"Ratujmy Madinę". Uczniowie w obronie koleżanki, której grozi deportacja z Polski

Pod petycją w sprawie rodziny 16-letniej Madiny, której grozi deportacja z Polski, podpisało się ponad 5 tys. osób. W akcję pomocy dla nastolatki i jej rodziny, zaangażowali się jej szkolni koleżanki i koledzy. Losy całej rodziny są w rękach Straży Granicznej.

Madina to 16-latka, która w przyszłości chce być dziennikarką. Świetnie mówi po polsku, ma tu wielu przyjaciół i znajomych. Do Polski, razem z rodziną, trafiła na początku 2016 roku. Uciekli z Tadżykistanu przed prześladowaniami. Jej mama i wujek należeli do zdelegalizowanej dwa lata temu, przez rządzącego krajem od blisko 30 lat prezydenta, Partii Odrodzenia Tadżykistanu. Byli nachodzeni w domu, groziło im więzienie, prześladował ich tamtejszy reżim. Wujek wyjechał do Turcji, a pozostała część rodziny trafiła do Polski. 

Madina uczy się w liceum Startowa w Warszawie. Dyrekcja szkoły dowiaduje się, że rodzinie jednej z uczennic grozi deportacja. Wiedzą o tym także koleżanki z klasy, w tym Waleria Kudarenko, która wcześniej też była w podobnej sytuacji. Też była petycja i walka o to, by mogła pozostać w Polsce. Zaangażowana w to była również młodzież ze szkoły. Tym razem to Waleria chce pomóc koleżance.

Dobrze wie, że deportacji można przeciwdziałać. Za zgodą dyrekcji organizuje w szkole apel. Opowiada o tym, w jakiej sytuacji znalazła się Madina. Powstaje odręcznie napisana petycja, pod którą podpisują się niemal wszyscy uczniowie i nauczyciele. Niemal, bo tu nie ma przymusu. Petycja uczniów ma być dołączona do opinii o rodzinie, które piszą dyrektorka szkoły oraz szkolna psycholożka. Wszystko razem ma trafić do komendanta Straży Granicznej z prośbą, by rodzina, która zaaklimatyzowała się już w Polsce, mogła u nas pozostać.

- Jesteśmy szkołą otwartą, demokratyczną, działamy społecznie na wielu płaszczyznach. Dlatego nie zaskoczyła mnie postawa uczniów. Jedynie może to, że uczniowie z pierwszej klasy, którzy tak naprawdę dopiero się poznają, potrafili się tak świetnie zorganizować i współpracować - mówi Ewa Korulska, dyrektor liceum.

#SaveMadina

Gdy pytamy, co jej zdaniem, wpłynęło na postawę młodzieży, słyszymy, że powodów jest kilka. Po pierwsze, nauczyciele szanują uczniów - każdy pomysł zgłoszony przez młodzież jest brany pod uwagę, analizowany i dyskutowany. Po drugie, wielu uczniów angażuje się w pomaganie, w wolontariat, mają w tym doświadczenie. Po trzecie, panuje tu pełna demokracja - w szkole jest Rada Szkoły, szkolny sąd czy sejm (zgromadzenie uczniów), który podejmuje najważniejsze decyzje. Po czwarte, częstymi gośćmi w szkole są prawnicy, osoby walczące o prawa człowieka, przedstawiciele organizacji pozarządowych. Dyskusje są otwarte, nie ma tematów tabu.

Gdy w miniony piątek w obronie Madiny i jej rodziny zorganizowano pikietę przed Uniwersytetem Warszawskim - a wzięło w niej udział około 100 osób - pojechała na nią niemal cała klasa, do której chodzi nastolatka. - To też o czymś świadczy - dodaje pani dyrektor. Przyjaciele demonstrowali pod hasłem "Ratujmy Madinę", zbierali podpisy pod petycją, która ma trafić do Straży Granicznej. 

Siostra Madiny, Amina, jest o rok starsza. - Nie wyobrażam sobie powrotu do Tadżykistanu. Musielibyśmy tam żyć bez rodziców, bo oni zostaliby aresztowani. A ja nie chcę żyć bez mamy, bardzo ją kocham - mówi Amina. Przyznaje, że czasami tęskni za koleżankami ze szkoły w Tadżykistanie. Doskonale pamięta przepiękną pogodę w swoim kraju. - U nas zawsze było bardzo ciepło i kolorowo. Tu momentami jest zimno, ale już się przyzwyczaiłam - mówi po polsku.

Początkowo miała spore problemy z nauką języka, ale dziś coraz więcej rozumie i coraz więcej mówi. - Mam jeszcze 13-letnią siostrę i małego brata. Jest nam dobrze w Polsce - tłumaczy.

Nie tracą nadziei

Rodzina Aminy i Madiny wyczerpała już całą drogę przewidzianą w podobnych przypadkach, nie ma się już gdzie odwołać. Pozostaje jedynie apel do Straży Granicznej, by mogła zostać w Polsce w ramach tzw. pobytu humanitarnego.

Dzięki temu, dzieci dalej mogłyby się uczyć w polskich szkołach. - Urząd do Spraw Cudzoziemców uznał, że przedstawiony przez rodzinę opis tego, co spotkało ich w kraju pochodzenia, nie stanowi uzasadnionej podstawy do obaw przed prześladowaniem. Opinie Urzędu podtrzymała Rada do Spraw Uchodźców - mówi Natalia Gebert z "Domu Otwartego".

Przyznaje, że nie rozumie decyzji urzędników. Jak podkreśla, rodzina w Tadżykistanie była nachodzona przez policję i służby.  - Przeszukiwano im mieszkanie bez żadnego nakazu. Tam zdarza się  też, że przychodzi policja, wali w drzwi i mówi "Pani z nami jedzie". I nikt nie wie, czy się z takiej "wycieczki" wróci - dodaje Gebert. 

Petycję do Straży Granicznej w sprawie rodziny z Tadżykistanu można znaleźć na stronie szkoły "Startowa" i na Facebooku. Jest też dostępna na profilu inicjatywy „Dom Otwarty”. Podpisało się pod nią ponad 5 200 osób.

Zapytaliśmy Straż Graniczą, czy są szanse na wstrzymanie deportacji i kiedy może zapaść decyzja w tej sprawie.

"Przesłanki do udzielenia zgody na pobyt ze względów humanitarnych są obligatoryjnie rozpatrywane na każdym etapie postępowania administracyjnego w sprawie zobowiązania cudzoziemca do powrotu. Nie mogę jednak udzielać informacji o konkretnym przypadku osobom, które nie są stroną postępowania" - napisała nam Agnieszka Golias, rzecznik komendanta głównego Straży Granicznej.

- Uda się. Innego wyjścia nie ma - przekonują koledzy Madiny. I działają dalej.

Radio TOK FM i Wyborcza.pl teraz w jednym pakiecie - wygodniej i aż o 50% taniej. Takiej oferty nie było jeszcze nigdy! Sprawdź szczegóły >>>



DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM