Protesty na Węgrzech nie ustają. "Co by było w Polsce, gdyby niemieckie koncerny zażyczyły sobie, byśmy pracowali więcej?"

Kilka tysięcy osób demonstrowało wczoraj przed siedzibą państwowego radia i telewizji w Budapeszcie. - To nie jest protest czysto ekonomiczny - zwracał uwagę w TOK FM dr Kazimierz Wóycicki, historyk i politolog ze Studium Europy Wschodniej UW.

Protestujący na Węgrzech opowiadają się m.in. przeciw nowelizacji kodeksu pracy zwiększającej limit godzin nadliczbowych. Szef Węgierskiego Zrzeszenia Związków Zawodowych Tamas Szekely zapowiedział, że jeżeli prezydent Janos Ader podpisze nowelizację, dojdzie do strajków.

Zgodnie z nowymi przepisami limit nadgodzin został zwiększony z 250 do 400, przy czym ich rozliczanie w formie dodatkowego wynagrodzenia bądź dni wolnych będzie następować w ciągu trzech lat, a nie tak jak obecnie w ciągu jednego roku. Jeśli zaś chodzi o powołanie sądów administracyjnych, które mają rozpatrywać m.in. sprawy związane z wyborami, korupcją i protestami, przeciwnicy wyrażają obawy, że może to zwiększyć polityczną kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości.

Protesty na Węgrzech - dlaczego ludzie wyszli na ulice?

Jan Celichowski, autor bloga "Jeż Węgierski", wyjaśniał na antenie TOK FM, że na Węgrzech bardzo brakuje rąk do pracy, ponieważ wielu Węgrów - podobnie jak wielu Polaków - wybrało emigrację do krajów starej Unii.

Jednocześnie panująca w kraju atmosfera i narzucona przez władze narracja sprawiają, że nie może być mowy o sprowadzaniu pracowników zza granicy. Ostatnia kwestia, na którą zwraca uwagę Celichowski, to naciski ze strony koncernów motoryzacyjnych, głównie niemieckich, które swoje fabryki ulokowały właśnie w tym kraju, i teraz naciskają na rząd, by uelastycznił rynek pracy.

- To nie jest protest czysto ekonomiczny - stwierdził dr Kazimierz Wóycicki, historyk i politolog ze Studium Europy Wschodniej UW, który był gościem Pierwszego Śniadania w TOK-u. Jego zdaniem proponowane zmiany są dla Węgrów poniżające. - Co by było w Polsce, gdybyśmy się dowiedzieli, że musimy więcej pracować, ponieważ zażądały tego niemieckie koncerny? - pytał gość Piotra Maślaka.

Jego zdaniem część społeczeństwa na Węgrzech może mieć dość obecnej władzy, być już zmęczone Viktorem Orbanem i serwowanymi przez niego argumentami i tezami, w tym nacjonalistycznymi. - Orbanowi nie udało się zdusić społeczeństwa, mimo że opanował media - zwracał uwagę dr Wóycicki. 

Jak mówi, trudno powiedzieć, w którą stronę pójdzie sytuacja i czym skończą się protesty. Jednak nawet teraz są one - jego zdaniem - ciosem dla węgierskiego premiera. - Na pewno jest to cios dla Orbana i jego dobrego samopoczucia, obrazu, który próbuje on za granicą wytwarzać - dodał politolog. 

Był to już piąty od środy protest przeciw posunięciom konserwatywnego rządu Viktora Orbana. Opozycyjna posłanka Bernadett Szel odczytała na nim 5-punktową petycję, w której zawarto postulaty:

  • wycofania nowelizacji kodeksu pracy, nazywanego przez przeciwników "ustawą niewolniczą",
  • zagwarantowania niezależności sądów, przystąpienia Węgier do Prokuratury Europejskiej,
  • niezależnych mediów publicznych,
  • zmniejszenia nadgodzin dla policjantów.

Szel wraz z innym niezależnym posłem Akosem Hadhazym została nad ranem siłą usunięta z budynku telewizji. Jak powiedziała, chciała doprowadzić do odczytania na antenie opozycyjnej petycji.



DOSTĘP PREMIUM