Na Węgrzech nadal niespokojnie. "Ustawa niewolnicza" i zmiany w sądownictwie przelały czarę goryczy

Węgrzy już czterokrotnie protestowali przeciwko nowelizacji kodeksu pracy. Według Wojciecha Przybylskiego z Visegrad Insight, o zmiany najwyraźniej poprosili inwestorzy, którzy chcieli mieć bardziej elastyczne warunki zatrudniania.

Kilka tysięcy ludzi - kilkakrotnie w ostatnich dniach - wyszło na ulice Budapesztu, by protestować m.in. przeciwko nowym przepisom kodeksu pracy. Zmiany - nazywane przez krytyków "ustawą niewolniczą" - zakładają przede wszystkim zwiększenie limitu godzin nadliczbowych z 250 do 400 rocznie oraz możliwość rozliczania ich nawet przez trzy kolejne lata. 

Po przyjęciu nowelizacji przez węgierski parlament doszło już do czterech protestów. 

- Ten pomysł jest bardzo kontrowersyjny, ale on oddaje też stan umysłów i kultury, z jaką mamy teraz do czynienia na Węgrzech, które odchodzą od rządów demokratycznych, zmierzają ku autorytaryzmowi - mówił w TOK FM Wojciech Przybylski z portalu Visegrad Insight. 

Ekspert podkreślił, że nowa ustawa zmienia warunki zatrudnienia przede wszystkim osobom o najniższych dochodach. Dodał, że mimo bardzo wysokiego wzrostu gospodarczego, Węgry są krajem o bardzo dużym rozwarstwieniu zarobków.  

Sprzeciw Węgrów budzi także przyjęta w zeszłym tygodniu reforma sądownictwa administracyjnego. Ma ona dać ministrowi sprawiedliwości szeroki nadzór nad nowo tworzonymi sądami administracyjnymi wyższej instancji. 

Niespodziewany obrót protestów

Specjalista zaznaczył, że Viktor Orban gotowy jest ręcznie sterować gospodarką, a parlamentu używać do tego, by zaspokajać bieżące interesy inwestorów, "którzy najwyraźniej poprosili węgierski rząd o uelastycznienie ich warunków zatrudniania". 

- W domniemaniu oznacza to pewnie dla grupy rządzącej kolejne benefity, a dzieje się to przy braku kontroli społecznej, braku mediów, które na poziomie ogólnonarodowym mogłyby takie sprawy podnosić i krytykować - mówił gość programu Połączenie, tłumacząc, że również opozycja została zepchnięta do roli marginalnej.

Ekspert podkreślił, że rozpoczęte w zeszłym tygodniu demonstracje przyjęły niespodziewany obrót, jeśli chodzi o występujący po obu stronach poziom agresji i zauważył, że ostatniej nocy (16 grudnia) dwóch parlamentarzystów partii opozycyjnej zostało siłą usuniętych z budynków telewizji publicznej. 

Prowadzący program Jakub Janiszewski, zaznaczył, że Węgry borykają się z problemem niedoboru siły roboczej, a przy prowadzonej przez nie antymigracyjnej retoryce, nie mają pola manewru.

- Na Węgrzech widzimy jak w laboratorium, co się może stać, kiedy ktoś eksperymentuje ze starym dobrym, może nie najlepszym, ale lepszego nie wynaleziono, systemem, jakim jest demokracja - stwierdził.

Czy protesty są w stanie coś zmienić?

Według Wojciecha Przybylskiego najważniejsze jest dotarcie z informacją do obywateli, co nie jest proste, biorąc pod uwagę przejmowanie mediów przez władze.

- Trzeba pamiętać, że wobec demonstrantów, którzy są dzisiaj na ulicy Viktor Orban i jego media używają w retoryce porównań do Majdanu i do przewrotu na Ukrainie, który jakby na to nie patrzeć, należy uznać za ten słuszny przewrót, czyli demokratycznych wartości, wolności, swobody i proeuropejskich przekonań Ukraińców, którzy chcieli obalenia Viktora Janukowycza - stwierdził. 

Zaznaczył jednak, że nie chodzi o powtórzenie na Węgrzech scenariusza ukraińskiego. 

- Kluczowa sprawa na Węgrzech będzie dotyczyła tego, czy Węgrzy będą mogli dowiedzieć się tego, co się dzieje w ich własnym kraju - podsumował.

Chcesz wiedzieć więcej? Posłuchaj!

  • o przejęciu mediów przez środowisko rządowe;

DOSTĘP PREMIUM