"Wykładowca uderzył studentkę w twarz, popłynęła krew". Jagoda Szelc o traktowaniu studentów aktorstwa

Wychowuje się pokolenie, które pije, "leczy" się alkoholem - Jagoda Szelc opisała w rozmowie z TOK FM skandaliczne praktyki z aktorskiego wydziału Łódzkiej Szkoły Filmowej.

"Monument" w reżyserii Jagody Szelc, znanej z rewelacyjnie przyjętego debiutu “Wieża. jasny dzień”, to dyplomowy film studentów wydziału aktorskiego łódzkiej "Filmówki". Niedawno mogli go obejrzeć widzowie festiwalu Nowe Horyzonty. Obraz okazał się być czymś więcej niż ćwiczeniem stylistycznym. Reżyserka wyznała w rozmowie z Patrycją Wanat, że dla aktorów był on sposobem na “odtraumatyzowanie się” po koszmarnych doświadczeniach z wykładowcami szkoły filmowej.

Czytaj też: Na tej uczelni jest problem z dyskryminacją, a władze nazywają to "polowaniem na czarownice"

 - Dla nich ta szkoła była potwornym miejscem. To, czego dowiedziałam się o wydziałach aktorskich… ta wiedza mnie zmiażdżyła. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek kiedykolwiek do nich powiedział per “ty studencie”, bo to są artyści. Dali temu dowód w tym filmie - mówiła Szelc, opisując upokarzające sytuacje, których doświadczyli studenci wydziałów aktorskich.

Można z nimi zrobić wszystko

 - Kiedy ludzie dostają się do szkoły aktorskiej, czują się, jakby złapali pana Boga za nogi. Ale już na początku dowiadują się, że w następnym roku 4 osoby z wydziału odpadną. I w związku z tym z nimi można zrobić wszystko - mówiła Jagoda Szelc. Wyjaśniała, że wiele z tych postaw wobec studentów - ostrych, brutalnych - tłumaczy się potrzebą budowania w nich otwartości - aktorzy pracują na ciele, na własnej fizyczności. Brzmi to jak swego rodzaju trening.

- Mówię o przemocy, o upokorzeniu. Wychowuje się pokolenie, które pije, “leczy” się alkoholem. Oni są poddawani presji, wychowywani przez starszych kolegów, że wolno ich tak traktować - kontynuowała. Warto dodać, że na wydziale aktorskim co roku naukę zaczyna około 20 osób.

Reżyserka opisała jedną z sytuacji, która przytrafiła się aktorce z “Monumentu”.

Miała zostać przez studenta “uderzona” w trakcie sceny w twarz, w sposób markowany, tak jak uczą nas kaskaderzy. Wykładowca podszedł do kolegi, powiedział, że źle to robi, zawstydzał go, mówił, że się ze sobą pieści. Potem, bez pytania, uderzył dziewczynę w twarz. Ona w tym czasie nie grała w scenie. Wykładowca miał obowiązek zapytać ją o zgodę, dać jej czas na przygotowanie. Aktorce poszła krew z ust

- relacjonowała.

Pokazy “Monumentu” zbiegają się w czasie z aferą, która wybuchła po tym, jak studenci i studentki warszawskiej Akademii Teatralnej w liście zarzucili jednemu z nauczycieli m.in. przemoc psychiczną.

Wykładowca wydziału reżyserii w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie miał, według studentów, dopuścić się też molestowania seksualnego, a także gróźb użycia przemocy fizycznej. Pojawił się również zarzut prowadzenia zajęć pod wpływem alkoholu.

Odpowiedzialność wykładowców

 - Uważam autorów tego listu za bohaterów. Ale nie jest odpowiedzialnością ofiary, żeby brać w swoje ręce odpowiedzialność za decyzję, co robić z tą sytuacją. Oni nie są w pozycji, w której mogą to robić. To nauczyciele i wykładowcy powinni im pomóc - komentowała reżyserka.

Dodała, że ma zamiar wspierać studentów łódzkiej filmówki.

- Ja mam obowiązek to zrobić, ten obowiązek podjęło też wielu wykładowców. Sytuacja jest delikatna, bo tam jest dużo fajnych wykładowców, których studenci kochają. Ale jest też rzesza wykładowców, którzy pozwalają sobie na coś, na co nikt nigdy nie powinien sobie pozwolić - tłumaczyła.

Posłuchaj całej rozmowy:

Coraz więcej przypadków molestowania na uczelniach wychodzi na jaw. "Brzydkie historie trudniej ukryć"

DOSTĘP PREMIUM