"Krytyka, która bierze się z miłości". Przedstawiamy fragment książki Ewy Siedleckiej o polskim sądownictwie

- Mam wrażenie, że do tej pory sędziowie postrzegali siebie jako urzędników, a nie jako władzę. Teraz obudzili się do władzy prawdziwej - mówiła w TOK FM publicystka Ewa Siedlecka, autorka książki o "dobrej zmianie" w sądownictwie. Publikujemy jej fragment.

Ewa Siedlecka na antenie TOK FM opowiedziała m.in. o powodach powstania książki "Sędziowie mówią. Zamach PiS na wymiar sprawiedliwości". Autorka poprzez rozmowy z sędziami opisała nie tylko etapy rządowych „reform”, ale i jej skutki. 

- Jedna z niesamowitych rzeczy, jaka się stała to sędziowski opór. I to, jak w sędziach obudzili się obywatele i zrozumieli swoją rolę społeczną oraz władzę - mówiła publicystka. 

I jak dodała, paradoksalnie jest to "zasługa Prawa i Sprawiedliwości i tego, co robi z polskim sądownictwem".

- Mam wrażenie, że do tej pory sędziowie postrzegali siebie jako urzędników, a nie jako władzę. Zresztą w książce mówi o tym prof. Ewa Łętowska: że władza sędziego w PRL-u była władzą urzędniczą. Natomiast teraz sędziowie obudzili się do władzy prawdziwej, czyli takiej, która autentycznie kontroluje pozostałe władze - tłumaczyła.

Miłość do prawa

Publicystka "Polityki" przyznała, że do tej pory bardzo często pisała o sądach krytycznie. Wyjaśniła również, dlaczego - jako dziennikarka - zajęła się tą tematyką.

- Znakomita część mojej publicystyki była krytyką. Ta krytyka brała się z miłości. Prawo i prawa człowieka odkryłam jako coś, co porządkuje świat i coś, co może być narzędziem czynienia sprawiedliwości niezależnie od tego, czy to prawo jest dobre, czy nie dobre. Dlatego się tym prawem zajęłam - wyjaśniła. Jak dodała, jej "miłość i podziw dla sędziów Trybunału Konstytucyjnego polegała na tym, że wyobrażałam sobie demiurgów czynienia świata lepszych, po czym stykałam z wyrokami czy postanowieniami, w których ta władza do czynienia lepszym nie była wykorzystywana". 

Strategia lwa czy strategia lisa?

Poniżej przedstawiamy fragment książki Ewy Siedleckiej: 

Strategia lwa czy strategia lisa? Działania PiS wobec państwa prawa bez przerwy stawiają obrońców prawa przed tym dylematem.

Stać twardo na gruncie wartości? Odmawiać podporządkowania się bezprawnemu prawu? Pamiętać, że każda koncesja na rzecz bezprawia, nawet jako wybór mniejszego zła, autoryzuje bezprawie? Wreszcie: polec na barykadzie, ale z honorem?

Czy raczej wykorzystać słabe punkty przeciwnika? Wlewać się jak woda w szpary skały, żeby ją rozsadzić? Iść na kompromisy, byle trwać na przyczółku, na którym, mimo wszystko, można zrobić coś pożytecznego? Albo strategia znana z PRL-u: wejść w system po to, by go łagodzić i modernizować od środka.

W przypadku zmian w prawie, które reguluje przecież wszystkie dziedziny życia państwa i społeczeństwa, jest jeszcze jeden aspekt przy wyborze strategii: odpowiedzialność za państwo, za to, żeby nie potęgować chaosu i nie uruchamiać postępującej destrukcji.

Po raz pierwszy dylemat wyboru strategii lwa czy lisa pojawił się przed sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Dotyczył wpuszczenia lub nie dublerów sędziów do Trybunału. Zaprzysiężeni nocą zjawili się rannym świtem w asyście BOR-u, by tego samego dnia sądzić PiS-owską ustawę „naprawczą”. Prezes Andrzej Rzepliński z ówczesnym szefem Biura Trybunału, ministrem Maciejem Granieckim, wybrali strategię lisa: wpuścili, dali gabinety i pensje, ale nie dopuścili do orzekania. Czy słusznie? W ten sposób częściowo uprawomocnili ich obecność w Trybunale. A dubler Mariusz Muszyński dostał dostęp do rozmaitych informacji dotyczących funkcjonowania Trybunału. Jako wyszkolony agent potrafił je zdobywać. I wykorzystywać.

Sędziowie Trybunału wielokrotnie stawiani byli przed dylematem: strategia lwa czy lisa. Najważniejszy: zostać, by w ten sposób przyczyniać się do podniesienia jakości orzecznictwa, ale też legitymizować Trybunał, czy odejść, pokazując, że ta instytucja przestała pełnić rolę Trybunału Konstytucyjnego. Wybrali strategię lisa. Nawet kiedy kierownictwo przejęli Julia Przyłębska i Mariusz Muszyński, którzy – co stwierdzili sami sędziowie – zostali obsadzeni na tych funkcjach ze złamaniem prawa. Sędziowie podporządkowali się ich poleceniom. Łącznie z tymi bezprawnymi, jak wielokrotne nieraz zmiany składu sądzącego poszczególne sprawy. Wielu prawników wyrażało rozczarowanie, że sędziowie „przedpisowscy”, zostawszy w Trybunale, nie pełnią roli gęsi kapitolińskich i nie alarmują o nadużyciach i głośno nie odcinają się od łamania prawa.

Dylemat: strategia lwa czy lisa dla wielu prawników pojawił się z chwilą dopuszczenia do orzekania dublerów. Każdy prawnik wie, że jeśli skład sądu był nienależycie obsadzony, to rozstrzygnięcie nie jest wyrokiem. Więc uznawać wyroki wydane z udziałem dublerów czy nie? Nieuznawanie może oznaczać chaos prawny.

Kolejny dylemat wyboru strategii lwa czy lisa stanął przed sędziami sądów powszechnych, gdy ogłoszono konkurs na miejsca w Krajowej Radzie Sądownictwa opróżnione bezprawnie przez PiS. Startować, próbując przejąć przynajmniej część miejsc w KRS i legitymizować tym samym bezprawny organ? Strategia lisa. Czy ogłosić bojkot? Stowarzyszenia sędziowskie zaapelowały o nieuczestniczenie w tej bezprawnej procedurze. Czyli strategia lwa. Odniosły sukces: władzy ledwo udało się znaleźć kandydatów.

Z KRS dylemat miała pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf: zwołać pierwsze posiedzenie, a tym samym legitymizować bezprawie, czy go nie zwoływać? Kiedy zwlekała, władza wniosła do Sejmu projekt ustawy, że to nie pierwszy prezes SN, ale prezes TK zwołuje pierwsze posiedzenie Rady. A pani prezes Gersdorf zagrożono dyscyplinarką. Ostatecznie zrezygnowała z postawy lwa: zwołała posiedzenie KRS, tłumacząc, że jako organ państwa (pierwszy prezes SN) nie może stosować obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Kolejny dylemat mieli sędziowie sądów powszechnych, gdy od listopada do lutego minister-prokurator Zbigniew Ziobro odwoływał dotychczasowych prezesów sądów i powoływał nowych. Stowarzyszenia sędziowskie i zgromadzenia sędziów poszczególnych okręgów sądowych apelowały, by nie przyjmować funkcji po bezprawnie odwoływanych prezesach – strategia lwa. Alternatywna strategia – lisa, wyglądałaby tak, żeby o nic nie apelować, a jeśli ministerstwo zwróci się z propozycją objęcia prezesury do sensownych osób – zgadzać się dla dobra danego sądu.

Sędziowie Sądu Najwyższego przedwcześnie odesłani PiS-owską ustawą na emeryturę stanęli przed dylematem: prosić prezydenta o pozwolenie na dalsze orzekanie (co samo w sobie narusza konstytucję, bo uzależnia orzekanie od woli władzy wykonawczej), czy nie prosić. A jak nie prosić, to czy odejść z sądu, czy zostać, uznając, że nowy wiek emerytalny ich nie objął, bo jest sprzeczny z konstytucją. Ta ostatnia strategia – niewątpliwie lwia – mogła jednak spowodować skutki dla obywateli: powstałaby wątpliwość, czy wyroki takiego sędziego są ważne. Strategia lisa to poprosić prezydenta o przedłużenie orzekania i orzekać – dla dobra ludzi. Sędziowie się podzielili: jedni poprosili prezydenta o pozwolenie, inni – odeszli. Jeszcze inni przyjęli strategię mieszaną lwio-lisią, której pierwszy użył prezes Izby Karnej SN Stanisław Zabłocki: złożyli deklarację o woli dalszego orzekania, ale nie zwracali się do prezydenta i o nic nie prosili.

Nabór do Sądu Najwyższego znowu postawił przed sędziami, ale także adwokatami, prokuratorami, radcami prawnymi, notariuszami i pracownikami naukowymi – czyli przed wszystkimi, którzy mogą się starać o orzekanie w SN – dylemat strategii lwa czy lisa. Konkurs prowadził niekonstytucyjnie powołany organ – KRS. W dodatku już samo obwieszczenie prezydenta o konkursie było niekonstytucyjne, bo bez kontrasygnaty premiera (jest zresztą zagadką, dlaczego premier nie złożył kontrasygnaty). A więc postawa lwa – to odmowa uczestnictwa w tym procederze. Postawa lisa: zgłosić się, wygrać i zapewnić ludziom szanse na dobre, wolne od partyjnej podległości orzekanie w Sądzie Najwyższym. Postawa obarczona jednak podejrzeniem graniczącym z pewnością, że nie dostanie się akceptacji partyjnie wybranej Krajowej Rady Sądownictwa.

Koniec końców strategię lisa podjęło kilka osób, ale nie miała ona na celu dostania się do SN, co było utopią, tylko uzyskanie możliwości zaskarżenia negatywnej opinii KRS o kandydacie do Naczelnego Sądu Administracyjnego. I umożliwienie mu zbadania, czy KRS jest legalnie wybranym ciałem i ma prawo przeprowadzać konkursy na wolne miejsca sędziowskie.

Dylemat strategii lwa czy lisa stanie też przed sędziami, którym przyjdzie sądzić sprawy razem z sędziami mianowanymi przez niekonstytucyjną KRS – czy to do Sądu Najwyższego, czy do sądów powszechnych czy administracyjnych. I którym przyjdzie rozpatrywać odwołania i apelacje oparte na takim właśnie argumencie: że wyrok jest nieważny, bo sąd był nienależycie obsadzony. A takie argumenty pojawią się na pewno, bo pełnomocnicy stron wykorzystają każdy powód do podważenia wyroku niekorzystnego dla klienta.

Strategie lwa i lisa można też zobaczyć – symbolicznie – w postawach dwóch sędziów: Igora Tuleyi z Sądu Okręgowego w Warszawie i Łukasza Bilińskiego z Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia.

Sędzia Tuleya to postawa lwa. Jak już wspominałam, sądził między innymi sprawę „doktora G”, kardiochirurga oskarżonego o łapówkarstwo. W wyroku porównał metody CBA i prokuratury stosowane w tej sprawie (za czasów pierwszych rządów PiS) do czasów stalinowskich. A nakazując prokuraturze wznowić śledztwo w sprawie plenarnego posiedzenia Sejmu przeniesionego do Sali Kolumnowej, mówił: „16 grudnia pogrzebano demokrację, bezkarnie zgwałcono prawo, tamtej nocy umarła zwykła, ludzka przyzwoitość”. W orzeczeniach odwołuje się do konstytucji i wartości moralnych. Został za to zaatakowany przez propisowskie media, a także polityków PiS jako sędzia „polityczny”. Sędzia Tuleya udziela się też na wiecach w obronie sądów, był na „Przystanku Woodstock”, spotyka się z ludźmi na spotkaniach organizowanych przez organizacje pozarządowe, gdzie mówi o zagrożeniach dla niezawisłości sędziów i niezależności sądów.

Sędzia Biliński to strategia lisa. Robi wrażenie technokraty, jego uzasadnienia też odwołują się do konstytucji i orzecznictwa międzynarodowych trybunałów, ale nie ma w nich „publicystyki”, tylko rzeczowe stwierdzenia. Stosuje technikę drobiazgowej analizy stanu faktycznego i znamion wykroczenia czy przestępstwa, znajdując słabe punkty oskarżenia. Tak doszedł do wniosku, że nie można karać za blokowanie legalnego zgromadzenia – miesięcznicy smoleńskiej, bo miesięcznice nie spełniają ustawowych wymogów zgromadzenia. Nie budzi agresji propisowskich mediów ani PiS-owskich polityków. Właściwie go nie zauważyli, mimo że wydaje gros orzeczeń w sprawach rozmaitych obywatelskich protestów w Warszawie. Nie chodzi na protesty pod sądami. Tłumaczy to bardzo racjonalnie: odbywają się najczęściej w śródmieściu Warszawy, a więc w razie czego nie mógłby sądzić spraw z nimi związanych.

Strategia lwa i lisa to był też wybór, przed którym stawali sędziowie w stanie wojennym. Prawo stanu wojennego łamało prawa człowieka zawarte w ONZ-towskim Pakcie Praw Obywatelskich i Politycznych, którego PRL była stroną. I zostało wprowadzone sprzecznie z ówczesną konstytucją, bo przez Radę Państwa, mimo trwającej sesji Sejmu. Strategia lwa mogła polegać na odejściu z sądownictwa w proteście przeciwko bezprawnemu prawu. Albo na pozostaniu i odmowie stosowania prawa stanu wojennego, co mogło, chociaż nie musiało, spotkać się z retorsją – na przykład przeniesieniem do innego wydziału lub pozbawieniem urzędu przez Radę Państwa. Strategia lisa zaś polegała na tym, żeby trwać, sądzić i starać się wydawać takie wyroki, które będą jak najmniej dotkliwe dla podsądnych.

Książka "Sędziowie mówią" dostępna jest w formie ebooka w Publio.pl >>

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM