Komu nie opłaca się wspólne świętowanie 100-lecia niepodległości? Wyjaśnia Marek Migalski

- W moim przekonaniu, poza tym, że to się nie opłaca liderom politycznym, to uważam, co jest jeszcze bardziej smutne, że tego nie chcą tak naprawdę wyborcy ani PiS-u, ani Platformy - o 11 listopada w "Analizach" TOK FM mówił Marek Migalski.

Radio TOK FM i Wyborcza.pl teraz w jednym pakiecie - wygodniej i aż o 50% taniej. Takiej oferty nie było jeszcze nigdy! Sprawdź szczegóły >>>

Mateusz Morawiecki w Tychach, już w trakcie kampanii samorządowej, apelował do opozycji i konkurentów politycznych oraz organizatorów Marszów Niepodległości z minionych lat, żeby wszyscy poszli w nim razem i żeby nikt nie zbijał na nim kapitału politycznego. Także rzecznik prezydenta, Błażej Spychalski, kilka dni temu w radiowej "Trójce" mówił, że nie jest wykluczone, że Andrzej Duda wyśle do wszystkich byłych prezydentów i premierów zaproszenie na piśmie na wspólny marsz z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości Polski.

- Staną obok siebie opozycja i rządzący, pójdą we wspólnym marszu? - spytała gościa "Analiz" prowadząca audycję Karolina Lewicka. Na takie pytanie Marek Migalski nie chciał udzielić jednoznacznej odpowiedzi. - Przewidywanie przyszłości jest trudne - skwitował.

- Czy opozycja powinna pójść w tym marszu? Czy nie udawałaby tego konkretnego dnia przez kilka godzin, że wszystko jest okej? - dociekała prowadząca audycję.

- W moim przekonaniu opozycji by się to nie opłacało. Nikomu się nie opłaca wspólne świętowanie, bo wszyscy zainteresowani są konfliktem. Konflikt napędza wszystkie strony sporu politycznego, te które są najsilniejsze. Podawanie sobie dłoni, uściski i wspólne świętowanie dekoduje narracje zarówno PiS-u jak i Platformy Obywatelskiej. Bo przecież liderzy PiS i PO powiedzieli o sobie tyle złych, wrogich i strasznych rzeczy, że dzisiaj, gdyby ich wyborcy zobaczyli w serdecznych relacjach, to przecież mogliby uznać, że się ich oszukuje - przekonywał politolog.

Wspólnoty nie chcą też wyborcy

W ocenie Karoliny Lewickiej, wspólnota, która utworzyłaby się na czas przemarszu przez Warszawę, byłaby wspólnotą sztuczną. 

- W moim przekonaniu poza tym, że to się nie opłaca liderom polityczny, to uważam, co jest jeszcze bardziej smutne, że tego nie chcą tak naprawdę wyborcy ani PiS-u ani Platformy. Bo wyborcy nie chcą spokoju, tolerancji, przyjaźni, kooperacji i współpracy. Chcą dokładnie czegoś innego. Chcą konfliktu, bo konflikt ich napędza, bo jest zgodny z ich naturą, bo przez miliony lat przedczłowieczej ewolucji, a później 3 miliony człowieczej ewolucji, właśnie konflikt, niechęć do obcych, ratowała życie. I to dziś, w epoce globalizacji i nowych mediów, coraz bardziej jest oczywiste. Widzimy to, że nasze wyobrażenie o liberalnej demokracji, o wyborcach racjonalnie wybierających swoich przedstawicieli, jest nieprawdą - analizował Marek Migalski.


Karolina Lewicka argumentowała, że opozycja, gdyby poszła we wspólnym marszu, to by w pewnym sensie legitymizowała, to co Prawo i Sprawiedliwość robi np. w wymiarze sprawiedliwości i że to dla partii rządzącej mógłby być z tego wspólnego marszu jakiś pozytywny efekt. Zwłaszcza na zewnątrz, bo Bruksela by zobaczyła, że w ważnych momentach opozycja jest z władzą.

Marek Migalski częściowo zgodził się z taką interpretacją. - Jeśli ktoś by w ogóle odniósł korzyść z tego, jest to rzeczywiście obóz władzy. Bo faktycznie wzięcie udziału Platformy w uroczystościach państwowych byłoby legitymizowaniem tego wszystkiego, z czym ona walczy i uważa za niedemokratyczne. Chociaż to też by dekodowałoby narrację PiS-u że opozycja to jest Targowica, zdrajcy i zabójcy Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 osób - mówił.

W co gra Donald Tusk?


Rok temu Donald Tusk skorzystał z zaproszenia na uroczystości na placu Piłsudskiego. W tym roku, na początku października powiedział w Krakowie, że gdyby liderzy partii mogli zamanifestować nieudawaną przyjaźń i że potrafią myśleć o perspektywie stu lat dla ojczyzny, byłby to wiele cenniejszy obraz dla Polaków niż najbardziej spektakularne festiwale, fajerwerki i obchody.

- W co gra Donald Tusk? - pytała gościa Karolina Lewicka, odnosząc się to tej wypowiedzi. 

- Liderom partyjnym wspólny spektakl świętowania by się nie opłacał, ale kandydatowi na prezydenta tego typu język bardzo by pasował. I to jest odpowiedź na pytanie. Jeżeli ktoś aspiruje do tego, żeby być kochanym, lubianym, a przynajmniej wybieralnym przez ponad 50 proc. społeczeństwa, to taki język byłby czymś wskazanym. To może zdradzać, że jedną z opcji w myśleniu Donalda Tuska jest bycie prezydentem Polski po 2020 roku. Myślę, że Donald Tusk jeszcze nie podjął decyzji, ale jest to jedna z trzech, czterech poważnych alternatyw - stwierdził Marek Migalski.

Czytaj też: I wtedy wchodzi on, cały na biało... Czy Donald Tusk wróci do krajowej polityki? A jeśli tak, to po co?

DOSTĘP PREMIUM