"Tęczowy" orzeł obroniony. Śledztwa prokuratury nie będzie

Prokuratura uznała, że umieszczenie orła na tęczowym tle nie było przestępstwem. Chodzi o jeden z banerów na Marszu Równości w Lublinie.

Prenumerata cyfrowa TOK FM i Wyborcza.pl - pierwszy taki dwupak! Do kupienia prosto i wygodnie, a do tego 50% taniej. Sprawdź szczegóły >>> 

Organizator lubelskiego Marszu Równości, Bartosz Staszewski, dowiedział się o zainteresowaniu służb tęczowym orłem... od policjantki, która do niego zadzwoniła. – Wyjaśniła, że próbuje znaleźć kontakt do ludzi, którzy pojawili się na marszu z takimi symbolami - mówił w rozmowie z TOK FM.

Jak dodał, nie miał zamiaru nikogo ujawniać. Policjantce powiedział jedynie, że jeden z banerów był jego własnością. - W całej Polsce było już trochę skarg dotyczących orła z tęczą. Ale nigdzie nie zdarzyło się, by dzwonić do organizatorów i prosić o podanie danych osób, które były na marszu z takimi flagami – podkreślił Staszewski.

Okazuje się, że rozmowa z panem Bartoszem była prowadzona jedynie jako rozpytanie, w ramach tzw. czynności sprawdzających. Jest to etap przed wszczęciem śledztwa – dlatego nie ma tu jeszcze mowy o formalnym przesłuchaniu i spisywaniu zeznań do protokołu. – To normalna procedura – słyszymy w prokuraturze.

Zawiadomienie o znieważeniu polskiego godła złożyła osoba prywatna, a potem również ONR. Jednak do śledztwa nie dojdzie, bo prokuratura uznała, że nie ma mowy o przestępstwie. 

Prokurator wziął pod uwagę podobną sprawę z Częstochowy i wydaną w tamtej sprawie opinię biegłych. – Prokurator przyjął, że nie nosi to znamion znieważenia, o których jest mowa w artykule 137 Kodeksu Karnego, ponieważ – w ocenie prokuratora – flaga biało–tęczowa nie odpowiada definicji flagi państwowej, podobnie jak biały orzeł w koronie ze szponami w kolorze białym na tęczowym tle nie stanowi godła państwowego. I dlatego też prokurator odmówił wszczęcia postępowania – wyjaśniła Agnieszka Kępka, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Lublinie. 

Nerwowe momenty 

Pierwszy w Lublinie Marsz Równości odbył się 13 października. Pierwotnie prezydent miasta Krzysztof Żuk zakazał manifestacji, powołując się przy tym na względy bezpieczeństwa. Sąd pierwszej instancji decyzję prezydenta podtrzymał. Sprawa trafiła do apelacji - sąd apelacyjny uchylił wcześniejsze rozstrzygnięcie i dopuścił do zorganizowania imprezy. Marsz przeszedł przez centrum miasta, sprzed Zamku Lubelskiego na Plac Teatralny. 

Czytaj także: Organizator Marszu Równości: Czułem, że w Lublinie nie mogę się ujawnić jako gej

Momentami było gorąco, bo pojawiły się większe grupy narodowców, którzy rzucali racami, kamieniami czy pomidorami. 

Do dziś po Marszu Równości zatrzymano ponad 20 osób – siedem z nich w ostatni piątek. Prokuratura zdecydowała, że nie będzie jednego dużego śledztwa, ale kilka mniejszych.

Główne postępowanie dotyczy rzucania kamieniami i racami na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Część zatrzymanych usłyszało też zarzuty udziału w nielegalnym zgromadzeniu czy zaatakowania policjantów. Kilka osób jest w areszcie.

Jedną ze spraw udało się już nawet zakończyć aktem oskarżenia. Patrycjusz J. usłyszał zarzuty dotyczące czynnego udziału w nielegalnym zbiegowisku. Odpowie też za przemoc wobec funkcjonariuszy policji – jednemu z nich prysnął w twarz gazem; rzucił również w kierunku policjantów fragmentem cementowej płyty chodnikowej.

Prokurator przyjął, że była to tzw. chuliganka, czyli czyn został popełniony w sposób umyślny, publicznie, bez powodu i z okazaniem rażącego lekceważenia porządku prawnego.

- Jest to zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 10 – mówiła prokurator Agnieszka Kępka. Jak podkreśliła, Patrycjusz J. zgodził się dobrowolnie poddać karze – ma odsiedzieć w więzieniu półtora roku. Do tego miałby zapłacić grzywnę i nawiązki.

Na taką karę musi się jednak zgodzić sąd. To do niego należy ostateczna decyzja w tej sprawie.

DOSTĘP PREMIUM