Policja u dziennikarzy oko.press. "To lekkie zastraszanie"

- To wysłanie sygnałów ostrzegawczych, które w założeniu może wywołać efekt mrożący. W okół dziennikarzy kreuje się ostatnio dziwną atmosferę - tak o wkroczeniu policji do domów dziennikarzy oko.press mówiła prawniczka Dominika Bychawska.

Jak podał w poniedziałek portal Press.pl, w piątek podczas koncertu Chóru Aleksandrowa w hali Łuczniczka w Bydgoszczy aktywiści ruchu Obywatele RP Rafał Suszek i Michał Wojcieszczuk wbiegli na scenę z transparentem "Kremlowski raszyzm won za Don" i z okrzykiem "Łapy precz od Ukrainy". W sobotę materiał o proteście podczas koncertu został opublikowany na portalu OKO.press. Według portalu, w południe do dziennikarza OKO.press Roberta Kowalskiego i współpracującej z OKO.press operatorki miała przyjść policja, która żądała wydania nagrania.

Finalnie nagranie zostało przekazane policji, jednak działanie funkcjonariuszy może budzić zdziwienie. - W poważnych sprawach, gdy istnieje duże ryzyko utraty czy zniszczenia dowodów policja może tak zadziałać, mówi o tym artykuł 308 Kodeksu Postępowania Karnego. Jednak ja tutaj nie widzę takiej podstawy – oceniła Dominika Bychawska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Jak mówiła Bychawska, całość materiałów została przecież opublikowana w internecie. - To w pewnym sensie nadużycie tej szybkiej ścieżki docierania do dowodów – podkreśliła prawniczka.

W jej ocenie, policja jak najszybciej powinna wyjaśnić sprawę. - Z mojej wiedzy wynika, że w trakcie wkroczenia do domu doszło do szeregu nieprawidłowości,włączenie z grożeniem, że jak dziennikarka nie zacznie zeznawać, to zostanie przewieziona na komendę, że zostanie zabezpieczony cały jej sprzęt w domu. Takie stawianie sprawy nie do końca jest zgodne ze standardami – przekonywała Dominika Bychawska oraz dodawała, że policja mogła w tej sprawie po prostu zadzwonić do dziennikarki i zaprosić na komendę lub wysłać jej zawiadomienie pocztą.

Bychawska mówiła, że w ostatnio pojawia się coraz więcej sytuacji, w której służby dość agresywnie traktują dziennikarzy. Przypomniała historię operatora TVN Piotra Wacowskiego, do którego domu wkroczyło ABW, żeby wręczyć mu pismo z wezwaniem do prokuratury.

W piśmie zawarte były zarzuty o propagowanie nazizmu w związku z realizacją reportażu wcieleniowego na temat polskich neonazistów. W internecie pojawiło się zdjęcie "hajlującego" Wacowskiego. Po kilku dniach, po fali protestów środowisk dziennikarskich, prokuratura wycofała się wezwania Wacowskiego, uznając zarzuty za przedwczesne.

W ostatnich dniach głośno było też o Adamie Glapińskim, prezesie Narodowego Banku Polskiego, który chce sądownie zakazać kilku dziennikarzom pisania o nim i jego instytucji.

- Musimy zachować proporcjonalność działania służb. To wysłanie sygnałów ostrzegawczych, które w założeniu może wywołać efekt mrożący. Wokół dziennikarzy kreuje się ostatnio dziwną atmosferę. To moim zdaniem takie lekkie zastraszanie – podkreśliła przedstawicielka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Szef MSWiA wyjaśnia

W poniedziałek do sprawy wkroczenia policji do dziennikarzy oko.press odniósł się Jacek Czarnecki z Radia ZET, który napisał na swoim profilu na Twitterze: "Panie ministrze @jbrudzinski, wiem, że akcja po cichu lepiej wygląda niż ten cyrk we Wprost, ale zasada ta sama. Odbieranie dziennikarzowi nośnika z materiałami nie wygląda dobrze" - napisał.

Szef MSWiA Joachim Brudziński odpowiedział, że zamierza wyjaśnić tę sprawę i czeka na szczegółowe informacje od policji. - Wstępnie dowiedziałem się, że policja wylegitymowała panią, która filmowała zajście podczas koncertu, nie poinformowała wówczas, że jest dziennikarzem. Później, w trakcie prowadzenia czynności, policja, dysponując jej adresem, miała zwrócić się do niej z prośbą o wydanie nagrania jako dowodu zakłócenia koncertu - zaznaczył.

Brudziński dodał, że czeka na szczegółowe wyjaśnienia. - Wydaje mi się jednak, że porównywanie tej sprawy do wejścia ABW do redakcji "Wprost" jest przesadą – podkreślił.

Policja się tłumaczy

Oświadczenie w sprawie próby odebrania dziennikarzom nagrania z piątkowego protestu wydał rzecznik prasowy komendanta stołecznego policji Sylwester Marczak. W jego opinii "policjanci nie naruszyli tajemnicy dziennikarskiej" i działali "zgodnie z obowiązującymi przepisami".

Marczak zaznaczył, że policja podjęła czynności w związku z zakłócaniem porządku podczas występu Zespołu Pieśni i Tańca Armii Rosyjskiej. - Policjanci są zobowiązani do reagowania na naruszenia prawa i zabezpieczenie w związku z tym obiektywnych dowodów, a takim jest właśnie nagranie - napisał. Dodał, że "policjanci nie naruszyli praw żadnych osób". - Wykonując czynności w miejscu zamieszkania kobiety wskazanej w artykułach, po okazaniu legitymacji służbowej poprosili o wydanie nagrania, na którym zarejestrowano przebieg koncertu, w tym moment "wtargnięcia" na scenę aktywistów i związane z tym zakłócenie porządku - czytamy w oświadczeniu.

Marczak podkreślił, że czynności przebiegły "spokojnie" a dziennikarka "dobrowolnie wydała pendrive'a i nie miało miejsca przeszukanie pomieszczeń". - W żadnym momencie wskazana kobieta nie informowała policjantów, że na pendrivie mogą znajdować się informacje stanowiące tajemnicę dziennikarską. Podczas wykonywanych czynności nie okazała również legitymacji dziennikarskiej i nie zgłaszała uwag co do wykonywanej czynności - zaznaczył rzecznik KSP.

Ponadto- jak dodał - do chwili obecnej nie zostało złożone zażalenie na zachowanie funkcjonariuszy. - Wykonujący czynności policjanci poprosili jedynie o wydanie nagrania rejestrującego moment zakłócenia porządku, nie zapoznawali się z zawartością nośnika i nie wykonywali jego oględzin - napisał Marczak.

DOSTĘP PREMIUM