Poparcie dla Orbana ledwie drgnęło. Czy premier Węgier ma powody, by bać się protestów?

Trwające na Węgrzech od blisko miesiąca protesty, przeciwko tzw. ustawie niewolniczej, nie mają wpływu na poparcie dla rządzącego Fideszu. Związki zawodowe zagroziły strajkiem generalnym. Kolejne protesty zaplanowano na 19 stycznia.

W sobotę na ulice Budapesztu wyszło kilkanaście tysięcy osób. Uczestnicy manifestacji domagali się wycofania tzw. ustawy niewolniczej (zwiększającej limit godzin nadliczbowych z 250 do 400 rocznie) oraz wolnych mediów i niezależnego od władzy wymiaru sprawiedliwości.

W sprawie ustawy niewolniczej Węgrzy protestują już blisko miesiąc. Rząd Orbana nie reaguje na postulaty. Do gry włączyły się związki zawodowe. - Wczoraj szef największej centrali związkowej postawił premierowi ultimatum. Żąda spotkania z premierem, które miałoby się odbyć we wtorek, podczas którego przekaże Orbanowi postulaty protestujących. I czeka pięć dni na powstanie gremium konsultacyjnego, które wypracuje stanowisko, co dalej. Jeżeli do tego nie dojdzie, to będzie organizowany strajk generalny - mówił w TOK FM Dominik Hejj z portalu Kropka.hu.

Kolejną manifestację przeciwnicy Orbana, który rządzie nieprzerwanie od blisko dziewięciu lat,  zapowiadają na 19 stycznia.

Szeroki front

Jak ocenił Hejj, największym sukcesem trwających od 12 grudnia protestów jest to, że udział w nich biorą przedstawiciele bardzo wielu partii. Począwszy od skrajnie prawicowego Jobbiku po lewicowe ugrupowania. - Gdyby porównywać to tak, jakbyśmy mieli w Polsce koalicję od Ruchu Narodowego po partię Razem. To właśnie jest niezwykłość tego protestu - podkreślił. Czy uda się zmusić Orbana do ustępstw? Na razie niezadowolenie z ustawy niewolniczej nie przekłada się na niższe poparcie dla rządzących. - Najnowszy sondaż pokazuje, że Fidesz stracił 1 punkt procentowy. Ale  Jobbik także. Więc nie jest tak, że mamy wielkie tąpnięcie w poparciu - mówił Hejj.

Węgrzy będą mieli - podobnie jak Polacy - dwie okazje, by bezpośrednio ocenić rządzących. Najpierw w maju czekają ich wybory do Parlamentu Europejskiego, a jesienią wybory samorządowe. Jak ocenił Dominik Hejj, wspólne protesty mogłyby przełożyć się na próbę budowy, przez krytyków Viktora Orbana, jednej listy na wybory do PE. - Ale będzie to trudne - dodał gość TOK FM.

W sobotę antyrządowe protesty odbyły się nie tylko w Budapeszcie. Manifestacje zorganizowano też m.in. w Debreczynie, Szolnoku i mieście Komlo.



DOSTĘP PREMIUM