Auto z antyaborcyjnymi plakatami na widoku dzieci. Straż miejska rozkłada ręce. Czy można coś z tym zrobić?

Na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, obok żłobka, od trzech miesięcy stoi auto oplakatowane antyaborcyjnymi hasłami i grafikami płodów. Za szybą tkwi informacja o nieopłaconym parkowaniu, ale straż miejska rozkłada ręce.

- Z każdej strony ma przyklejony inny, równie krwawy plakat. Stoi z informacją o nieopłaconym parkowaniu za wycieraczką. Kwitnie tam już co najmniej od trzech miesięcy - opisuje pani Karolina, która poinformowała nas o sprawie.

Tego typu auta, finansowane przez ruchy na rzecz delegalizacji zabiegu przerwania ciąży, to nierzadki widok w polskich miastach.

 - Domyślam się, że ten samochód stoi tam nie ze względu na żłobek, a raczej na bliskość siedziby PiS (auto stoi przy ul. Nowogrodzkiej - przyp. red.), żeby kłuć w oczy Jarosława Kaczyńskiego i wywierać na niego presję w kwestii zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Niemniej jednak codziennie muszę go mijać, podobnie jak moja kilkuletnia córka, którą odprowadzam do żłobka, oraz jej niewiele starsza siostra. Tak samo inni rodzice i ich dzieci. Co mogę zrobić, by usunąć ten plakat? Jak wytłumaczyć dziecku, co przedstawiają te zdjęcia? - pyta pani Karolina. Dodaje, że zgłosiła sprawę straży miejskiej, jednak usłyszała, że nie ma podstaw, żeby odholować pojazd.

Strażnicy miejscy mają związane ręce?

Straż Miejska m.st. Warszawy potwierdza, że przyjęła zgłoszenie w sprawie samochodu na Nowogrodzkiej. Jak mówi jej rzecznik prasowy Sławomir Smyk, w tym przypadku nie ma podstaw do odholowania auta, ponieważ stoi ono w miejscu, w którym wolno parkować i nie powoduje utrudnień w ruchu. Nałożenie opłat za parkowanie leży zaś w gestii Zarządu Dróg Miejskich, ponieważ samochód znajduje się w strefie płatnego parkowania.

Jak dowiedzieliśmy się w ZDM, poza wystosowaniem kolejnych wezwań do zapłaty, urzędnicy nie mają innych możliwości działania w takiej sytuacji. Odholować auto mogliby jedynie na wniosek straży miejskiej. Koło się zamyka.

Trzeba iść na policję

Co więc robić? Strażnicy miejscy radzą zgłosić sprawę na policję - najlepiej stawić się na komendzie osobiście. Jest to też rozwiązanie rekomendowane w ramach prowadzonej od miesięcy przez Partię Razem akcji “Szantaż z dala od szpitala”.

Na stronie zdalaodszpitala.pl, która dostarcza kompleksowej wiedzy na temat walki z drastycznymi plakatami w przestrzeni publicznej, znajdziemy szczegółową instrukcję.

“Można wnioskować o ich usunięcie, powołując się na art. 63a § 1 Kodeksu Wykroczeń, dotyczący umieszczenia reklamy w miejscu publicznym bez zgody zarządcy drogi. Co dalej? Przede wszystkim możesz złożyć na policję zawiadomienie o popełnieniu wykroczenia. Zrób zdjęcia dokumentujące - niezależnie od tego, czy zgłosić chcesz billboard, pokazywane podczas pikiety plakaty, czy lawetę. Upewnij się, że zapisałaś/zapisałeś adres miejsca, w którym prezentowane są te drastyczne obrazy, w przypadku pikiety/lawety warto także zapisać datę i godzinę”.

Należy też wypełnić zawiadomienie, którego wzór również znajdziemy na zdalaodszpitala.pl.

Organizatorzy akcji uprzedzają, że od funkcjonariuszy możemy usłyszeć, że sprawa zostanie najprawdopodobniej umorzona. Przekonują jednak, że nie należy się zniechęcać.

“Nasze interwencje pokazują, że (...) nawet jeśli sąd w pierwszej instancji oddali twoją skargę, to możesz złożyć zażalenie i domagać się ponownego rozpatrzenia sprawy” - czytamy na stronie.

Jak rozmawiać z dzieckiem?

Jak mówi dr Marta Majorczyk, pedagog z poradni przy SWPS w Poznaniu, widok plakatu antyaborcyjnego wcale nie musi być dla dziecka w wieku przedszkolnym szokujący, ponieważ nie do końca zrozumie ono, co on przedstawia.

Należy się jednak spodziewać, że może zacząć zadawać pytania. - Nie powinno się wchodzić wtedy w technicznie szczegóły ani używać abstrakcyjnych dla dziecka słów. Nie chodzi o to, żeby tłumaczyć, czym jest aborcja. Lepiej  powiedzieć, że ten plakat przedstawia małe dziecko, które jest chore. Taka odpowiedź może przedszkolakowi wystarczyć - tłumaczy dr Majorczyk.

Kilkulatek może się jednak okazać dociekliwy i pytać, dlaczego dziecko ze zdjęcia jest chore, co mu się stało. - Rodzic może wtedy zadać dziecku pytanie o jego interpretację: “a ty myślisz, że co mu jest?”. Chodzi o to, żeby poruszać się na jego poziomie poznawczym, nie nakładać dziecku interpretacji dorosłego - wyjaśnia specjalistka.

Jak mówi, inaczej sytuacja wyglądać będzie w przypadku dziecka w wieku szkolnym, nastolatka. Wtedy konieczna już będzie poważna rozmowa na temat zabiegu przerwania ciąży. Dr Majorczyk radzi, żeby starać się przedstawiać sprawę obiektywnie, na poziomie faktów. Nie narzucać własnych przekonań i nie oceniać.

A co na to kandydaci na prezydenta Warszawy?

Z pytaniem o stosunek do tego rodzaju kampanii antyaborcyjnych zwróciliśmy się do kandydatów ubiegających się w Warszawie o prezydenturę.

- To są fałszywe i kłamliwe treści, kłamliwa propaganda. Opisy zdjęć nie są zgodne z tym, co one przedstawiają - przekonuje Andrzej Rozenek, kandydat z ramienia SLD.

Jego zdaniem, usunięcie drastycznych zdjęć z przestrzeni publicznej leży w gestii straży miejskiej. - Jeżeli nie może odholować pojazdu, to powinna ustalić właściciela i poinstruować go, że jeżeli chce robić wystawę, to powinien znaleźć lokal do tego celu - ocenia Rozenek.

- Z tym się powinno walczyć tak, jak z nielegalnymi reklamami. Tak jak w przypadku, kiedy ktoś nie ma zgody na postawienie baneru, więc okleja jakiś wrak reklamą salonu masażu czy innego biznesu - podpowiada kandydat SLD.

Podobną opinię otrzymaliśmy od porozumienia Wygra Warszawa, które zrzesza członków ruchów miejskich, a także działaczy Partii Razem, a jego kandydatem na prezydenta stolicy jest Jan Śpiewak.

- Treści tego rodzaju, jak drastyczne w swojej wymowie plakaty i banery antyaborcyjne, nie powinny pojawiać się w przestrzeni publicznej. Przedmioty takie umieszczane są często w okolicach szpitali albo klinik, gdzie przebywają kobiety w ciąży zagrożonej lub te, które doświadczyły poronienia. Trudno takie sytuacje traktować inaczej niż jako próbę brutalnego ataku poprzez obraz/hasło i presję wywieraną na kobiety - ocenia Sebastian Liszka, rzecznik Jana Śpiewaka.

- Według nas samorząd może i powinien korzystać z narzędzi reagowania na podobne przypadki. Może to robić poprzez Straż Miejską lub regulacje w zakresie zagospodarowania przestrzeni publicznej - dodaje.

Sprawę skomentował również Rafał Trzaskowski, kandydat Koalicji Obywatelskiej. - Podczas moich spotkań z mieszkańcami Warszawy dostaję wiele sygnałów
dotyczących chaosu reklamowego w mieście, w tym także o samochodach i plakatach ze zdjęciami antyaborcyjnymi, zlokalizowanych przy placówkach zdrowia. Sam kilka takich samochodów widziałem. Stawianie takich aut czy plakatów przed szkołami oraz szpitalami, w których pomocy szukają np. kobiety z zagrożoną ciążą, czy też kobiety przeżywające tragedie po utracie dziecka, jest po prostu nieludzkie i haniebne - ocenia Trzaskowski.

- Niestety w obecnym stanie, przy założeniu, że auta te stoją w dozwolonym miejscu i mają opłacony czas parkowania (w przypadku płatnych stref) nie ma prawnych możliwości ich usunięcia. Nawet jeśli auto stoi przy szkole i są na nim wywieszone treści zdecydowanie nieodpowiednie dla oczu dzieci. Potrzeba żmudnej procedury prawnej, by taką "reklamę" usunąć - kontynuuje. 

- Podobna sytuacja dotyczy opłaconych, leganie wiszących reklam. Liczę, że warszawska uchwała krajobrazowa, która jest jedną z moich propozycji programowych, da miastu więcej narzędzi walki z takimi oburzającymi prowokacjami. Bo tak to chyba trzeba nazwać - podsumowuje Trzaskowski.

Zwolennikiem ograniczenia prezentowania drastycznych zdjęć w przestrzeni publicznej jest też Jakub Stefaniak, kandydat z ramienia PSL.  - Po pierwsze odradzałbym fundatorom tych plakatów umiejscawiania ich blisko szkół, przedszkoli, żłobków - stwierdził polityk, dodał jednak, że ma świadomość, że najczęściej można się ich pozbyć dopiero decyzją sądu. - Przede wszystkim respektowałbym wyrok sądu w tej sprawie - podkreślił.

Sztab Patryka Jakiego (PiS) na razie milczy.

Kary dla działaczy antyaborcyjnych

Dyskusja na temat szokujących plakatów trwa od lat i nadal są one często spotykanym widokiem.

W Polsce toczy się kilkadziesiąt spraw o ukaranie autorów antyaborcyjnych obrazów eksponowanych na ulicach i placach. Kiedyś postępowania kończyły się zazwyczaj pomyślnie dla zwolenników delegalizacji przerywania ciąży, niedawno zaczęły zapadać jednak pierwsze wyroki skazujące ich na grzywny. W zeszłym roku takie przypadki miały miejsce w Rzeszowie i Zakopanem, a w tym roku w Krakowie.

Głośna był też sprawa znanego kieleckiego animatora kultury i przedsiębiorcy, Maksymiliana Materny. Pod koniec 2017 roku zerwał on drastyczny plakat i zaniósł na policję. Prokuratura odmówiła wtedy wszczęcia śledztwa "z uwagi na brak znamion czynu zabronionego". Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Maternę złożyła jedna z fundacji, która dąży do delegalizacji zabiegu. Sprawa miała finał w sądzie i zakończyła się wygraną Materny.  

Czytaj też: Zerwał plakat antyaborcyjny, sąd pochwalił go i uniewinnił. Maksymilian Materna w rozmowie z tokfm.pl

Zdarzyło się też, że akcję antyaborcyjną przed jednym z warszawskich liceów udaremnili uczniowie. Samochód ze zdjęciami martwych płodów został przez nich oklejony folią.

Podobny pojazd regularnie pojawia się pod Szpitalem Bielańskim w Warszawie. W czerwcu tego roku rodzice dzieci urodzonych w tej placówce napisali petycję do prezydent Warszawy z prośbą o usunięcie pojazdu.

"To antagonizowanie dziecka i matki" - komentowała zmiany proponowane przez RPD Agata Diduszko-Zyglewska

Czytaj więcej: Mają dość nazywania szpitala rzeźnią. Pikieta wsparcia dla lekarza atakowanego przez obrońców życia

Kraśko: Każda aborcja jest dramatem. Dryjańska: Skąd wiesz? Miałeś zabieg?

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM