Dlaczego maliny w sklepie są drogie, a rolnik na nich nie zarabia? Minister rolnictwa wyjaśnia

Dlaczego za maliny czy śliwki, które w sklepach czy na targach są dość drogie, rolnicy dostają od kupujących grosze? Wyjaśniał to Jan Krzysztof Ardanowski, który był gościem Poranka Radia TOK FM.

W lipcu ceny malin w skupach wynosiły ok. 2 zł za kilogram, a wiśni - 1,50 zł za kilogram. Plantatorzy twierdzą, że to za mało, by uzyskać godziwy zarobek. Drastycznym przykładem jest agrest, którego sena w skupie w tym roku krążyła wokół 0,60 zł, a jeszcze rok temu wynosiła 2,50 zł.

- Owoce miękkie to są owoce, przy których rolnika można najłatwiej przydusić. One wymagają zagospodarowania praktycznie w ciągu kilku, kilkunastu godzin, inaczej zaczną gnić. Ci, którzy kupują, wiedzą, że można rolnika postraszyć, przytrzymać, wymusić niższe ceny - wyjaśniał Ardanowski, który był gościem Jana Wróbla w Poranku Radia TOK FM.

Jak przyznał, "naszym nieszczęściem jest to, że w latach 90. sprzedaliśmy dużym firmom cały przemysł rolno-spożywczy, a przede wszystkim ten odpowiedzialny za szybko psujące się owoce". Minister rolnictwa przytaczał argumenty, jakie od kupujących mają słyszeć rolnicy: Jak ci się nie podoba cena za te owoce, to z Chorwacji sobie sprowadzę, albo z Bułgarii czy Hiszpanii.

Jak sobie z tym poradziła Europa Zachodnia?

Jan Ardanowski wyjaśniał, że w Europie Zachodniej sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Tam rynek produktów szybko psujących się oddano w ręce rolników. - Państwo w to nie ingeruje, nie ma narzędzi. Rolnicy tworzą organizacje rolnicze, które tworzą wielkie zrzeszenia i z tej pozycji negocjują, są lepiej zorganizowani - przekonywał.

Ale to nie koniec. Również sami rolnicy określają, ile danych produktów można uprawiać, żeby nie popsuć ich ceny. Innymi słowy - decydują o podaży. Ardanowski podał przykład winorośli, która - jeśli jest jej za dużo - jest zostawiana na krzakach.

- U nas, jak cebula dawała zarobek, czy czosnek, brokuły, czy porzeczki, to potem w kolejnym roku wielkie nasadzenia właśnie czosnku, brokułów, porzeczek. Bez liczenia się, gdzie to potem sprzedać - mówił minister rolnictwa.

Co rząd chce z tym zrobić?

Ardanowski przyznał, że Polska we wprowadzaniu podobnych rozwiązań jest spóźniona o 30 lat. - Przymuszamy sadowników i odbiorców do wspólnych umów kontraktacyjnych. Ale to idzie, jak krew z nosa. Ten, który kupuje, mówi: zmusisz mnie do tego, żebym kupował? - przyznawał szef resortu rolnictwa. 

I zapowiedział stworzenie Holdingu Spożywczego, który miałby być wyrazem "minimalnego poziomu interwencji państwowej". - Z resztek majątku narodowego, który jest związany z rolnictwem, np. Elewarr czy Krajowa Spółka Cukrowa, chcę utworzyć coś, co się będzie nazywało Narodowym Holdingiem Spożywczym, żeby w każdej branży mieć niewielką firmę, która będzie pokazywała wskazania cenowe, która będzie prowadziła skup, żeby wysyłać trochę sygnałów dla rynku - wyjaśniał.  

Jan Wróbel z ministrem rolnictwa rozmawiał również:

  • o tym, czy Jan Ardanowski jest nowym Włodzimierzem Cimoszewiczem, który mówił, że trzeba się było ubezpieczyć
  • o kwestii konkurencji w środowisku myśliwych.

DOSTĘP PREMIUM