Ile języków, tyle przekleństw. Jak bluzgają Rosjanie, Holendrzy, Japończycy i Niemcy? [KSIĄŻKA]

"Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania" Emmy Byrne to książka, która może przekonać do używania wulgaryzmów. Nie tylko pokazuje, że rozładowują one stres, ale omawia ich rolę w różnych kulturach.

Emma Byrne zebrała wyniki badania, które pokazują, że obelgi, bluzganie czy wulgaryzmy, w wielu przypadkach przynoszą nam ulgę, redukują stres i pomagają zacieśniać więzy społeczne. Przekleństwa różnią się w zależności od kraju, ale zawsze są "złożonym zjawiskiem, nabrzmiałym od znaczeń emocjonalnych i kulturowych". Poniżej prezentujemy fragmenty książki Emmy Byrne "Bluzgaj zdrowo. O pożytkach przeklinania", która w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Buchmann. 

******

"Kiedyś przekleństwa zmieniały świat"

Historycznie rzecz biorąc, wulgarny język składał się z przekleństw, bluźnierstw i klątw. Tego typu wypowiedzi uznawano za szczególny typ magii słów. Moc tkwiąca w bluźnierstwie, przyrzeczeniu lub klątwie miała zapobiegać katastrofom albo nawet całkiem dosłownie zmieniać świat.

Dziś nie wierzymy już, że przekleństwa odmieniają rzeczywistość. "Spierdalaj" może okaleczyć najwyżej czyjąś dumę. Wciąż jednak mamy do czynienia z magią słów: przekleństwa, wulgaryzmy, bluzgi, bluźnierstwa, obscena - jak by ich nie nazywać - czerpią swoją moc z przełamywania tabu.

Nie oznacza to, że przekleństwa zawsze muszą być agresywne lub obraźliwe. W rzeczywistości mnóstwo badań dowodzi, że przeklinamy nie tylko po to, by "walczyć", lecz także po to, by pozbyć się frustracji samym sobą, okazać solidarność albo kogoś rozbawić.

Skąd wziął się emotikon "przyjaznej kupy"?

W książce What the F [Co do ch…?] Benjamin K. Bergen wskazuje, że wśród siedmiu tysięcy języków istnieje olbrzymie zróżnicowanie liczby, sposobów użycia i rodzajów wulgarnych słów. Na przykład Rosjanie dysponują niemal nieskończonym zasobem przekleństw, nawiązujących zazwyczaj do prowadzenia się matki rozmówcy, a umożliwia im to złożona fleksja. W Japonii, w której według mojej wiedzy tabu związane z wydalaniem właściwie nie istnieje (stąd emotikon przyjaznej kupy), nie ma odpowiedników słów takich jak "gówno" lub "szczyny", ale wbrew powszechnym przekonaniom istnieje kilka innych wulgaryzmów.

Kichigai to w luźnym tłumaczeniu "debil" i zwykle to słowo jest wycinane w programach telewizyjnych, podobnie jak kutabare ("zdychaj"). I – tak jak w wielu innych językach – królową wulgaryzmów jest manko, słowo odnoszące się do części ciała objętej tak silnym tabu, że w 2014 roku aresztowano japońską artystkę Megumi Igarashi, która zaprezentowała w Tokio instalację zbudowaną z trójwymiarowych modeli jej własnej manko.

Zobacz także: Dlaczego przeklinanie jest dobre? Poprawia nasze zdrowie, ale to nie koniec korzyści z "bluzgów"

Mandat za nazwanie kogoś "starą świnią"?

Języki różnią się repertuarem przekleństw: to naturalna konsekwencja różnic kulturowych. Bergen sugeruje, że języki można przyporządkować do czterech klas, i nazywa to zasadą Jebanego Obsranego Świętego Czarnucha. Wskazuje ona na dominację przekleństw natury religijnej, seksualnej lub skatologicznej. Czwarta kategoria obejmuje przekleństwa rasowe, ale na razie nie udało się znaleźć języka, w którym przeważałby ten typ wulgaryzmów.

Oprócz tego mamy języki, w których tematy tabu obejmują nazwy zwierząt. W Niemczech można na przykład zapłacić od trzystu do sześciuset euro grzywny za nazwanie kogoś tępą krową i do dwóch i pół tysiąca euro za wyzywanie od starych świń. Holendrzy natomiast mają bogaty repertuar wyzwisk związanych z chorobami: życzenie policjantowi, by zachorował na raka (Kankerlijer), może skończyć się dwuletnią odsiadką. 

Przekleństwa są bliższe zwierzęcemu skamlaniu niż ludzkiej mowie?

Jeśli długość słowa, wymowa i brzmienie nie podpowiadają nam, czym są wulgaryzmy, to na czym możemy się opierać? Niektórzy lingwiści próbują definiować przeklinanie jako czynność angażującą pewne części mózgu. W książce "The Stuff of Thought: Language as a Window into Human Nature" [Treść namysłu. Wgląd w ludzką naturę za pomocą języka] językoznawca i psycholog Steven Pinker twierdzi, że przekleństwa różnią się od "prawdziwego" języka, i sugeruje, że nie tworzą się one w tej części mózgu, która odpowiada za złożone myślenie, czyli w korze mózgowej.

Miałyby raczej pochodzić z części podkorowej, która odpowiada za ruch, uczucia i funkcje biologiczne. Zgodnie z sugestią Pinkera przekleństwa są bliższe zwierzęcemu skamlaniu niż ludzkiej mowie.

Biorąc pod uwagę najnowsze badania, nie mogę się zgodzić z tą opinią. Przeklinanie bez wątpienia jest głęboko zrośnięte z naszym zachowaniem, ale z definicji Pinkera wynika, że przekleństwa to pierwotna, prymitywna część naszego leksykonu; coś, co powinniśmy pozostawić za sobą w toku ewolucji.

Istnieje wiele badań dowodzących tego, jak istotne dla ludzi jest przeklinanie i w jaki sposób rozwijało się razem z kulturą i ze społeczeństwem, a czasem wpływało na ich ukształtowanie. Przekleństwa to nie tylko zwierzęcy jęk, ale i złożone zjawisko, nabrzmiałe od znaczeń emocjonalnych i kulturowych.

Książka dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Chcesz wiedzieć więcej? Posłuchaj audycji!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM