podjęcia decyzji do jej wykonania - to wszystko jest dzisiaj jeszcze niejasne. Ale oczywiście będzie to przedyskutowane i sądzę, że Komisja Europejska w poszukiwaniu najlepszego sposobu skutecznego oddziaływania na państwo członkowskie znajdzie właściwy instrument, który będzie mógł działać. Same słowa tu nie wystarczą, gdy nie będzie dla nich solidnego fundamentu, bo to niosłoby ryzyko braku zdolności realnego oddziaływania na dane państwo. 

- Ale jak pan wie, tym wszystkim działaniom towarzyszy pewien polityczny dylemat, o którym słychać w politycznej debacie - jak mocno unijne instytucje mogą naciskać na Polskę czy Węgry. Jedni uważają, że zbyt mocny nacisk może przynieść efekt uboczny w postaci odwrócenia się części społeczeństwa od Unii Europejskiej. A z drugiej strony, są grupy osób, także w Polsce, które wręcz oczekują na tego rodzaju nacisk. To co - patrząc na ten dylemat politycznie - powinno się robić?

- Myślę, że zachowanie równowagi jest bardzo ważne. I sądzę, że z punktu widzenia unijnych instytucji będzie szalenie ważne, aby nigdy nie podjąć działań, które będą negatywnie odczuwane przez obywateli czy to polskich, czy węgierskich Europejczyków. Jednocześnie owe instytucje muszą mieć prawo do podejmowania takich działań, których celem będzie zahamowanie ekscesów, które w sposób oczywisty wychodzą poza przyjęte reguły i prawa. Ekscesy, które są rezultatem niewłaściwych wyborów dokonywanych przez władze państw członkowskich.

Myślę, że kluczowe będzie znalezienie najlepszego sposobu wywarcia wpływu na państwo, w którym pojawią się jakieś złe decyzje, ale z pewnością nie takiego, które odbiłoby się negatywnie na codziennym życiu obywateli takiego państwa. I o ile dobrze rozumiem propozycję Komisji, to jeśli ów mechanizm będzie przyjęty i jeśli ostatecznie będzie uruchomiony wobec jakiego kraju, to rząd wtedy będzie zobligowany wypełnić zobowiązania wynikające z unijnych polityk z własnych środków budżetowych, do czasu, aż sprawy nie załatwi. W ten sposób mamy  wyraźny sygnał, że działania podjęte na szczeblu unijnym będą kierowane pod adresem rządów, a nie będą to sankcje wobec ludzi. 

DOSTĘP PREMIUM