"Kevin sam w domu" nie spodobał się krytykom. Ale nie przeszkodziło mu to stać się sukcesem

Na Boże Narodzenie może nie być śniegu, ale na pewno nie może zabraknąć filmu "Kevin sam w domu". Amerykańska produkcja rok w rok gości w naszych domach.

Nie inaczej będzie i w tym roku. Na film "Kevin sam w domu" Polsat zaprasza w Wigilię i Boże Narodzenie.

Skąd wziął się fenomen amerykańskiej produkcji? - Ta oddolnie stworzona tradycja ma związek z wieloma procesami społecznymi i politycznymi, które w naszym kraju zaszły.  "Kevin sam w domu" jest pozostałością po pięknych czasach nadziei i optymizmu, czyli po czasach transformacji ustrojowej - stwierdził w TOK FM Artur Zaborski, krytyk filmowy Wirtualnej Polski. Przypomniał, że po raz pierwszy film pojawił się w polskiej - prywatnej (o czym warto pamiętać) telewizji - bardzo szybko po kinowej premierze. - To było coś kompletnie niesamowitego. Wcześniej mieliśmy do czynienia tylko z telewizją publiczną i nagle na początku lat 90. XX wieku zaczęły się wysypywać telewizje prywatne. Myśleliśmy wtedy, że już na zawsze filmowe hity będą na wyciągnięcie ręki - mówił w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.

Zdaniem gościa TOK FM trzeba pamiętać, że na początku lat 90. przeciętny Polak nie jeździł na zagraniczne wakacje, rzadko latał samolotem, a wyobrażenie na temat Stanów Zjednoczonych miał... rodem z serialu "Dynastia". - Wydawało nam się, że każda rodzina w Ameryce ma co najmniej jeden szyb naftowy. Dlatego wszystkie nieprawdopodobne sytuacje, niedociągnięcia scenariuszowe, które są w tym filmie, w ogóle nas nie raziły. A przecież już sam punkt wyjścia dla opowiedzianej historii powinien wydać nam się nieprawdopodobny. Jak można zapomnieć zabrać dziecko do samolotu? Ale myśmy wtedy to wszystko "połykali", nie raziło nas to - ocenił dziennikarz.

Ja dopowiedział Artur Zaborski, dziś "Kevin sam w domu" pociąga nas z zupełnie innych powodów. - Raz, że jego nadawanie stało się tradycją. Dwa, że to opowieść dziecięca, która ma strukturę bajki, filmu skierowanego do najmłodszej widowni. A to pozwala tolerować nadużycia fabularne. Mam wrażenie, że traktujemy ten film z sentymentem, jako fenomen, więc bardzo trudno nam go oceniać w kategoriach stricte filmowych - uważa gość TOK FM. Dziennikarz przypomniał, że film w reżyserii Chrisa Columbusa nie zyskał przychylności krytyków filmowych z Zachodu, za to publiczność pokochała go od razu. - Film szybciutko dużo zarobił. Przygotowano więc kolejne części, ale żadna nie stała się takim fenomenem, jak "Kevin sam w domu" - podsumował Zaborski.



DOSTĘP PREMIUM