"Nikt nie wie, co będzie 1 IX" - rodzice niepełnosprawnych dzieci biją na alarm

MEN zapewnia, że uczniowie z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego będą mogli na część lekcji chodzić do szkoły. Ale rodzice w szkołach słyszą coś zupełnie innego.

Sylwia Mądra, która społecznie interweniuje w sprawach, z którymi zgłaszają się do niej rodzice niepełnosprawnych dzieci, przyznaje, że do tej pory wakacje były czasem spokoju.

- W tej chwili jest zupełnie inaczej. Prośby o pomoc czy informację dostaję praktycznie codziennie. Piszą nie tylko rodzice, ale też dyrektorzy szkół, a nawet poradnie psychologiczno-pedagogiczne - wylicza. Pomocy szukają u niej ci, którzy chcą dobrze zorganizować nauczanie dzieci od 1 września, już po nowemu.

Formalnie znika wtedy nauczanie indywidualne w szkole. Ministerstwo Edukacji Narodowej przyznaje, że takiej formuły już w przepisach nie będzie, a poradnie nie będą mogły wydawać takich orzeczeń.

Ale - jak zapewnia MEN - to nie znaczy, że dzieci mają zostać w domach. Według resortu edukacji, dziecko z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego, tak jak do tej pory, na część lekcji może uczęszczać razem z klasą, a część odbywać sam na sam z nauczycielem. By było to możliwe, szkoła musi mu opracować tzw. IPET, czyli indywidualny program edukacyjno-terapeutyczny.

Tyle teoria. A jak jest w praktyce?

Wojtek (imię zmienione) ma 12 lat, jest dzieckiem ze spektrum autyzmu. Do tej pory część lekcji miał sam na sam z nauczycielami w szkole (np. matematykę czy język polski), a część - razem ze swoją klasą (plastyka, godzina wychowawcza).

- Świetnie sobie radzi, ma bardzo dobre stopnie, nie było większych problemów. Lekcje z kolegami są dla niego bardzo ważne ze względu na integrację społeczną - mówi jego mama.

Gdy pod koniec roku szkolnego poprosiła dyrekcję, by zorganizowała spotkanie zespołu nauczycieli, który miałby opracować indywidualny program edukacyjno-terapeutyczny (IPET) dla jej syna, usłyszała, że będzie to możliwe dopiero pod koniec wakacji. Bo nauczyciele mają urlopy, poza tym w szkole są remonty, nie wiadomo też, jak będzie z dostępnością sal na zajęcia indywidualne. - W efekcie nie wiem, na czym stoję. Nie mam IPETu, nie mam też pewności, że syn od września nie będzie musiał zostać w domu. A to byłaby dla niego tragedia - dodaje mama.

- Podobnych sygnałów z całej Polski jest mnóstwo. Mam wrażenie, że szkoły - być może asekuracyjnie - nie chcą na razie ustalać IPETów. Czekają, choć nikt nie wie do końca, na co. Być może same nie wiedzą, jak to zorganizować - zastanawia się Sylwia Mądra.

Bywa tak, że kontaktuje dyrektora z miejscowości, w której wypracowano już sposób na zorganizowanie edukacji w szkole, z innym dyrektorem, by ten dowiedział się, jak można to zrobić. Sylwia Mądra nie wyklucza też, że część dyrektorów szkół ma zupełnie inne motywacje.

Jak nie wiadomo, o co chodzi…

Do inicjatywy "Chcemy całego życia" piszą m.in. rodzice, którzy od dyrektorów szkół wprost usłyszeli, że nie ma pieniędzy na organizację indywidualnych lekcji dla ich dzieci. Albo że owszem, pieniądze będą, ale tylko na pięć lekcji w tygodniu, podczas gdy dziecko powinno mieć 12 czy 15 takich godzin.

Kolejny problem to brak pomieszczeń. - Rodzice słyszą, że nie będzie gdzie prowadzić indywidualnych lekcji, bo dzieci przybywa, dochodzą siódme i ósme klasy i nie ma tego jak zorganizować - dodaje Sylwia Mądra. Czyli... każdy powód jest dobry.

- Wszystko jest tu postawione na głowie. Jest bardzo dużo niewiadomych. A same słowa pani minister, że MEN stawia na edukację włączającą, naprawdę niczego nie zmienią - podkreśla Sylwia Mądra.

MEN problemu jednak nie widzi

MEN swoje stanowisko zawarło w piśmie, jakie kilka dni temu otrzymał rzecznik praw obywatelskich, Adam Bodnar. "Do kompetencji dyrektora szkoły należy ustalenie tygodniowego wymiaru godzin zajęć edukacyjnych realizowanych indywidualnie z uczniem lub w klasie z rówieśnikami" - czytamy w nim. Minister Anna Zalewska zapewnia przy tym, że zasadniczym celem zmian było "włączenie każdego ucznia do grupy rówieśniczej". 

Zdaniem zastępczyni RPO Sylwii Spurek, cel wydaje się słuszny, tyle tylko że wciąż jest bardzo dużo wątpliwości, pytań i niedomówień. I to mimo że ministerstwo miało dużo czasu, by przygotować na zmiany i dyrektorów szkół, i poradnie, i rodziców.

- Mam wrażenie, że MEN nie dotarł z rzetelną informacją do wszystkich zainteresowanych, stąd kontrowersje i zastrzeżenia. Rodzice nie rozumieją sensu zmian. Nie wiedzą, na jakie wsparcie mogą liczyć, mają obawy. Z wpisów w mediach społecznościowych wnoszę, że nikt tak naprawdę nie został przygotowany - mówi Spurek. Rodzice podnoszą m.in, że co innego słyszą w rozmowie telefonicznej z pracownikiem kuratorium, a co innego, gdy dzwonią do MEN.

Tymczasem Rzecznikowi Praw Obywatelskich zależało m.in. na wskazaniu, kto decyduje o liczbie godzin, jakie ma odbyć uczeń w ramach lekcji indywidualnych. - Brak precyzyjnych wytycznych co do liczby godzin indywidualnych na każdym etapie edukacji jest dużym problemem. To zaś rodzi obawę, że ustalona przez dyrektora liczba godzin będzie niewystarczająca wobec potrzeb ucznia - mówi Spurek.

MEN odpowiada jednak, że celowo pozostawiono dyrektorowi szkoły dowolność w tym zakresie. "Brak określenia w przepisach minimalnego lub maksymalnego wymiaru godzin zajęć realizowanych indywidualnie z uczniem pozwala dyrektorowi zaplanować i zorganizować proces kształcenia ucznia odpowiadający jego potrzebom i możliwościom psychofizycznym. Takie elastyczne rozwiązanie wzmacnia obowiązki szkoły w zakresie indywidualizacji pracy z uczniem" - napisała Anna Zalewska w liście do Adama Bodnara.

11 lat nauki w szkole. Co będzie we wrześniu?

Monika Mamulska jest mamą 19-letniego Tomka, który właśnie idzie do klasy maturalnej w jednej ze szkół w Łodzi. Przez 11 lat normalnie chodził do szkoły, od dwóch - część zajęć miał indywidualnie z nauczycielem, a część z klasą. Jeździł na wycieczki, razem z kolegami ze szkoły sadził drzewa, chodził do kina, brał udział w biegach szkolnych czy rajdach rowerowych. Tomek, mimo specjalnych potrzeb edukacyjnych, także w życiu codziennym jest bardzo aktywny - jeździ na nartach, również wodnych, gra w siatkówkę, tenisa, brydża i świetnie pływa.

W orzeczeniu, które poradnia wydała mu na okres aż do zakończenia liceum, zalecono nauczanie indywidualne. - I co, teraz od września w klasie maturalnej ma siedzieć w domu? Absolutnie się na to nie zgadzam i do tego nie dopuszczę - mówi jego mama. Zwraca uwagę, że syn dobrze sobie w szkole radzi, integruje się z kolegami, jest bardzo lubiany.

- To nowe rozporządzenie zabiera szansę tym, którzy w przyszłości mogliby być  samodzielni. Przepisy, które stworzono, są po prostu złe. Dały szkołom narzędzie do segregowania dzieci i do uznaniowego przyznawania wsparcia, najczęściej w niewystarczającym wymiarze - mówi Monika Mamulska. Dodaje, że szkoły mogą też zasłaniać się zbyt małymi subwencjami z wydziału edukacji.

Pani Monika jest autorką petycji w obronie dzieci niepełnosprawnych i ich edukacji. Pod petycją, które przyświeca hasło "Pozwólmy wszystkim dzieciom chodzić do szkoły", podpisało się już blisko 25 tysięcy osób.

Czym to się skończy?

Mama Tomka przekonuje, że zmiany w prawie i brak lekcji indywidualnych w dotychczasowych placówkach zmusiły część rodziców do przeniesienia dzieci do szkół specjalnych. - I to jest hańba. To nie jest edukacja włączająca - mówi nasza rozmówczyni. Jak dodaje, walczy nie tylko o swojego syna, ale o około 30 tysięcy dzieci w całej Polsce. Codziennie dostaje kolejne sygnały o problemach, od kolejnych rodziców.

Mniejsze miasto, większy problem

- Napisała do mnie np. matka z małej miejscowości na Pomorzu. Jej syn miał nauczanie indywidualne w szkole, w technikum. Gdy dowiedział się, że teraz nie będzie mógł już mieć indywidualnych lekcji na terenie szkoły, tylko ma mieć wszystkie zajęcia z całą klasą, rzucił szkołę po drugiej klasie! Czy o to w tej reformie chodzi? To jest indywidualne podejście do każdego ucznia? - pyta Monika Mamulska.

Najgorzej jest niestety w małych miejscowościach - dodaje pani Monika, do której piszą matki z całej Polski, gdzie brakuje klas integracyjnych, nauczycieli wspierających, specjalistów i terapeutów. Dlatego pozbawienie ucznia możliwości nauki w jedynej często szkole w okolicy stawia ich i ich rodziców w sytuacji bez wyjścia.  

- Przepisy szkodzą dzieciom i ich wykluczanym z rynku pracy rodzicom, którzy boją się interweniować w kuratorium. Matka dziecka z problemami raczej nie poskarży się na decyzję szkoły w małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają. Musiałaby im powiedzieć, że przepisy stworzone przez ich zwierzchmików, czyli MEN, są złe! Czy któryś urzędnik pomoże jej, ryzykując własnym stanowiskiem i utratą pracy? - pyta nasza rozmówczyni i namawia do podpisywania petycji, która ma trafić do szefowej Ministerstwa Edukacji Narodowej.  

Sam Tomek nie wyobraża sobie życia bez szkoły. Jak mówi, chciałby spytać panią minister, czy jakby miała dziecko dotknięte tymi przepisami, to czy chciałaby, żeby uczyło się ono w domu bez szansy na kontakt z rówieśnikami, czy może raczej dopuściłaby możliwość nauczania indywidualnego na terenie szkoły?

MEN zapowiada spotkania m.in. z rodzicami

W odpowiedzi udzielonej Rzecznikowi Praw Obywatelskich szefowa MEN zapowiada, że w sierpniu kuratorzy będą się spotykać z dyrektorami szkół, by rozmawiać z nimi o edukacji dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego.

Resort informuje również, że w kuratoriach zostali powołani wizytatorzy, przeszkoleni w zakresie specjalnych potrzeb edukacyjnych. Ponadto dyrektorzy szkół mają zostać zobligowani do zorganizowania spotkań z rodzicami uczniów ze specjalnymi potrzebami, aby odpowiedzieć na wszystkie pytania i rozwiać ewentualne wątpliwości. - Tylko dlaczego dopiero teraz? - pytają rodzice.

DOSTĘP PREMIUM