Piekielnie skuteczny i dobrze zorganizowany, czyli terroryzm według Józefa Piłsudskiego i jego żony

Organizowali zamachy, napadali na banki, pociągi i urzędy. Wszystko w imię walki o niepodległość. O polskich terrorystach i ich przywódcy Józefie Piłsudskim, w książce Wojciecha Lady.

Organizowali zamachy, takie jak słynna akcja w Bezdanach, w którym wziął udział Piłsudski oraz trzech późniejszych premierów Polski. Zwykli robotnicy zabijali po godzinach pracy. Mimo olbrzymiej eskalacji terroru cała ta walka nie miała określonego celu, jej motorem napędowym była zemsta - pisze historyk i dziennikarz Wojciech Lada w swojej książce "Polscy terroryści. Ludzie, którzy wywalczyli niepodległość."

Produkowali bomby, napadali, ukrywali broń

"Dla nas jest zupełnie oczywiste, że terror sam przez się rządu nie obali. Nie wierzymy też, aby wiele zamachów nawet zdołał rząd zmusić do daleko idących ustępstw. Nasze zamachy mają jeden cel – odeprzeć natychmiast bezecne gwałty siepaczów carskich tak, by widzieli, że ich czyny nie ujdą im bezkarnie" - informowano w prowadzonym przez Józefa Piłsudskiego periodyku "Robotnik".

Mówili o sobie: bojownicy, rewolucjoniści. Działali w ukryciu, uderzali z zaskoczenia. Przeprowadzali zamachy na carskich przywódców, strzelali do policji, napadali na urzędy pocztowe i sklepy monopolowe. W domach produkowali bomby, pod łóżkami ukrywali broń, spiskowali pod nosem zaborcy. Dzisiaj śmiało można ich nazwać terrorystami.

O historii polskich terrorystów przełomu XIX i XX wieku, Wojciech Lada opowiada w swojej książce "Polscy terroryści. Ludzie, którzy wywalczyli nam niepodległość". Jak mówi, Józef Piłsudski używał słowa "terroryzm" w odniesieniu do własnej działalności politycznej. Nie był z tego dumny, ale uległ presji ulicy oraz swoim kolegom z Polskiej Partii Socjalistycznej, tworząc organizację bojową PPS.

Zachęcamy do lektury fragmentu książki "Polscy terroryści. Ludzie, którzy wywalczyli nam niepodległość". 

Szwagier Marii Dąbrowskiej: Lanie kończyło się śmiercią

Nazywa się to rewolucją 1905–1907, ale tak naprawdę ani nic nie zaczęło się w 1905, ani nie skończyło dwa lata później. I na partyjnych salonach, i wprost na ulicy terror hulał wówczas już niemal równo od ćwierć wieku, po trosze z inspiracji rosyjskiej Narodnej Woli, po trosze z uwagi na żywą pamięć o Sztyletnikach z okresu powstania styczniowego, ale tak naprawdę właśnie z powodu narastającej z roku na rok potrzeby odwetu. Oczywiście nie miał takiego rozmachu jak w latach późniejszych i sprowadzał się w zasadzie do szeregu pojedynczych aktów zemsty. Był jednak terrorem – mordowano w imię konkretnej ideologii, dbano też, by ten ideologiczny podtekst zabójstwa trafił do powszechnej wiadomości. Józef Dąbrowski, nieco później szwagier Marii Dąbrowskiej, wówczas chętny do „bitki i wypitki” PPS-owiec, wspominał o tym z upiorną dosłownością:

Żadna siła nie mogłaby się wówczas sprzeciwić pewnego rodzaju karykaturze terroru, tzw. laniu. Było to wręcz żywiołowe, potężne swoiście: gwałt niech się gwałtem odciska. Polegało zaś ono na biciu majstrów, fabrykantów, łamistrajków, podejrzanych o zdradę osobników i wreszcie prowokatorów. Lanie to kończyło się bardzo często śmiercią.

Józef Uziembło jeszcze w 1879 roku brał udział w spotkaniu kółka robotniczego, na które zaproszono Siergieja M. Krawczyńskiego „Stępniaka”, socjalistę z Petersburga, który właśnie uciekł do Warszawy przed obławą ścigającą go za zabójstwo szefa żandarmerii Mezencewa. Przyznawał potem, że:

W Warszawie opowiadania Krawczyńskiego przechodziły z ust do ust i nie w jednym robociarzu wywołały pragnienie „ujęcia w garść broni”. W kilka dni po wyjeździe „Stępniaka”, po posiedzeniu pewnego przygotowawczego kółka szewców, wychodzi ze mną jeden z nich i mówi: „trzeba przysięgać – będę przysięgał; trzeba próby – poddajcie mnie, jakiej chcecie, ale dajcie mi sztylet czy rewolwer i wskażcie, kogo trzeba zgładzić”. Zacząłem tłumaczyć, że musimy przede wszystkim wytworzyć silną organizację dla uświadamiania wyzyskiwanych; że założenie chociażby jednego kółka robotniczego więcej nam korzyści przyniesie, niż zgładzenie całego szeregu łajdaków; zwróciłem na koniec jego uwagę i na to, że robiąc zamach, ryzykowałby życie, a życie czynnej jednostki więcej warte, niż zgładzenie niegodziwca. Wysłuchał tego z wielką uwagą, lecz w końcu odrzekł: „Jam kawaler, nie mam nikogo; umiem tylko buty szyć... mówić nie potrafię, a bronibym z garści nie wypuścił, bo mam już taką zawziętość!”.

Uziembło podkreślał, że tego rodzaju propozycji dostał w tamtym okresie kilkanaście, a więc powstanie bojówek było w zasadzie tylko próbą skanalizowania żywiołu, który tak czy inaczej, tyle że w sposób kompletnie chaotyczny, już rozlewał całkiem sporo krwi na całym terenie zaboru rosyjskiego. A jednak zwlekano. Proletaryat, choć od początku swojej działalności dopuszczał stosowanie terroru, nie wykonał jako partia najmniejszego ruchu w tym kierunku, a dwa czy trzy zamachy, których dokonali związani z nim ludzie, miały charakter czysto indywidualny i nie były dyskutowane na partyjnym forum. Z zeznań niejakiego Pacanowskiego wiadomo, że rozważano na nim zabójstwo cara – na rozważaniach się jednak skończyło. Ale jeśli Proletaryat grzeszył jedynie biernością, to jego następczyni, Polska Partia Socjalistyczna, miała już na sumieniu sporą dawkę asekuracyjności i pospolitego cynizmu. W dyskusjach padały takie zdania, jak na przykład Edwarda Abramowskiego: „Nie jestem przeciwny akcjom gwałtownym w ogóle, ale jestem za wyeliminowaniem ich z programu”, co na program przełożyło się całkiem dosłownie. Zapisano w nim mianowicie, że należy wstrzymać się od wszelkiego nawoływania do terroru i „przesadnej w tym duchu frazeologii”, po chwili jednak dodawano: „Również błędnym byłoby wszelkie przesadne umiarkowanie i wszelkie chęci gaszenia”. Co konkretnie mieli na myśli autorzy dokumentu, przekonano się już w następnym, 1894 roku, kiedy zaczął ukazywać się oficjalny organ prasowy partii „Robotnik”. W każdym numerze pisma – a ukazywał się on w dużym jak na podziemie nakładzie 1200 egzemplarzy – publikowano mianowicie nazwiska robotników podejrzanych o konszachty z policją, domniemanych prowokatorów czy po prostu szpicli. W tak napiętej atmosferze podobny anons miał w sobie praktycznie siłę wyroku śmierci, o którego wykonaniu, nawiasem mówiąc, także donoszono na łamach, zwykle ze stosownym komentarzem. Dla przykładu:

W Częstochowie: 3 listopada zabity został kilkoma pchnięciami noża na rogu ulic Teatralnej i Stradomskiej o godzinie 7 wieczorem szpieg Józef Szanceberg, ślusarz z fabryki Pelcerów, ogłoszony w nr 33 „Robotnika”. W Białymstoku: 6 marca, o 7 wieczorem padł pod ciosami mszczących się robotników na ulicy Błotnistej Longweber Mendel Goldman, znany wśród Żydów jako Kolner. Wszystko to odbyło się tak prędko, że przechodnie i gapiące się po szabasie żydówki, nie zdołali zaalarmować publiczności i sprawcy uciekli. Golman-Kolner zostałzabity na miejscu. Otrzymał 14 ran, z których co najmniej połowa była śmiertelnych. W Zagłębiu: na Starym Sielcu dn. 4 października został zabity Jan Mazur, maszynista z kopalni „Funny” w Sielcu, za zamiar zdrady. To zabójstwo było dokonane za wiedzą niektórych towarzyszy z miejscowej organizacji.

Dlaczego więc wstrzymywano się przed nadaniem terrorowi bardziej zorganizowanej formuły? Odpowiedź jest prosta – ze strachu. Tradycja Narodnej Woli czy Sztyletników to nie tylko feeria brawurowych zamachów, ale i ponurych egzekucji, wobec których carskie sądownictwo zawsze miało szeroki gest. Zasztyletowani czy pobici na śmierć robotnicy w jakimś sensie zlewali się z masą innych ofiar powszechnego wówczas bandytyzmu, którego poziom rósł z roku na rok, wprost proporcjonalnie do hulającego kryzysu i biedy. Dość wspomnieć, że tylko w robotniczych dzielnicach Warszawy i jedynie w roku 1902 zamordowano w podobny sposób 1213 osób, a wykrywalność takich przestępstw była katastrofalnie niska. Co prawda Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę, kto tu pociąga za sznurki. W „Przeglądzie ruchu rewolucyjnego w guberniach kraju nadwiślańskiego w 1900 roku”, zredagowanym przez Kancelarię Pomocnika Warszawskiego Generała-Gubernatora, w dziale policyjnym czytamy:

W drugiej połowie 1899 roku Polska Partia Socjalistyczna przejawiła swą szkodliwą działalność przez podburzanie robotników do rozmaitych zbrodni charakteru politycznego. Pod jej wpływem dokonano trzech zabójstw robotników podejrzanych o stosunki z żandarmerią (jedno w Warszawie, dwa w guberni piotrkowskiej) i kilka zamachów na życie majstrów, szkodliwych dla sprawy propagandy socjalistycznej. (...) Nie uchylając się od działań charakteru terrorystycznego, PPS dopuszczała jednakże terror tylko w wyjątkowych wypadkach, dla usunięcia szkodliwych dla
partii osób. Ale w ostatnich czasach niektórzy ze zwolenników partii starają się dowieść, że tylko terror jest potężnym środkiem osiągnięcia ustalonych przez partię celów. Opinia ta wypowiadana i w wydawnictwach periodycznych partii, i w niektórych broszurach, przy czym dowodzi się, że „w obecnych warunkach walki z rządem rosyjskim skuteczną będzie tylko broń ukryta, która konsekwentnie karałaby gwałt i nadużycia osób urzędowych, której niepodobna porównać z armatami i karabinami i przed którą drży Rząd najsilniejszy: tą bronią jest terror”.

Sądzeni? Co najwyżej za nielegalną działalność antypaństwową

Ale choć PPS jako partia była moralnie odpowiedzialna za zabójstwa, jej pojedynczy członkowie byli w zasadzie czyści. Sądzeni mogli być co najwyżej za nielegalną działalność antypaństwową, za co groziła katorga i zsyłka. Złapani z bronią w ręku, bez większych wątpliwości zawiśliby na stokach Cytadeli, na co nikt nie miał przesadnej ochoty. Całkiem wprost mówił o tym Walery Sławek:

W warunkach rosyjskiej beznadziejności zdarzały się jednostki skłonne do aktów poświęcenia siebie, w tym wyraźnym rozumieniu dawania swego życia jako ofiary na rzecz idei. Toteż wszystkie zamachy organizowane przez socjalistów rewolucjonistów były zawsze połączone z aktem samoofiary człowieka – szedł sam jeden, rzucał bombę i albo od niej ginął, albo nawet nie próbował się bronić, pomimo iż wiedział, że skazany zostanie na śmierć i stracony. Ta skłonność do samoofiary była obca naszemu duchowi.

Robotnicy byli jednak innego zdania. Kierownictwo PPS składało się generalnie z ludzi wykształconych, przeważnie pochodzących z rodzin szlacheckich, a to stawiało ich w korzystniejszej – także finansowo – sytuacji niż ogół szeregowych członków. Ci ostatni, pracując w fabrykach, zarabiali akurat tyle, żeby dorobić się permanentnego głodu białkowego i średniej życia – trzydzieści sześć lat, co już samo w sobie sprawiało, że mieli mniej do stracenia i radykalizowali się znacznie szybciej. PPS musiała w końcu ulec tej oddolnej presji, choćby po to, żeby nie stracić składek członkowskich – wciąż jeszcze podstawy swojego utrzymania.

Okazji dostarczył wybuch wojny japońsko-rosyjskiej, mocno kompromitującej dla strony carskiej, a przy okazji doprowadzającej rosyjskich robotników do stanu wrzenia. Rykoszetem trafiło to również nad Wisłę, gdzie strajki stawały się zjawiskiem codziennym, a ich tłumienie pozostawiało na bruku coraz więcej krwi. „W masach robotniczych podniecenie rewolucyjne rosło” – jak ujął to Sławek, a Bronisław Żukowski uzupełnia, że podnieceni robotnicy kategorycznie domagali się dostarczenia im broni. Do tego doszło ogłoszenie mobilizacji, co w kraju, gdzie pamięć roku 1863 była ciągle bardzo żywa, natychmiast skojarzyło się wszystkim z ówczesną branką... I to być może przeważyło szalę.

W lutym 1904 roku Józef Piłsudski zdecydował się na stworzenie partyjnych bojówek. Sam nie miał ducha terrorysty i myślał raczej o przyszłym powstaniu, co świadczyło zresztą o zupełnym braku wyczucia dla ducha ulicy. Piłsudski – naiwny wizjoner, z tłumu wściekłych robotników chciał stworzyć zdyscyplinowaną armię, nie rozumiejąc, że wściekli robotnicy chcą się po prostu zemścić. Zrozumiał to, kiedy sprawy wymknęły się spod kontroli. „Terror wydawał się ogółowi jedynym dającym się pomyśleć systemem walki fizycznej z wrogiem – widoczny był tu wpływ Rosji. Rozumiano wprawdzie, że nie da on zwycięstwa, ale nie umiano sobie wyobrazić innej formy walki” – tłumaczył się podczas późniejszych wykładów.

Pierwsze strzały padły 13 listopada na placu Grzybowskim w Warszawie, podczas – jak na ironię – demonstracji antywojennej i miały nie umilknąć przez kolejne dziesięć lat. Świadkiem tego momentu był Żukowski:

Zaledwie pochód ze sztandarem uszedł 15–20 kroków, kiedy z bramy ulicy Bagno i rogu pl. Grzybowskiego wypadło 70–80 policjantów, wśród których rozległa się komenda pomocnika komisarza: „Szaszki won”. Nad czarną chmurą policjantów momentalnie zabłyszczały gołe szable. Policjanci rzucili się pędem w stronę czerwonego sztandaru, lecz zwarta masa, która znalazła się między sztandarem a policjantami, powstrzymała ich bieg. Policjanci grożąc szablami, torowali sobie drogę do sztandaru, który też posuwał się w stronę napastników. Jeden stójkowy wysunął już rękę po kij, na którym wisiał sztandar, lecz „Zdun” cofnął lewą rękę, w której miał sztandar, a prawa, w której miał browning, wystawił przed siebie, wziął na cel owego stójkowego, i oto rozległ się pierwszy strzał, którym ów stójkowy został ugodzony w usta i padł trupem na miejscu. Po owym strzale rozległy się jeszcze dwa strzały – „Szczerbatego” (niejaki Retke) i Okrzei. Dalej już poszczególnych strzałów nie można było odróżnić, ponieważ huk ich zmienił się jakby w trajkot trajkotki stróża na wsi.

Terror spontaniczny i chaotyczny, nieustanny ciąg małych aktów zemsty zamienił się w zemstę powszechną – terror zorganizowany, ubrany w regulaminy i ujęty w precyzyjne zasady. Piekielnie skuteczny – jak półtora roku później generał Skałon donosił Piotrowi Stołypinowi.

Czytaj też: Kto stał za powstaniem w Treblince? "Wersja o roli AK została wymyślona dopiero w 1969 roku">>>

Książka "Kobiety w życiu Marszałka Piłsudskiego" dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM