"Czasami wprost mówię, by nie zawracali mi d**y". Lekarz szczerze o tym, co go wkurza w pacjentach

Jestem wymagający, bo chcę pomóc pacjentowi. Niektórzy mnie za to kochają, inni piszą na mnie skargi - mówi Paweł, lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, który leczy w 100-tysięcznym mieście.

Paweł (imię zmienione) to internista z 20-letnim doświadczeniem. Zgodził się udzielić wywiadu tokfm.pl pod warunkiem, że pozostanie anonimowy. Pracuje w kilku miejscach, w tym w przychodni w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia.

Anna Dryjańska: Co najbardziej denerwuje pana w zachowaniu pacjentów?

Dr Paweł: To, że kłamią. Kłamią masowo, notorycznie, bez zastanowienia, w sprawach ważnych i błahych. Okłamują mnie jako swojego lekarza, a to najgłupsze, co mogą zrobić. Gdy nie mówią prawdy, oddalają mnie od postawienia diagnozy i sami sobie robią krzywdę.

Ilu pacjentów tak robi?

Zdecydowana większość. Pacjenci, którzy mówią prawdę, to wyjątki.

W jakich sprawach okłamują pana pacjenci?

Chyba szybciej byłoby wymienić, kiedy mnie nie okłamują (śmiech). Najczęściej kłamią na temat przyjmowania leków. Swoją drogą robią to bardzo nieudolnie.

Wielu pacjentów nie zdaje sobie sprawy, że lekarz może ich sprawdzić. Jeśli wypisuję pacjentowi receptę na trzy opakowania leku, a on wraca za trzy miesiące i zaklina się, że codziennie przyjmował tabletkę, to ja jednym kliknięciem w systemie mogę ustalić, czy wykupił te leki.

I niejednokrotnie wychodzi na to, że pacjent wykupił jedno opakowanie, które w żaden sposób nie mogło mu wystarczyć. I robi się nieprzyjemnie, gdy proszę, by przestali ściemniać.

Jak reagują pacjenci?

Strzelają focha. Zaczynają pyskować. Próbują kłamać dalej. To żenujące.

Jest pan bardzo zasadniczy.

Jestem wymagający, bo chcę pomóc pacjentowi. Niektórzy mnie za to kochają, inni piszą na mnie skargi. Jeśli chcą się leczyć, niech się leczą, a nie udają. Czasami tracę cierpliwość. Powiedziałem już kilku pacjentom, żeby nie zawracali mi d**y. Wtedy się odszczekują, że nie przyszli tu po morały. I dotyczy to zwłaszcza osób, którym mówię, że powinny rzucić palenie.

Co pan na to odpowiada?

Mówię, że szanuję konstytucję i nie ograniczam praw obywatelskich do chorowania, bo jeśli ktoś chce mieć raka płuc albo krtani, to proszę bardzo. Ale niech wtedy nie marnuje mojego czasu, bo nic nie poradzę na jego "kaszel palacza", skoro kopci jak komin i nawet nie próbuje przestać.

Wtedy pacjent milknie?

Zależy od człowieka. Są tacy, którzy nadal pyskują. Wtedy mówię takiemu pacjentowi lub pacjentce, że mam nadzieję, że będzie równie elokwentny w gabinecie onkologa. A jakiś czas potem dowiaduję się, że pacjent się na mnie poskarżył (śmiech). Na szczęście moi przełożeni mają podobny pogląd na temat palenia.

Może mówienie pacjentowi, by nie zawracał d**y, nie jest najlepszym z możliwych pomysłów? Istnieją inne sposoby.

Skargi spływają z reguły po tekście o onkologu, a przecież w tych słowach nie ma nic wulgarnego. Staram się wyczuć, co komu można powiedzieć, jak się do kogoś zwrócić, żeby zrozumiał.

Ludzie mają różne stopnie wrażliwości i temperamenty. Są pacjenci, których dopiero powiedzenie czegoś w ostry sposób zmusi do myślenia. Potem przychodzą za jakiś czas i okazuje się, że wzięli się do galopu. Są też tacy, których nic nie zmusi. W każdym razie zdecydowana większość pacjentów oleje uprzejmą prośbę lekarza "proszę rzucić palenie".

Jest pan wyjątkowo cięty na palaczy.

Owszem, bo to, co robią, jest od początku do końca złe dla ich zdrowia. Palenie wiąże się z chorobami układu krążenia, chorobami układu oddechowego, cukrzycą, nadciśnieniem, udarami... Więc proszę wybaczyć, ale moje słowa o onkologu to nic w porównaniu z konsekwencjami palenia. Staram się nie przekraczać granicy między mocnym przekazem a brakiem kultury.

Natomiast z dużą przyjemnością przepisuję palaczom najdroższe leki na infekcje dróg oddechowych. Niektórzy wracają potem do gabinetu z prośbą, by im dać jakieś tańsze zamienniki. Ale nie ma przebacz - jeśli kogoś stać na to, by puszczać z dymem paczkę dziennie, to stać go na to, by wykupić receptę za 100 zł. I im to mówię.

Co jeszcze pana drażni w zachowaniu pacjentów?

Gdy zachlali i przychodzą do mnie na bani po zwolnienie z pracy. Symulują jakieś choroby, ściemniają, a można od nich wyczuć alkohol. Wtedy proszę, żeby wyciągnęli ręce i często kończy się rumakowanie, bo jak dłonie drżą, to wiadomo dlaczego. I mówię, że okej, mogę im to zwolnienie wypisać, ale wpiszę, że nieobecność jest spowodowana nadużyciem alkoholu. I nagle już nie chcą tego zwolnienia (śmiech).

To chyba skrajne przypadki.

Nie tak rzadkie, jak pani myśli. Szlag mnie trafia, gdy pacjent nie wie, jakie leki zażywa. I jeszcze doradza mi, bym sprawdził to w jego karcie!

Nie po to są?

A co, jeśli pacjent zemdleje na ulicy i zapytają go w szpitalu, co bierze? Jest wiele różnych sytuacji, gdy nie będzie możliwości sprawdzenia w karcie. Pacjent powinien wiedzieć, jakie leki zażywa! To jego odpowiedzialność, jego zdrowie, jego życie.

Nazwy niektórych leków są trudne.

Mam na to jedną radę: idziemy do domu, bierzemy karteczkę, bierzemy długopis, zapisujemy nazwy zażywanych leków i wkładamy karteczkę do portfela. Dwie minuty i problem rozwiązany. Żadna filozofia. Kobiety są jeszcze jako tako ogarnięte, ale mężczyźni to dramat. Pytam, co zażywa, a on na to, że żona mu daje jakieś tabletki. A przecież ja to muszę wiedzieć, by nie zrobić mu krzywdy lekami, które mu przepiszę. Pytam wtedy, czy jakby żona dała mu cyjanek, to też by połknął, nie wiedząc co to.

Zaczął się sezon grypowy...

I jest wielu pacjentów, którzy radośnie mi ogłaszają, że już zaczęli się sami leczyć antybiotykiem, bo mieli jakiś zapas w domu. A przecież nie powinni, bo nie wiedzą, czy w ogóle antybiotyk ma sens w ich przypadku, a jeśli tak, to który. Potem jest płacz, że antybiotyki na nich nie działają. Przecież to nie są dropsy!

Jesteśmy społeczeństwem lekomanów?

Raczej tak, choć zdarzają się przegięcia w drugą stronę. Ostatnio miałem pacjenta, którzy przyszedł do mnie z bólem kręgosłupa, który - jak się okazało - zaczął się pięć dni wcześniej. Widać, że nie może się ruszyć, przekręcić, cierpi jak cholera. Pytam go, co bierze przeciwbólowo i okazuje się, że dwie tabletki ibuprofenu dziennie. W takim stanie to tyle, co nic. A może wziąć 12, tylko oczywiście nie przeczytał ulotki, bo po co.

Zapytałem go, czy myśli, że cierpienie uszlachetnia. I widzi pani: ci, co powinni brać leki, ich nie biorą, ci, co nie powinni, "leczą się" sami...

Jaka część pacjentów jest według pana w porządku?

Mniej więcej 10 proc. Nie okłamują mnie, mogę im ufać, traktujemy się poważnie. Ich wizyty w gabinecie to prawdziwa przyjemność.

Książka o realiach pracy w służbie zdrowia dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Czy lekarz powinien być ostry, jeśli w ten sposób przekona pacjenta do dbania o zdrowie?
Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM