Ludmiła Kozłowska ma zakaz wjazdu do Polski. "Nasze procedury są niezgodne z wytycznymi UE"

- Polska dysponując jedynie opiniami, zdecydowała się na bardzo poważny krok - tak oceniła sprawę deportacji prezeski Otwartego Dialogu Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z Fundacji Batorego.

W sierpniu tego roku prezeska Fundacji Otwarty Dialog, Ukrainka Ludmiła Kozłowska została objęta zakazem wjazdu na terytorium Polski. Otrzymała również nakaz opuszczenia Unii Europejskiej. Polski urząd ds. cudzoziemców wpisał szefową organizacji do Systemu Informacyjnego Schengen, oznaczając najwyższym alertem. 

Jak podała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wątpliwości dotyczą finansowania fundacji. W sieci pojawił się nawet rzekomy raport prokuratury generalnej Ukrainy, która zarzuca Ludmile Kozłowskiej zdradę państwa i wspieranie organizacji terrorystycznych. Na dokumencie widnieje podpis ówczesnego zastępcę prokuratora generalnego Witalija Kaśki. Jednak "Dziennik Gazeta Prawna" podała, że Kaśka zaprzecza istnieniu raportu. 

Sprawa jest niejednoznaczna

Czy polski rząd miał podstawy, aby wydalić z kraju związaną z Fundacją Otwarty Dialog Ludmiłę Kozłowską?

- Z jednej strony jest to sprawa niejednoznaczna. Z drugiej, bardzo ważna w naszym kraju, bo dotyczy sfery związanej z ewentualną agenturą, koneksjami, wojną hybrydową, czy działaniami na szkodę bezpieczeństwa państwowego. Należy pamiętać, że komentarze na temat fundacji, zarówno pozytywne, jak i negatywne, pojawiły się nie wraz z rządami PiS-u, tylko dużo wcześniej - tłumaczyła w Radiu TOK FM Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, dyrektorka forumIdei w Fundacji im. Stefana Batorego oraz była ambasadorka RP w Moskwie.

Jak mówiła ekspertka, nie ma takiej drugiej w Polsce organizacji, zajmującej się tematyką Wschodu, która byłaby otoczona taką ilością wątpliwości i różnych podejrzeń. Do tego, zaangażowanie Fundacji Otwarty Dialog w sprawy polskie było bardzo ograniczone w porównaniu z innymi tego typu organizacjami.

- Nie mamy żadnych twardych dowodów. Ani eksperci, ani publicyści, ani tym bardziej zwykli obywatele nie mają dostępu do danych, bo fakty można poznać tylko i wyłącznie instrumentami, które są w dyspozycji służb specjalnych państwa. Skoro nie ma dostępu do informacji, analiza sytuacji musi się na jakimś poziomie zatrzymać. Dysponując jedynie opiniami, państwo polskie zdecydowało się na bardzo poważny krok, powołując się na względy bezpieczeństwa. To bardzo duża odpowiedzialność - stwierdziła  Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

"Najważniejsze jest bronienie zasad"

- Możemy oczywiście toczyć dyskusję w nieskończoność, zastanawiać się, czy Polska miała, czy nie miała racji. Czy ta organizacja stwarzała realne zagrożenie, czy może była wielkim wojownikiem o demokrację? Ta dyskusja jest nie do rozstrzygnięcia - powiedziała gościni w Radiu TOK FM.

W jej przekonaniu najważniejsze jest bronienie zasad.

-  Przede wszystkim wygląda na to, że zasady wpisywania kogoś do SIS w Polsce i dalsze procedury odwoławcze są nie do końca zgodne z wytycznymi UE. Potrzebna jest większa transparentność. Osoba, której się coś takiego przytrafiło, powinna mieć prawo dostępu do dokumentów odnoszących się do jego sprawy. Bez tego trudno się bronić - podsumowała Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

Chcesz wiedzieć więcej? Posłuchaj audycji. Dowiesz się:

  • Co w sprawie Ludmiły Kozłowskiej powinno się zmienić?
  • Jakie opinie o szefowej Fundacji pojawiły się w innych krajach EU?

DOSTĘP PREMIUM