Koszmar studentów Akademii Teatralnej. "Ogromne przyzwolenie na przemocowe sytuacje i brak szacunku"

- Doświadczaliśmy patologicznych zachowań, trwało to bardzo długo. Nie chodzi tylko o jednego profesora, ale o cały system, który to wspiera - mówiła w TOK FM absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej.

W lipcu tego roku studentki i studenci warszawskiej Akademii Teatralnej oskarżyli jednego z wykładowców o stosowanie: przemocy psychicznej, zachowań o charakterze molestowania seksualnego, gróźb użycia użycia przemocy fizycznej. Zarzuty zawarli w liście do władz uczelni.

Rektor uczelni, prof. dr. hab. Wojciech Malajkat wydał oświadczenie, w którym oznajmił, że wykładowca został odsunięty od pracy ze studentami.

Czytaj też: Nadużywanie władzy i molestowanie na uczelniach wychodzi na jaw. "Brzydkie historie trudniej ukryć"

Zdaniem samych studentów, problem jest jeszcze daleki od rozwiązania. Zwłaszcza, że wykładowca, pod adresem którego wystosowano zarzuty, dostał stanowisko w Senacie uczelni.

Patologiczny system

Absolwentka uczelni, reżyserka Aleksandra Jakubczak przekonywała w TOK FM, że problem jest szerszy - nie dotyczy tylko jednego wykładowcy.

- Doświadczaliśmy patologicznych zachowań, trwało to bardzo długo. Nie chodzi tylko o jednego profesora, ale o cały system, który to wspiera. Mówiono nam, że to wielki człowiek, że warto, że trzeba wytrzymać - wspominała.

Co konkretnie musieli wytrzymywać studenci? - Sytuacje, w których dorośli ludzie wychodzą z zajęć z płaczem, doświadczają fizjologicznego strachu widząc - na korytarzu czy ulicy - osobę prowadzącą zajęcia, to są dla mnie czytelne sygnały, że pewnie granice są przekraczane - mówiła w rozmowie z Patrycją Wanat.
 
- Na oficjalnym spotkaniu z dziekanem mówiliśmy, że boimy się profesora, że słyszeliśmy do czego jest zdolny i czujemy, że zaczyna się to także u nas. Sprawa została zamieciona pod dywan. Pierwsze pytanie, jakie zostało zadane: czy profesor przychodzi na zajęcia pijany. Usłyszeliśmy, że skoro nikt nie wyczuł alkoholu, to chyba jeszcze nic złego nie zaczęło się dziać - relacjonowała.

Zdaniem reżyserki, patologiczna sytuacja utrzymuje się między innymi dlatego, że w Polsce są tylko dwa wydziały, które kształcą reżyserów teatralnych.

- Warszawska Akademia Teatralna to połowa całego systemu. W polskim teatrze jest ogromne przyzwolenie na przemocowe sytuacje i brak szacunku.  Taka etyka pracy jest przekazywana pokoleniom - wyjaśniała.

Studentka trzeciego roku studiów reżyserskich na Akademii Teatralnej, Karolina Szczypek, wyjawiła, że w środowisku uczelnianym pojawiają się naciski na studentów, żeby nie ujawniali, co się dzieje na zajęciach.

- Słyszeliśmy, że jeżeli nie będziemy siedzieli “cichutko”, to utrudni się nam wejście na rynek pracy - mówiła.

Polska specyfika

Jak przekonywała reżyserka Małgorzata Wdowik, również absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej, na zagranicznych uczelniach do studentów podchodzi się zupełnie inaczej.

- Mam to szczęście, że studiowałam przez chwilę w Niemczech. Tam relacje są z założenia partnerskie. Studenta nie traktuje się jak petenta, który dostał magiczną możliwość zrealizowania swoich marzeń, ale skoro jest 50 osób na jego miejsce, więc niech uważa - wspominała.

Opowiedziała, że uczelnia niemiecka organizuje regularne spotkania, na których uczniowie i nauczyciele zastanawiają się nad tym, jak prowadzić zajęcia, żeby odbywały się w jak najbardziej demokratycznych warunkach.

Przekonywała, że dzięki temu ze szkoły wychodzą bardzo świadomi twórcy, którzy decydują o czym i w jaki sposób chcą opowiadać. Nie narzuca im się gustu wykładowcy.   

Warszawska Akademia to nie jedyna szkoła, której studenci zaczęli głośno mówić o patologicznych warunkach, w których są kształceni. O przemocy, jakiej doświadczali studenci łódzkiej Filmówki mówiła niedawno w TOK FM reżyserka Jagoda Szelc.

Czytaj więcej: "Wykładowca uderzył studentkę w twarz, popłynęła krew". Jagoda Szelc o traktowaniu studentów aktorstwa

DOSTĘP PREMIUM