Facebook dane o wyborcach podaje "na talerzu". Tak politycy korzystają z nich przed wyborami

Narzędzia z dziedziny ekonomii zostają w skali jeden do jednego adaptowane do sfery politycznej - mówił w TOK FM dr Dominik Batorski z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW.

Radio TOK FM i Wyborcza.pl teraz w jednym pakiecie - wygodniej i aż o 50 proc. taniej. Takiej oferty nie było jeszcze nigdy! Sprawdź szczegóły >>>

W audycji Karoliny Lewickiej dr Batorski opowiadał o "kluczowym surowcu współczesnego polityka", czyli o informacji, a także o sposobach jej przetwarzania i wykorzystywania. Jak politycy wykorzystują big data do swoich celów?

- Dla polityka internet jest niezwykle przydatnym narzędziem. Dzięki niemu może zbierać informacje na temat potrzeb, problemów i zainteresowań obywateli. A także na temat przeciwników politycznych - wyjaśniał naukowiec.

Dodał, że jeżeli chodzi o komunikację, politycy zaczęli adaptować rozwiązania, których używa się w marketingu.

Czytaj też: Kampanie wyborcze przenoszą się do internetu. "Coraz mniej plakatów, a memy używane jak kałasznikow"

Wśród nich wyróżnił mikrotargetowanie, czyli dostosowywanie komunikatu do konkretnej grupy odbiorców. Co ciekawe, w przypadku polityka mogą to być nawet sprzeczne komunikaty.

- Do grup o różnych potrzebach i zainteresowaniach można dotrzeć z dostosowanym przekazem, który trafia jak pocisk. A bańki informacyjne, w których żyjemy, są coraz bardziej szczelne i sprawiają, że wyborca nawet nie zauważy, że ten sam kandydat wysłał wykluczające się informacje - zgodziła się Karolina Lewicka.

Profil obywatela

Dr Dominik Batorski opowiedział, jak takie działania wyglądają w praktyce:

Podczas kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa jego sztabowcy pozyskali informacje o blisko 220 milionach Amerykanów. Dążono do tego, żeby mieć szczegółowe informacje o każdym obywatelu. A mówi się wszak, że już kilkadziesiąt "lajków" na Facebooku wystarczy, żeby określić rasę, poglądy i orientację seksualną.

Stworzono profile psychologiczne obywateli USA i wysyłano im precyzyjne, dostosowane przekazy. Bazowały w dużej mierze na ich lękach. Wyborcy obawiający się imigrantów dostali informację o tym, że Trump chce zbudować mur na granicy z Meksykiem. Amerykanie obawiający się bezrobocia dostali obietnicę utworzenia nowych miejsc pracy, itd.

Sztab Trumpa na samym Facebooku testował od 50 do 60 tys. różnych komunikatów reklamowych dziennie. Podczas finałowej debaty z Hillary Clinton, ludzie Trumpa stworzyli 180 tys. różnych wersji komunikatów przeznaczonych na media społecznościowe. W trzech kluczowych stanach, w których wcześniej wygrywali demokraci, prowadzono ponadto bardzo mocną kampanię zniechęcającą do Clinton.

Jak tłumaczy naukowiec, trudno powiedzieć, jak dokładnie ona wyglądała, ponieważ nie mamy dostępu do reklam wypuszczanych w ramach mikrotargetowania. Podkreśla jednak, że była z pewnością bardzo skuteczna. - To miało większe znaczenia dla zwycięstwa Trumpa, niż cokolwiek innego - mówił w TOK FM.

Facebook ma te dane

Co istotne, jak tłumaczy dr Batorski, politycy wcale nie muszą sami pozyskiwać danych na temat wyborców, żeby skonstruować skuteczny przekaz.

- Największy serwis społecznościowy pozwala na bardzo precyzyjne targetowanie reklam, również politycznych. Facebook przetwarza o nas dane na gigantyczną skalę. Wie też, co robimy na innych stronach internetowych, bo ma tam wtyczki. Zbiera również dane ze smartfonów. Nie trzeba mieć własnych danych, Facebook je ma - wyjaśniał.

Instytucje unijne zaniepokoiły się skalą zjawiska na świecie. - Ryzyko manipulacji nigdy nie było jeszcze tak wielkie - mówił w orędziu o stanie Unii przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Zaproponował, by karać grupy polityczne przyłapane na tym, że w celu wpłynięcia na wynik przyszłorocznych eurowyborów, zbierają dane o użytkownikach bez ich wiedzy.

W Polsce o technikach wykorzystywanych przez polityków w mediach społecznościowych zaczęto szerzej dyskutować po ujawnieniu dokumentu z kampanii wyborczej Andrzeja Dudy. Z załącznika do jednej z umów wynika, że jego sztab mógł wykorzystywać płatne komentarze i fałszywe konta na portalach społecznościowych, żeby pomóc kandydatowi w wygranej.

Po doniesieniach na temat botów w kampanii prezydenckiej, PKW ogłosiła, że tego rodzaju treści należy oznaczać jako materiały wyborcze.

Dr Dominik Batorski wyjaśnił, że w niektórych krajach, po zmianach w przepisach Facebooka, reklamy polityczne mogą być wysyłane jedynie przez specjalne zarejestrowanych podmioty.

Od czerwca tego roku, wszystkie reklamy zawierające treści o charakterze politycznym, które trafiają do amerykańskich użytkowników Facebooka, muszą być odpowiednio opisane - zawierać informacja o osobie, firmie lub stowarzyszeniu, które sfinansowało kampanię.

W Polsce tego typu zastrzeżenia na razie nie obowiązują.

Chcesz wiedzieć więcej o tym, jak politycy łowią wyborców w sieci? Ciekawi Cię, czy i Ty nie byłeś ich celem? Posłuchaj całej rozmowy Karoliny Lewickiej:

DOSTĘP PREMIUM