"Climax". Gaspar Noe zaprasza na imprezę. I wrzuca gaz do dechy

- Lubię przerażać ludzi, rozśmieszać ich, grać na emocjach - mówi w rozmowie z TOK FM Gaspar Noe. W nowym filmie francuski reżyser funduje widzom wizualny rollercoaster. "Climax" wszedł właśnie na ekrany kin w całej Polsce.

 

Radio TOK FM i Wyborcza.pl teraz w jednym pakiecie - wygodniej i aż o 50% taniej. Takiej oferty nie było jeszcze nigdy!  Sprawdź szczegóły >>>

Patrycja Wanat: Dlaczego wybrałeś tancerzy vogue?

Gaspar Noe: Poszedłem raz na imprezę, gdy szukałem mojego producenta. Zaprosiła mnie moja koleżanka Lea, tancerka vogue dance, i zachwyciło mnie to, co tam zobaczyłem. Ta energia i radość. Pomyślałem, że to jest właśnie to, co chcę filmować. Nie chcę pisać scenariusza, szukać gwiazd, które by zagrały w filmie, potem próbować sprzedać scenariusz do konserwatywnego kanały telewizyjnego i czekać półtora roku na decyzję. Chcę nakręcić coś szybko i niekoniecznie z aktorami. Musisz kochać ludzi, których filmujesz, a ja byłem zupełnie zafascynowany tymi tancerzami.

Jak wyglądała praca przy Climax? Dużo ujęć to master shoty grupowych scen tańca (długie ujęcie bez cięć montażowych). Pozwalałeś tancerzom na improwizację, czy to drobiazgowa choreografia?

- Po pierwsze od początku pracowaliśmy z kamerą. Filmowaliśmy wszystkie próby, a potem je analizowaliśmy. Zastanawialiśmy się, co możemy zmienić i co poprawić. Czasem robiliśmy nawet po 16 powtórzeń. Wszyscy oczywiście zaczynali się denerwować, w okolicach dziesiątego powtórzenia. Oglądałem to z perspektywy kamery i mówiłem, co musimy zmienić, poprawić, który ruch i które dialogi. Za każdym razem staraliśmy się robić wszystko lepiej. I na koniec dnia albo na koniec kolejnego dnia, dochodziliśmy do tego, o co nam chodziło. Teraz jest już sporo filmów, które powstają w master shocie. Jednym z najbardziej spektakularnych jest film "Victoria". Trwa 2 godziny i 20 minut - na jednym ujęciu! Nigdy nie widziałem takiego mistrzostwa w prowadzeniu kamery.

Film jest zapowiadany jako obraz oparty na faktach, ale to, co widzimy na ekranie, jest kompletnym szaleństwem! To jest jakiś żart z Twojej strony? Strategia promocyjna?

- Nie! To wszystko prawda. Choć nie możemy podać prawdziwych nazwisk, bo ofiary albo ich rodziny zaczną narzekać, oskarżać o brak szacunku itd. A nie chcieliśmy zadzierać z rodzinami.

Czas akcji to 1996 rok.

- To się wtedy wydarzyło, ale chodzi o coś więcej. Nie bez znaczenia jest to, że akcja dzieje się w latach 90. XX wieku. Wtedy nie było komórek! Gdybyś chciała przepisać tę historię do współczesności, to wyglądałaby ona zupełnie inaczej. Bohaterowie nie byliby odizolowani, dzwoniliby po pomoc, wysyłali SMS-y itd. 

Muzyka też jest z tamtego czasu.

- Tak, zależało nam, żeby muzyka była sprzed 1996 roku. Zresztą wtedy powstawała najlepsza muzyka taneczna, elektroniczna, disco itd. Przykładowo pierwsza EPka Daft Punk powstała w 1995 roku, byłem więc bardzo szczęśliwy, że mogę jej użyć w filmie.

Szczególne miejsce w Twoich filmach zajmują narkotyki. W "Climax" to  LSD, które samo w sobie jest szczególnym, legendarnym narkotykiem.

- Wszystkie narkotyki są szczególne. Ale najbardziej hardkorowym narkotykiem, jaki znam, jest jednak alkohol. Tyle razy widziałem ludzi, którzy wypili za dużo wódki, że zaczynało im odbijać... potem tracili świadomość.

Na ile ważna jest dla Ciebie intensywność w filmach, energia?

- Niektórzy budują filmy jak scenę teatralną. Przeczytałem kiedyś, że moje filmy są jak rollercoaster. Zgadza się, staram się zamieścić w nich jak najwięcej zwrotów akcji. Lubię przerażać ludzi, rozśmieszać ich, grać na emocjach. Kiedy kończę montować film, to najbardziej obawiam się tego, że ktoś powie: to taka zwykła rozrywka, prosta narracyjna historia. Lubię np. filmy Quentina Tarantino, ale są dla mnie zbyt rozrywkowe. Dlatego wolę np. historie opowiadane przez Larsa von Triera. Choćby ten ostatni film „Dom, który zbudował Jack”. To taki kreatywny, wysmakowany, filozoficzny film, a z drugiej strony bardzo śmieszny.

Czytaj też: "W Jandzie drzemie jeszcze nieodkryty ocean". Nowy film Jacka Borcucha to opowieść o lęku politycznym>>>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM