100 tys. osób na demonstracji w Londynie. Chcą ponownego referendum ws. Brexitu

- Demonstracja na pewno było efektowna, ale wzięli w niej udział liderzy tylko dwóch mniejszych partii: Zielonych i Liberalnych Demokratów - mówił na antenie TOK FM Jarosław Błaszczak, politolog z UW.

W weekend w Londynie odbył się marsz zwolenników powtórzenia referendum dotyczącego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Organizatorzy mówili, że mogło w nim wziąć udział nawet 100 tys. osób.

- Demonstracja na pewno była efektowna, ale wzięli w niej udział liderzy tylko dwóch mniejszych partii: Zielonych i Liberalnych Demokratów. Konserwatyści prawie w ogóle nie byli tam reprezentowani, a z Partii Pracy nie pojawiły się osoby ze ścisłego kierownictwa. A władze tych dwóch największych brytyjskich partii są już w zasadzie nieodwołalnie zdecydowane na Brexit - mówił w programie Analizy Jarosław Błaszczak, z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW.

Londyński protest został zorganizowany przez koalicję organizacji przeciwnych wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Ich celem jest doprowadzenie do jeszcze jednego referendum - po zakończeniu negocjacji dotyczących warunków Brexitu. 

 - Mają nadzieję, że ludzie zorientują się, na jak złych warunkach Wielka Brytania będzie wychodziła z Unii. Kampania brexitowa była bardzo populistyczna. Miejscami była oparta na zupełnych kłamstwach - podkreślił gość Agaty Kowalskiej. 

Dwie wizje wyjścia z UE

Wyjście Wielkiej Brytanii z UE rodzi konieczność przeorganizowania wielu obszarów obecnego funkcjonowania państwa. Dotyczy to m.in. polityki celnej.

W gabinecie Theresy May ścierają się obecnie dwie koncepcje dotyczące tej kwestii. - To był bardzo silny spór wewnątrz gabinetu. Jedna propozycja to "maksymalne ułatwienie": granica celna zostałaby stworzona, ale w maksymalnie uproszczonej formie. Druga propozycja, za którą opowiada się Theresa May, to jest tzw. porozumienie celne - tłumaczył politolog. 

Na czym miałoby ono polegać? Jeśli towar przyjedzie do Wielkiej Brytanii, ale docelowo będzie miał trafić na rynek UE, wówczas Zjednoczone Królestwo pobierze stawkę celną w imieniu Brukseli, a następnie przekaże ją Unii.

Jeżeli zaś towar zostałby w Wielkiej Brytanii, wtedy różnica między stawką brytyjską a unijną podlegałaby refundacji. 

- UE jednak nie chce się na to zgodzić - zaznaczył specjalista i dodał - Jeżeli Theresie May udałoby się spacyfikować swoich brexitowców, to byłby to Brexit, ale bardzo bliski pozostaniu w unii celnej. Łącznie z pomysłem, żeby przez pewien czas działały zharmonizowane stawki celne.

Gabinet Theresy May zamiast parlamentu

Kolejnym problemem jest nadanie większych kompetencji władzy wykonawczej.

Kiedy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, w jej porządku prawnym pozostanie wiele bezpośrednio stosowanych unijnych aktów prawnych. 

- Stwierdzono, że władze brytyjskie będą mogły swobodnie je wycofywać, modyfikować, ale też decydować o ich pozostawieniu w porządku prawnym - wyjaśniał Jarosław Błaszczak. - Uprawnienie o decydowaniu, co zrobić z tymi aktami przeniesiono z władzy ustawodawczej na wykonawczą. To Theresa May i jej ministrowie będą o tym decydować - dodał ekspert z Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

DOSTĘP PREMIUM