Strajk w lubelskim szpitalu. Niewykluczone, że trzeba będzie ewakuować pacjentów

W lubelskim szpitalu strajkują pielęgniarki i położne. Szpital mówi, że brakuje ok. 200 osób, pielęgniarki - że około 400. Nie można wykluczyć ewakuacji pacjentów. - Sytuacje jest dynamiczna - mówi radca prawny szpitala.

Chodzi o największą placówkę w tej części Polski - szpital kliniczny nr 4 przy ul. Jaczewskiego. Jego przedstawiciele informują, że do strajku przystąpiło 130 osób, a do tego ok. 80 jest na zwolnieniach lekarskich. Same pielęgniarki twierdzą, że strajkuje ich znacznie więcej.Protestujące domagają się podwyżki płac.

Na szpitalnych korytarzach - pustki. Poszczególne oddziały pracują, ale jedynie na "minimalnych obrotach". Przedstawiciele dyrekcji przekonują, że opieka nad pacjentami jest zabezpieczona, ale jedynie w podstawowym zakresie. Są oddziały, na których obsada pielęgniarska jest łączona, z różnych klinik.

"Sytuacja jest dynamiczna"

Niewykluczone, że trzeba będzie ewakuować pacjentów do innych placówek. - Na ten moment takiej konieczności nie ma, ale sytuacja jest dynamiczna. Nie wiemy, czy to się nie zmieni. Organizacja związkowa nie do końca współpracuje z nami w akcji strajkowej - mówi Kamil Golema, radca prawny szpitala.

Jak dodaje, pacjenci, których można wypisać do domu, są wypisywani. - Ale może zajść sytuacja, że pacjent, który się do wypisu nie nadaje, będzie musiał zostać przeniesiony w inne miejsce, bo nie będziemy w stanie zapewnić mu odpowiedniego poziomu świadczeń zdrowotnych - mówi prawnik.

Same pielęgniarki rana - w ramach strajku - przebywają w budynku, w którym na co dzień odbywają się operacje. I zapowiadają, że są przygotowane na protest długoterminowy. Choć jednocześnie wciąż liczą na rozmowy z dyrekcją.

Poparcie lekarzy

Lekarze popierają strajkujące pielęgniarki.  Gdy pytamy dr Arkadiusza Smagę o etyczną stronę akcji, ginekolog i szef Związku Zawodowego Lekarzy w szpitalu, przekonuje, że każdy ma prawo do godnej płacy. - Pacjenci są zabezpieczeni, mają opiekę, dlatego ja tu nie widzę sprzeczności - mówi lekarz.

Pani Anna, pielęgniarka z anestezjologii, pracuje w szpitalu prawie 40 lat. Niebawem ma przejść na emeryturę. - Wie pani, ile mi ZUS wyliczył? Że dostanę 1800 zł brutto. Po tylu latach pracy! Przyszłam do tego zawodu, bo to moja pasja, ale czy takie powinny być nasze pensje? - pyta nasza rozmówczyni, przyznając, że do tej pory nie uczestniczyła w takim strajku. - Owszem, były wyjazdy do Warszawy na pikiety, ale takiej formy, jak teraz, nigdy nie było - dodaje.

Zapewnia, że u niej na oddziale wszyscy pacjenci są zaopiekowani.

Najpierw dodatek, potem podwyżka 

Pielęgniarki twierdzą, że strajk nie spotkał się z przychylnością części przełożonych.

- Usłyszałam, że jak zejdę z dyżuru, a coś się któremuś z pacjentów stanie, to mogę za to odpowiadać. Czy to prawda? - dopytywała jedna z kobiet.

- To dyrekcja ma obowiązek zabezpieczyć opiekę nad pacjentem, a członkowie związku mają prawo do strajku - odpowiedziała Dorota Ronek, sekretarz szpitalnej organizacji związkowej.

Jolanta Palak, specjalistka z oddziału patologii ciąży, też podjęła strajk. Jak mówi, desperacja wynika z ogromu pracy, która nie jest godziwie wynagradzana. - po 37 latach pracy na rękę dostaje średnio 3200 zł, łącznie ze wszystkimi dodatkami.

Tomasz Kołodziejczyk, położny z 10-letnim stażem pracy w szpitalu, też strajkuje. Jak podkreśla, nie wyobraża sobie, by mógł postąpić inaczej, bo ważna jest jedność całego środowiska.

Dodaje, że wielokrotnie myślał o wyjeździe z Polski, by móc pracować i godziwie zarabiać. - U mnie jest tak, że żona nie za bardzo chce się na to zgodzić, nie chce wyjeżdżać z Polski. Uważa, że trzeba tu na miejscu walczyć o swoje prawa - mówi.

Czy wojewoda pomoże?

Dziś (w poniedziałek) przedstawicielki Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych były w na rozmowach u lubelskiego wojewody. Twierdzą, że Przemysław Czarnek zaproponował, by w tym roku zgodziły się na dodanie do pensji zasadniczej tzw. dodatku "zembalowego".

Chodzi, przypomnijmy, o pieniądze wynegocjowane w 2015 roku z ówczesnym ministrem zdrowia Marianem Zembalą. Obiecał on protestującym pielęgniarkom podwyżkę 800 zł w 2016 r. i 1,6 tys. zł w 2018 roku.

Jak zapowiedział wojewoda, pielęgniarki podwyżkę, po 500 zł na osobę miałyby dostać w lipcu 2019 oraz taką samą kwotę rok później.

Pielęgniarki nie do końca są z tego zadowolone. - W moim przypadku to na dziś wyjdzie jakieś 150 zł brutto. Mnie to całkowicie nie satysfakcjonuje - mówiła jedna ze strajkujących kobiet.

Na wtorek na godz. 13.00 zaplanowane jest w Urzędzie Wojewódzkim posiedzenie Społecznej Rady do spraw Ochrony Zdrowia. Pojawi się na nim wiceminister zdrowia, Józefa Szczurek - Żelazko. Zaproszone są również pielęgniarki ze szpitala przy Jaczewskiego i dyrektor tej placówki. Pielęgniarki nie wykluczają, że ostatecznie zgodzą się na propozycję wojewody, ale chcą mieć na piśmie szczegóły wszystkich ustaleń. 

L4 w proteście

Szpital kliniczny nr 4 to nie jedyna placówka w Lublinie, w której ostatnio doszło do strajku. W maju planowe przyjęcia pacjentów oraz przesunął terminy wszystkich zaplanowanych operacji Wojewódzki Szpital Specjalistyczny przy Al. Kraśnickiej. Powód? Zwolnienia lekarskie przedstawiło kilkadziesiąt pielęgniarek. W tej chwili na L4 są też pielęgniarki ze szpitala klinicznego przy Staszica oraz z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego. 

Czytaj też: Zaoczne studia dla pielęgniarek? Eksperci nie zostawiają na pomyśle suchej nitki>>>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM