Problemy z ePUAP. "Nawet wiceminister cyfryzacji niemal pocałowała klamkę"

- Ministerstwo zrzuca winę na samorządy, samorządy obwiniają ministerstwo. Mamy słowo przeciwko słowu. Coś tu bardzo nie zadziałało. Nawet wiceminister cyfryzacji Wanda Buk niemal pocałowała klamkę - o systemie ePUAP mówi Anna Godzwon, ekspertka ds. prawa wyborczego.

Skąd te kolejki do głosowania w lokalach wyborczych?


W dużych miastach, tam gdzie komisje nie pracowały w pełnym składzie, było mniej osób do wydawania kart w komisjach i to mogło spowodować zatory. O ile w mniejszych miejscowościach zasiadanie w komisji może być sposobem na to, by dorobić, o tyle w dużych już nie bardzo. A ustawodawca wymyślił, że członków komisji powinno być jeszcze dwa razy więcej niż dotychczas. W mniejszych miejscowościach nie było problemu z obsadzeniem komisji, jednak w dużych miastach było po prostu za mało ludzi do wydawania kart do głosowania. Stąd wzięły się kolejki i tłok w lokalach wyborczych.

Czyli ci, którzy cieszą się z pospolitego ruszenia na głosowanie, są nadmiernymi optymistami?


Frekwencja wyniosła 51,3 proc. To najwięcej w historii wyborów samorządowych, ale to jednak oznacza, że niemal połowa osób nie pofatygowała się do urn, bo nie jest dla niej istotne, kto będzie rządził. Więc jest lepiej, ale to nie znaczy, że jest dobrze. Nadal jest nad czym pracować.

Wróćmy do liczebności komisji wyborczych. Ile osób powinno w nich zasiadać?


Nowe przepisy wyborcze określają, że powinno być to 9 osób. W wyjątkowych sytuacjach, gdy nie ma chętnych, w komisji powinno zasiadać przynajmniej 5 osób. Tymczasem w mojej komisji były 4 osoby, bo jak mi powiedziała jej przewodnicząca, jedna osoba wypadła i czekano na uzupełnienie składu.

I co teraz? Czy będą jakieś konsekwencje tych braków kadrowych?


Konsekwencją był bałagan i kolejki do głosowania. Ustawodawca nie przewidział żadnych sankcji prawnych za niedopełnienie tego obowiązku.
Nie wiem jak u pani, ale w mojej komisji tajność głosowania była fikcją. Ludzie głosowali na ścianach i parapetach. To, gdzie stawiali krzyżyk, było równie przezroczyste jak urna.
W mojej komisji ludzie oddawali głosy również na podłodze. Powinno być zdecydowanie więcej miejsc do tajnego oddania głosu. Niepokoją mnie liczne doniesienia o tym, że z powodu braku miejsca do głosowania ludzie wynosili karty poza lokal wyborczy, szukając tam jakiegoś miejsca, by usiąść czy oprzeć się i zagłosować. Tak wynoszone karty mogły być – choć nie musiały – wykorzystane do nadużyć. Tymczasem zgodnie z Kodeksem wyborczym członkowie komisji wyborczej mają obowiązek pilnować, by nikt nie wynosił kart. Jeden z członków komisji powinien cały czas pilnować urny wyborczej. Okazało się, że te przepisy są martwe, bo w dużych miastach członkowie komisji nie nadążali z wydawaniem kart wyborczych. Urny już nikt nie pilnował.

Było też dużo sygnałów od wyborców, którzy dopisali się do rejestru wyborców przez ePUAP, a potem zostali odprawieni z kwitkiem, bo okazało się, że nie ma ich na liście.


Nawet wiceminister cyfryzacji Wanda Buk niemal pocałowała klamkę. Ministerstwo zrzuca winę na samorządy, samorządy obwiniają ministerstwo. Mamy słowo przeciwko słowu. Coś tu bardzo nie zadziałało.

Ale efekt jest taki, że grupa wyborców została pozbawiona prawa głosu. Co teraz mogą zrobić?


Ludzi, którzy nie mogli zagłosować w związku z ePUAP, podzieliłabym na dwie grupy: tych, którzy wypełnili wniosek do 16 października i tych, którzy zrobili to po tym terminie. Ta druga grupa nie mogła już mieć pewności, że urząd rozważy dopisanie ich do rejestru wyborców. Ci, którzy zgłosili się przed 16-tym i nie dostali odpowiedzi, czy zostali dopisani do rejestru wyborców, mogą się zgłosić do urzędu gminy. Sprawy powinny być wyjaśniane jednostkowo. Chodzi o to, by mogli wziąć udział drugiej turze wyborów, jeśli taka się odbędzie w ich okręgu.

A co z głosami, które chcieli oddać w pierwszej turze, a nie mogli?


Nie ma ich. Przepadły.

Mówi pani, że nowe przepisy spowodowały chaos w dniu głosowania. To może chociaż ułatwią liczenie głosów?


Nie wiemy tego. Obawiam się, że nowa definicja "x" w kratce wyborczej, czyli podstawa do uznania głosu za ważny, może nastręczyć poważnych trudności przy zliczaniu głosów. Niektórzy wyborcy mogli sobie pozwolić na kreatywność, która potem przedłuży prace komisji, bo jej członkowie będą debatować, czy dany bazgroł czyni głos ważnym, czy nie. Przed południem w Warszawie wciąż były komisje, które liczyły głosy.

Co jeszcze nie zadziałało w wyborach samorządowych?


Obawiam się że mogła nie zadziałać. Pożyteczna skądinąd instytucja mężów zaufania i obserwatorów społecznych przy komisjach. Komitety wykazały się tu aktywnością i chciały ich wystawić, okazało się jednak, że braki kadrowe w komisjach są tak ogromne, że chętni zostali "zassani" do komisji wyborczych. W żądnej ze znanych mi komisji w Warszawie mężów zaufania nie było. To był efekt domina.

Które następne wybory będą wyzwaniem organizacyjnym dla komisji?


Parlamentarne. Europejskie są proste, jest jedna lista, czyli - mówiąc wprost - jedna kartka. To ułatwia i wydawanie kart i zliczanie. Zobaczymy więc, jak będzie przebiegało głosowanie za rok, przede wszystkim: czy nauczymy się na błędach.

Czy organizacyjnie jesteśmy gotowi na frekwencję rzędu 70-80 proc.?

Organizacyjnie musielibyśmy poprawić najprostsze rzeczy – choćby liczbę miejsc w lokalu wyborczym, które zapewniają tajność głosowania. Tam, gdzie obwód jest mały, być może wystarczą dwa, trzy. Ale tam, gdzie obwód liczy ponad 2000 tys. osób – jak mój – może tych miejsc powinno być osiem, a nie cztery. Widać też, że zatory pojawiały się w komisjach tam, gdzie skład był mniejszy niż 9-osobowy. Należałoby zachęcić ludzi, by zgłaszali się do pracy w tych komisjach – choćby poprzez zwiększenie stawek diet dla członków komisji. Przewodniczący komisji dostaje 380 PLN, jego zastępca 330, członek komisji 300 – i te kwoty od lat nie były waloryzowane.

DOSTĘP PREMIUM