Prof. Rafał Matyja o straconej szansie, jaką był dla nas tegoroczny 11 XI

Prof. Rafał Matyja nie tęskni za takimi dniami, jak 11 XI. Jak mówi, polskość najsłabiej przeżywa w trakcie oficjalnych świąt. Może dlatego, że bardzo przypomina mu to wydarzenia, które pamięta z PRL-u.

Prenumerata cyfrowa TOK FM i Wyborcza.pl - pierwszy taki dwupak! Do kupienia prosto i wygodnie, a do tego 50% taniej. Sprawdź szczegóły >>>

Prof. Rafała Matyja przyznaje, że swoje "obywatelstwo", polskość najsłabiej przeżywa w czasie ceremonii towarzyszących świętom państwowym; takim jak 11 XI.

- Może to efekt tego, że takie uroczystości są strasznie podobne do tego, co przeżywałem w PRL-u. Wtedy takich uroczystości nie lubiłem, teraz też nie lubię. I nie mówię o tym, że teraz uroczystości organizuje PiS; chodzi mi o sztampowy sposób obchodzenia większości państwowych rocznic i świat - tłumaczy w TOK FM w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz.

Czy ktoś spróbuje?

Zdaniem naukowca setna rocznica odzyskania niepodległości mogłaby przydać się do łagodzenia konfliktu politycznego. - Niekoniecznie przy udziale głównych aktorów konfliktu. Jakby Andrzej Duda uznał: nikt nam nie uwierzy, jak się będziemy ściskać z prezydentem Komorowskim, więc się cofnijmy. Wtedy można byłoby to święto oddać obywatelom, a nie politykom. A uroczystości mogli prowadzić aktorzy, poeci - bez polityków - uważa prof Rafał Matyja.

Łagodzenie konfliktu politycznego to nie jedyny powód. Drugą rzecz, jaką można było próbować zrobić, to po raz pierwszy od dawna porozmawiać o historii; pokazać coś ważnego... chociażby to, że zawsze się kłóciliśmy, że rzeczywiście w bardzo rzadkich przypadkach dochodziliśmy do rozumu i nabieraliśmy dystansu. Można też np. próbować rozmawiać o tym, co po nas zostaje. Można pokazać, co zostało po II RP - od "ogranej" Gdyni, po mniej pokazywaną Stalową Wolę - wymienia gość Agnieszki Lichnerowicz.

Czytaj też: "Tuskowi specjalne powitanie należało się". Prezydent pominął obecność szefa Rady Europejskiej>>>

"Jak z... kiepskiego horroru"

Politologowi i historykowi nie podoba się to, że - od kilku lat - cała uwaga, związana z obchodami Święta Niepodległości, skupiona jest na Marszu Niepodległości, organizowanym przez środowiska narodowe.

- Gdyby to było tak, że narodowcy przejęli ten dzień, to byłoby pół biedy. Gorsze jest to, że wszyscy inni się tym ekscytują. Bo to wcale nie narodowcy będą przed telewizorami oglądać, co narodowcy krzyczą. To, jak świętują Polacy, jest... jak z kiepskiego horroru: jedni będą krzyczeć na ulicach, a drudzy będą oglądać to w telewizji oraz zapisywać, co gorsze hasła. By jeszcze raz się przekonać, że tamci - maszerujący - to łobuzy - mówi prof. Matyja.

Gość TOK FM podkreśla, że setna rocznica to dobra okazja, by ze złymi nawykami zerwać. Ale program obchodów wygląda, jak wygląda.

- Można było różne fajne rzeczy zrobić. Ale od bardzo dawna miałem przeczucie,  szczególnie jak przeczytałem listę osób zaangażowanych w przygotowanie tych obchodów, byłem przekonany, że nie tylko prochu nie wymyślą, ale i nie zrobią niczego, żeby to święto było jakkolwiek wspólne, łamiące konwenanse. Nie jestem więc zdziwiony. Nawet nie będę udawał, że jestem rozczarowany - przyznaje.

Chcesz wiedzieć więcej? Posłuchaj podcastu! Agnieszka Lichnerowicz rozmawiała z prof. Robertem Matyją także o:

  • święcie, które próbowano obchodzić bez oficjalnych uroczystości i polityków
  • Prawie i Sprawiedliwości, które nie pierwszy raz zaliczyło wpadkę organizacyjną, bo to "partia mocna w gębie" i "dużo słabsza, jeśli chodzi o rzeczy, które są ogólnie pożyteczne".







DOSTĘP PREMIUM