"Mała monarchia". Były dyrektor o najbardziej znanym szpitalu psychiatrycznym w Polsce

Mazowieckie Specjalistyczne Centrum Zdrowia im. prof. Jana Mazurkiewicza - tak brzmi obecnie nazwa jednego z najbardziej znanych szpitali w Polsce. Bardziej znanego jako Tworki - tę nazwę słyszało wielu Polaków.

Szpital powstał w 1891 roku. Szybko stał się bardzo znany, bo była to placówka wyjątkowa - wierna kopia lecznic ze Szwajcarii.

Przeniesiono nie tylko architekturę, układ instytucjonalny, ówczesne nowinki technologiczne (miał własną elektrownię, w związku z czym elektryczność była tu wcześniej niż w miasteczku), ale też "niemiecki porządek". Te niemieckie wpływy widoczne są również w szpitalach, które powstały w województwach poznańskim i śląskim. Można wręcz powiedzieć, że szpitale psychiatryczne dzielą się na wschodnie i zachodnie. Zachód to ceglana architektura, równo przystrzyżone trawniki, ścieżki, czysto, porządnie, a wschód jak to wschód: trochę niechlujny, brudnawy, ale za to swojski, serdeczny i miły.  Szpital ma też piękną kartę polityczno-patriotyczną. W czasie drugiej wojny światowej ukrywali się w nim ludzie, którym groziły represje. Szpital uniknął niemieckiej eksterminacji (jak wiadomo psychicznie chorych rozstrzeliwano), ale pacjentów próbowano zagłodzić. W związku z tym zamienił się w gigantyczny ogród: na każdym skrawku ziemi hodowano owoce, warzywa, ziemniaki, żeby chorych jakoś utrzymać przy życiu. A później, w latach pięćdziesiątych, znowu ratowano życie ludziom, którzy narazili się tym razem ówczesnej władzy. Ukrywali się przed więzieniem pod pretekstem różnych zaburzeń psychicznych. Ten szpital swojego czasu był prawie małą monarchią. Do jakichś lat sześćdziesiątych posiadał kilka filii, w których byli umieszczani wyłącznie przewlekle chorzy. W sumie dwa tysiące pacjentów. A do tego od strony gospodarczej zachowywał samowystarczalność. Na jego terenie były: gospodarstwo rolne, sady, stawy rybne, stolarnie, straż pożarna, kościół, apteka, cmentarz

- mówił w rozmowie z Ireną A. Stanisławską długoletni dyrektor szpitala - psychiatra Edward Krzemiński. Jak wspominał, w czasach stanu wojennego w Tworkach ukrywani byli działacze podziemia.

Krzemiński został dyrektorem szpitala w Tworkach w 1976 roku. Wcześniej pracował w w lecznictwie otwartym. Miał więc inne doświadczenia niż jego poprzednicy, o których sam mówi, że były to osoby "wierne tradycji, że szpital psychiatryczny musi być zamknięty".

Muszą być mury, kraty. Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych wypadło mi przejąć z kolegami szpital po "starej gwardii", była to pierwsza rzecz, z którą chcieliśmy się rozprawić. Co z tego, że pacjent, kiedy była ładna pogoda, przebywał w ogrodzie, skoro otoczony był on dwumetrowym murem. Nadal był w zamknięciu, tylko zamiast sufitu miał nad sobą niebo. W momencie, w którym postanowiliśmy zlikwidować te więzienne atrybuty, napotkaliśmy duży opór personelu: "To będą tak sobie chodzić po całym szpitalu?!" Musieliśmy tłumaczyć, że będą chodzić, gdzie chcą, ponieważ są u siebie

- jak dodał, okalający teren dwumetrowy mur został rozebrany, kraty wymontowane z okien.

Reformy nie poprawiły raczej obiegowej opinii o tym miejscu. Szpital w Tworkach przez lata był, a dla wielu pewnie nadal jest, synonimem szpitala psychiatrycznego.

Czasami nim straszono: "Uważaj, bo cię zamkniemy w Tworkach", a w potocznej rozmowie mówienie o kimś, że "się urwał z Tworek", oznaczało obelgę

mówił były dyrektor szpitala w książce "Jak tu nie zwariować. Na herbatce u psychiatry".

Przeczytaj fragment książki:

Porozmawiajmy o czasach, kiedy rozpoczął pan pracę w szpitalu. Siermiężna Polska.

Początek lat sześćdziesiątych. Szpital był wówczas w dużym stopniu izolatorium. Prawie jak więzienie - wysokie mury, kraty w oknach, zamykane na klucz mocne drzwi. Był też głośny. Ponieważ nie mieliśmy leków antypsychotycznych, tego niepokoju, a co się z tym wiąże, krzyków, było bardzo dużo. Co z tego, że mieliśmy wiedzę na temat chorób - ich opisu, systematyki i diagnoz - skoro nie mieliśmy możliwości leczenia. Nasze działania były wybitnie ratunkowe, likwidujące niektóre ekstremalne zachowania, żeby pacjent w tym gigantycznym niepokoju, pobudzeniu psychoruchowym, nie zrobił sobie krzywdy. Stąd krępowanie, izolowanie.

W każdym szpitalu jest sala obserwacyjna (najczęściej przeszklona), na której kładzie się nowo przyjętych pacjentów. A że z reguły trafiają do szpitala w ostrym stanie chorobowym, oprócz obserwacji trzeba było zastosować radykalniejsze środki, na przykład przywiązywanie pasami do łóżka. Niestety stosujemy je również dzisiaj. Ale każde unieruchomienie jest obwarowane ogromną liczbą wymogów, które trzeba spełnić, i zawsze jest sporządzany protokół podpisany przez ordynatora. Trzeba też brać pod uwagę innych pacjentów. Gdyby w świetlicy, w której przebywają pacjenci z różnym stopniem zaleczenia, uspokojenia, znalazł się pacjent pobudzony, mógłby kogoś zaatakować, a z drugiej strony - sam stać się ofiarą ataku, bo ci zdrowiejący na jego zaczepki mogliby odpowiedzieć agresją. Musieliśmy więc chronić wszystkich. Nie robiliśmy tego, ponieważ lubimy mieć władzę nad człowiekiem, lubimy odbierać mu wolność, lecz tylko dla jego dobra - żeby sam się nie powiesił lub nie rzucił na innego pacjenta.

Mam świadomość, że przymocowanie pasami może kojarzyć się z torturami, gwałtem, ale przecież podobnie postępuje się przed zabiegiem operacyjnym. Pacjenta przymocowuje się do stołu pasami nie po to, by sprawić mu ból, lecz po to, by w trakcie operacji nie spadł.

Szpital psychiatryczny kojarzył się z więzieniem również z powodu ówczesnych pielęgniarzy.

W tamtych czasach musiała być męska obsługa. Rzeczywiście miała budzić respekt, ale też, po prostu, aby pacjentowi założyć kaftan czy przymocować go do łóżka, potrzebna jest siła fizyczna. W tej chwili pielęgniarzy prawie w ogóle nie ma, co traktowane jest jako zarzut - bo trudno jest drobnej kobiecie poradzić sobie z dwumetrowym mężczyzną, który staje się niebezpieczny.

A metody leczenia?

Był to czas komunizmu w Polsce. Byliśmy pod hegemonią radziecką. Narzucono nam nie tylko porządki polityczny, społeczny, gospodarczy, ale też wszystkie trendy, teorie w kulturze i nauce przychodziły stamtąd. Obowiązywała nas na przykład teoria Pawłowa. Chociaż przed wojną za badania dotyczące odruchów warunkowych otrzymał on Nagrodę Nobla, to przeniesienie jej na grunt psychiatrii było czystą bzdurą. Nie da się sprowadzić tak złożonego mechanizmu, jakim jest człowiek, do bodźca i reakcji. Za pomocą Pawłowa, co było bardzo karkołomne, próbowano również wyjaśniać na przykład schizofrenię, i nie tylko. (...)

Nie wiem, jak teraz, ale kiedyś każdy przeciętny Polak tę nazwę. "Tworki" były synonimem szpitala psychiatrycznego. Lub Alcatraz.

To prawda. Czasami nim straszono: "Uważaj, bo cię zamkniemy w Tworkach", a w potocznej rozmowie mówienie o kimś, że "się urwał z Tworek", oznaczało obelgę.

A pan pracował w tym szpitalu?

Pracowałem bardzo długo. Najpierw jako szeregowy lekarz, potem nawet zostałem dyrektorem, i to w czasach nie najlepszych, bo między innymi w stanie wojennym.

Jest więc pan doskonałym adresatem pytania: dlaczego ten szpital jest tak znany?

Być może z powodu swojej lokalizacji pod Warszawą. Poza tym ma długą tradycję. Jak wspomniałem, powstał w czasach zaboru rosyjskiego, ponad sto lat temu, z "ukazu" cara Aleksandra II. Miał być eksperymentalnym szpitalem psychiatrycznym, na którego doświadczeniach planowano stworzyć kolejne placówki. W związku z tym powołano ekipę fachowców, którą posłano do Europy (głównie do Niemiec i Szwajcarii) na przeszpiegi. Fachowcy ci przyglądali się, jak zbudowane są szpitale psychiatryczne, jak funkcjonują, po czym po powrocie do kraju zabrali się do pracy. Tworki są wierną kopią szpitali szwajcarskich. Przeniesiono nie tylko architekturę, układ instytucjonalny, ówczesne nowinki technologiczne (miał własną elektrownię, w związku z czym elektryczność była tu wcześniej niż w miasteczku), ale też "niemiecki porządek". Te niemieckie wpływy widoczne są również w szpitalach, które powstały w województwach poznańskim i śląskim. Można wręcz powiedzieć, że szpitale psychiatryczne dzielą się na wschodnie i zachodnie. Zachód to ceglana architektura, równo przystrzyżone trawniki, ścieżki, czysto, porządnie, a wschód jak to wschód: trochę niechlujny, brudnawy, ale za to swojski, serdeczny i miły.

Z Tworek wywodzi swój rodowód cała szkoła polskiej psychiatrii, bowiem przez wiele lat mieściły się tam Klinika Psychiatrii warszawskiej Akademii Medycznej oraz Instytut Psychiatrii i Neurologii. I chociaż później zostały przeniesione do Warszawy, Tworki były dla nich szpitalem matką. Szpital ma też piękną kartę polityczno-patriotyczną. W czasie drugiej wojny światowej ukrywali się w nim ludzie, którym groziły represje. Szpital uniknął niemieckiej eksterminacji (jak wiadomo psychicznie chorych rozstrzeliwano), ale pacjentów próbowano zagłodzić. W związku z tym zamienił się w gigantyczny ogród: na każdym skrawku ziemi hodowano owoce, warzywa, ziemniaki, żeby chorych jakoś utrzymać przy życiu. A później, w latach pięćdziesiątych, znowu ratowano życie ludziom, którzy narazili się tym razem ówczesnej władzy. Ukrywali się przed więzieniem pod pretekstem różnych zaburzeń psychicznych. Ten szpital swojego czasu był prawie małą monarchią. Do jakichś lat sześćdziesiątych posiadał kilka filii, w których byli umieszczani wyłącznie przewlekle chorzy. W sumie dwa tysiące pacjentów. A do tego od strony gospodarczej zachowywał samowystarczalność. Na jego terenie były: gospodarstwo rolne, sady, stawy rybne, stolarnie, straż pożarna, kościół, apteka, cmentarz.

Cmentarz?!

A cóż w tym dziwnego? W takich dużych szpitalach (liczących około tysiąca chorych) sporo pacjentów umiera; zwłaszcza na neurologii, gdzie leżą osoby po wylewach. Naszymi pacjentami często byli ludzie bezdomni, więc gdzieś trzeba było ich pochować. Poza tym niektórzy chcieli być pochowani właśnie tutaj. Zresztą nie tylko pacjenci, również personel. Ten cmentarz ma swój urok: jest kameralny i położony w pięknym parku.

To nie było przygnębiające, że pracował pan w szpitalu, mając perspektywę, że tu zostanie pochowany?

Dlaczego miałbym się czuć przygnębiony? Tu pracowałem, tutaj żyłem i tutaj z tymi ludźmi zostanę pochowany. Leżą tam kolega, jeden, drugi, trzeci, a tu dyrektor. A jak jest w małym miasteczku? Tam sąsiad kładzie się obok sąsiada. Szpital też był takim miasteczkiem. Z blokami, w których mieszkali obecni pracownicy szpitala i ci, którzy pracowali tu wcześniej (często trzecie pokolenie). Było też przedszkole. Ludziom wydaje się niemożliwe, że w takim miejscu mogłyby przebywać dzieci. A w Tworkach rodziły się, bawiły i biegały między pacjentami. I nie było ani jednego przypadku, żeby chory zaatakował dziecko.

Małe sielskie miasteczko! Tylko te kraty!

Osoby, które nim zarządzały, były wierne tradycji, że szpital psychiatryczny musi być zamknięty. Muszą być mury, kraty. Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych wypadło mi przejąć z kolegami szpital po "starej gwardii", była to pierwsza rzecz, z którą chcieliśmy się rozprawić. Co z tego, że pacjent, kiedy była ładna pogoda, przebywał w ogrodzie, skoro otoczony był on dwumetrowym murem. Nadal był w zamknięciu, tylko zamiast sufitu miał nad sobą niebo. W momencie, w którym postanowiliśmy zlikwidować te więzienne atrybuty, napotkaliśmy duży opór personelu: "To będą tak sobie chodzić po całym szpitalu?!". Musieliśmy tłumaczyć, że będą chodzić, gdzie chcą, ponieważ są u siebie.

A co z tym dwumetrowym murem?

Został rozebrany. Kraty wymontowaliśmy. Trzeba było również zdjąć atrybuty strażnika, czyli biały fartuch. Gdyby pani weszła na którykolwiek z naszych oddziałów, trudno byłoby się pani zorientować, kto jest pracownikiem, a kto pacjentem. To rozmontowanie dotychczasowej hierarchicznej, pilnującej struktury było sporą zmianą, możliwą dzięki humanistycznej rewolucji lat sześćdziesiątych, kiedy psychiatria, podobnie jak więziennictwo i wojsko, została poddana ostrej krytyce. Wraz z moimi kolegami miałem to szczęście, że dołożyliśmy swoją cegiełkę. Zaczynem było stworzenie ośrodków psychiatrycznych na bliskim obszarze, czyli na terenie dawnego województwa warszawskiego, a potem poszliśmy jeszcze dalej, tworząc oddziały psychiatryczne w normalnych szpitalach. Chociaż były to bardzo burzliwe czasy, nam mimo wszystko udawało się przeprowadzać jakieś reformy.

Czasy walki o władzę, a później stan wojenny. Chyba niełatwo było wtedy pełnić funkcję dyrektora?

To prawda. Tym bardziej że zostałem nim z konieczności. Kiedy dyrekcja szpitala odchodziła na emeryturę, wiadomo było, że przyślą nam kogoś z zewnątrz, bo w tamtym czasie kierownicze stanowiska mogli zajmować tylko ludzie należący do partii. Chcieliśmy z kolegami zmieniać szpital, więc doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, gdy dyrektorem zostanie ktoś z nas. Padło na mnie, bo akurat należałem do partii. Już trzeciego dnia stanu wojennego zostałem wezwany do komendanta na przesłuchanie, ponieważ jakiś pracownik napisał na mnie donos, że nie słuchałem egzekutywy partyjnej. A po nim zjawił się inny gorliwy, który nie mógł mi darować, że nie wojowałem z pracownikami należącymi do Solidarności, że mieli prawo głosu, że uczestniczyli we wszystkich naradach.

Ukrywaliście w szpitalu jakichś działaczy opozycji?

Pierwsze, co zrobiliśmy, gdy dowiedzieliśmy się o stanie wojennym, to schowaliśmy egzemplarze "Tygodnika Solidarność". Jako dokumenty historii. Natomiast jeśli chodzi o działaczy opozycji, domyślam się, że mogło tak być, chociaż ja oficjalnie nic na ten temat nie wiem. Bo każdy z lekarzy na swoim oddziale robił to, co uważał za słuszne. Dałem im wolną rękę. Pamiętam tylko, że jako szpital byliśmy zamieszani w poszukiwanie jednego z czołowych działaczy Solidarności. Jego matka znalazła się u nas na oddziale neurologicznym, w związku z czym po szpitalu ciągle kręcili się ubecy, licząc na to, że przyjdzie do matki w odwiedziny, a wtedy go zgarną. Domagano się ode mnie, abym pomógł w tej akcji, ale powiedziałem, że jestem tylko lekarzem i niech nie liczą na to, że personel medyczny będzie w tym uczestniczyć.

A jak było z zaopatrzeniem? W tych czasach sklepy świeciły pustkami, aby zrealizować kartki żywnościowe, stało się w ogromnych kolejkach.

Szpital jako instytucja państwowa otrzymywał zaopatrzenie z rozdzielnika. Paradoks polegał na tym, że chociaż mieliśmy swoje owoce, warzywa, a nawet ryby, nie mogliśmy ich przeznaczyć dla naszych chorych, tylko musieliśmy sprzedawać do jakiejś państwowej hurtowni, żeby z innej hurtowni kupić towar, jaki nam przysługiwał. W stanie wojennym rzeczywiście było trudno, ale pacjenci głodni nie chodzili. Kombinowałem inne zaopatrzenie w papierosy. Chorzy w szpitalu psychiatrycznym dużo palą. W stanach niepokoju, napięcia, lęku papieros im pomaga, a niektórzy po prostu są od palenia uzależnieni. Sam nie palę, ale starałem się swoich pacjentów zrozumieć, więc kupowało się te papierosy, gdzie tylko się dało. I nagle wybuchł stan wojenny. Przydziały kartkowe to kropla w morzu potrzeb. Pojechałem więc do komendanta miasta, który w stanie wojennym sprawował władzę, i powiedziałem: "Panie majorze, mam ogromny problem. Reprezentuję szpital, w którym jest ośmiuset chorych, i jeśli nie dostanę dla nich pewnej ilości papierosów, ten szpital wybuchnie. Dosłownie wybuchnie, bo dojdzie do bijatyk i ludzie w swojej agresji go rozsadzą. Chyba niedobrze by było, żeby Radio Wolna Europa nadało, że w Polsce nawet chorzy psychicznie protestują?". Na co on przestraszony: "Towarzyszu, co wy mówicie?! To ile tych papierosów chcecie?!". Podałem mu jakąś liczbę, i regularnie co tydzień przywożone były do szpitala. Było ich tak dużo, że nasz zaopatrzeniowiec częścią tych papierosów handlował. Wręczał je magazynierom z hurtowni, które nas zaopatrywały, a oni w zamian za te prezenty dawali trochę więcej towaru lub produkty lepszej jakości.

Na początku stanu wojennego, kiedy sytuacja wyglądała naprawdę groźnie, prawie nie mieszkałem w swoim domu, tylko większość czasu spędzałem w szpitalu. Non stop pełniliśmy dyżury, bo przecież nikt nie wiedział, czego można się po władzy wojskowej spodziewać. W gronie osób dyżurujących był ksiądz kapelan Roman Indrzejczyk (który, niestety, zginął w katastrofie smoleńskiej). Był bardzo sympatycznym, lubianym przez wszystkich człowiekiem. Nawet gdy trzeba było odbębnić jakieś czyny partyjno-społeczne, to brał w nich udział.

Muszę powiedzieć, że pracownicy szpitala, ale też ci, którzy na jego terenie mieszkali, zdali ten egzamin doskonale. Pewnie dlatego że mieliśmy poczucie, iż należymy do jednej rodziny. Kolegowaliśmy się, przyjaźniliśmy, spędzaliśmy wspólnie czas poza pracą. Uznawaliśmy wzajemne autorytety, okazywaliśmy sobie szacunek. I tak jak wspomniałem, nawet w tych trudnych czasach staraliśmy się wprowadzać do psychiatrii kolejne reformy. Bo, choć wiem, że to zabrzmi patetycznie, mieliśmy poczucie misji. Uważaliśmy, że pracując w szpitalu z takimi tradycjami, mamy obowiązek pokazać, że jesteśmy otwarci na zmiany. Że coś z tego pionierskiego ducha w tym miejscu zostało.

Dziś, jako były pracownik, bywam zapraszany do Tworek na różnego rodzaju uroczystości. Nie chciałbym być takim starym zgredem, który mówi: "Za moich czasów.", ale to miejsce jest już inne. Nadal jest to piękny, zielony teren, budynki stoją, jak stały, a nawet powstają nowe; tylko tego ducha już jakby nie ma. Myślę, że ludzie mniej identyfikują się z miejscem, po prostu wykonują swoją pracę i wracają do domu.

Ale chyba tak jest wszędzie. No cóż, świat się zmienia...

"Jak tu nie zwariować. Na herbatce u psychiatry", Edward Krzemiński w rozmowie z Ireną A. Stanisławską, wydawnictwo Muza S.A.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM