Autorka tekstów o Amazonie opisała, jak wielkie korporacje próbują wpływać na dziennikarzy

Adriana Rozwadowska z "GW" często pisze o problemach pracowników zatrudnianych przez ogromne korporacje. W TOK FM opowiedziała, jak wyglądają próby wywierania nacisków dziennikarzy ze strony takich firm.

"Wartość polskiej gospodarki wyceniana jest na ok. 600 mld dolarów, a wartość Amazona - na 900 mld" - tak Adriana Rozwadowska rozpoczęła swój tekst “Oczekują maksimum, dają minimum. Dlaczego mam obsesję na punkcie Amazona, Ubera, Ryanaira?”.

Wyjaśniała w nim, jak istotne jest zrozumienie, że gigantyczne korporacje “projektują naszą przyszłość”, a popełniane przez nie nadużycia będą dotyczyły ogromnej liczby pracowników.

"Starcompanies - globalne korporacje - monopolizują rynek: mają miliony pracowników, miliardowe zyski i mogą dyktować warunki państwom" - napisała dziennikarka "Gazety Wyborczej".

Czytaj też: "Lekarze poznają pracowników Amazona po stopach. Są często owrzodzone, mają rany otwarte"

Liczne teksty Rozwadowskiej oraz, jak się okazuje, nawet wpisy na Facebooku na temat wielkich korporacji sprawiają, że próbują one wywierać na dziennikarkę wpływ.

"Po moim ostatnim tutejszym (na Facebooku - przyp.red.)  wpisie o Amazonie - tym o Rahimie Blaku - nie minęła doba, a w redakcji pojawili się Państwo z Amazona. O moim Fejsbuku własnym rozmawiali jednak nie ze mną, ale z moją przełożoną. Nigdy nie przesłali żadnego sprostowania - nie dałam grama powodu. Wyrażali więc ogólną troskę o moją rzetelność" - napisała niedawno na swoim profilu na Facebooku.

Dziennikarz nie zrozumiał

Adrianna Rozwadowska opisała w TOK FM, jak wyglądają relacje dziennikarki z ekspertami od PR zatrudnianymi przez korporacje. Jak mówiła, nie zgodzili się na spotkanie z nią, ale  odwiedzili jej przełożoną w siedzibie "Gazety Wyborczej". Po spotkaniu zaprosili ją na spotkanie do siedziby Amazona pod Poznaniem.

Dodaje, że wizyty przedstawicieli dużych firm odbywają się zwykle w przyjemnej atmosferze, a PR-owcy z reguły posługują się formułką, że “bardzo się cieszą, że dziennikarz zainteresował się tematem, ale niestety go nie zrozumiał i oni mu wyjaśnią”.

 - Kiedy się kogoś polubi, trudno o nim później pisać niemiło. To psychologiczny haczyk, próba zaznajomienia się, po której będzie mi trudniej uderzyć - tłumaczyła Rozwadowska w rozmowie z Agatą Kowalską.

 - Ludzie są świadomi, że politycy chcą wpływać na dziennikarzy. Ale, że robi to też biznes, chyba już mniej - dodała.

Nas się tutaj trochę nie szanuje

Dziennikarka "GW" wskazała też na problem, jaki stanowi prawo do autoryzacji. W praktyce umożliwia rozmówcy zablokowanie publikacji, nawet jeżeli jego słowa zostały przez reportera nagrane.

 - Zmieniły się standardy. Kiedyś można było porozmawiać z każdym policjantem, dziś tylko z rzecznikiem. Tak samo jest z firmami. Dorasta całe pokolenie PR-owców uważających, że takie działania są normalne.  A dziennikarze się na to godzą, bo nie mają wyjścia - przekonywała.

Jak mówiła, problem polega też na tym, że niewiele mediów może sobie pozwolić na ryzyko procesu. Przypomniała, że stać na to tylko największe spółki medialne, ale małe media lokalne i portale często nawet nie zatrudniają prawników i proces z dużą firmą mógłby oznaczać koniec ich istnienia.

Adrianna Rozwadowska przywołała przykład Bloomebrga, który również napisał o polskim Amazonie. - Zagraniczne tytuły piszą o tego rodzaju firmach znacznie ostrzej i nie mają takich problemów. Mam wrażenie, że nas się tutaj trochę nie szanuje - stwierdziła.

Czytaj też: XXI w. w kraju Solidarności: konflikt o herbatę, toaletę. Czy Sroczyński dałby radę w Amazonie?>>>

DOSTĘP PREMIUM