"Idąc tropem raportu NIK, powinniśmy zakazać witaminy C". Czy Izba przestrzeliła z krytyką ws. dodatków do żywności?

- Widzimy w tym raporcie mnóstwo błędów. Takich, które nie powinny mieć miejsca. Gdyby wziąć go na serio, to cały przemysł żywnościowy powinien przestać produkować - w ten sposób raport NIK na temat dodatków do żywności skomentował Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.
Zobacz wideo

Ponad dwa kg - tyle przeciętny konsument spożywa w ciągu roku dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju "E" - tak brzmiało pierwsze zdanie raportu Najwyższej Izby Kontroli, poświęconego dodatkom do żywności. Zdanie to bardzo chętnie cytowały media.

Karolina Głowacka poszła tropem tych danych i ani w raporcie, ani w źródłach, na które się powoływał, nie znalazła żadnych badań potwierdzających dwa kg dodatków zjadanych rocznie. Sam NIK, dopytywany przez nas o źródło danych, wyjaśniał: "Dysponując wynikami doraźnych kontroli przeprowadzonych przez kontrolowane inspekcje (Inspekcję Sanitarną, Inspekcję Handlową oraz Inspekcję Handlową Artykułów Rolno-Spożywczych), w trakcie kontroli zaprojektowano hipotetyczną dietę na jeden dzień składającą się z pięciu posiłków". 

I to na bazie owej hipotetycznej diety zabrano się za wyliczanie ilości dodatków, które rzekomo konsumujemy. "Łączna, maksymalna, wartość zastosowanych dodatków limitowanych wyniosła 7,43 gramów (dziennie). Podkreślenia wymaga fakt, że w obowiązującym systemie prawnym, dotyczącym znakowania produktów żywnościowych, niemożliwe było wyliczenie faktycznie użytej liczby dodatków, bowiem na etykiecie producent nie musi podawać danych dot. użytych dodatków na jeden kg wytworzonego produktu" - czytamy w odpowiedzi NIK-u, który podkreśla, że w raporcie wnioskuje o podawanie takiej informacji.

Niczego nie będzie

Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności stwierdził, że gdyby na serio potraktować najważniejsze wnioski z raportu NIK, to należałoby zawiesić całą produkcję żywności w Polsce. 

- Jeżeli NIK wysadza w powietrze zaufanie do urzędowej kontroli żywności, do Europejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Żywności, podważa obowiązujące przepisy, którymi kierują się wszyscy producenci, to rodzi się pytanie, czym jest ten raport? Na jakiej podstawie dokonano tak poważnych wniosków? - pytał w rozmowie z Karoliną Głowacką.

Jako przykład nierzetelności wskazał zawarte w raporcie porównanie badań próbek żywności, które wykonano według zupełnie innej metodologii. Chodzi o badania prowadzone przez Główny Inspektorat Sanitarny oraz przez kontrolerów NIK. To pierwsze objęło około osiem tysięcy próbek żywności, drugie 35 produktów. - Te 35 produktów sprawdzono pod kątem deklaracji zgodności z prawdą podanego składu, a  osiem tysięcy (z pierwszego badania) na to, czy nie zawierają niedozwolonych substancji lub nie są przekroczone limity zawartości substancji - wyjaśniał. 

Przed zarzutami NIK bronił się również Grzegorz Hudzik, zastępca Głównego Inspektora Sanitarnego, któremu Izba zarzuciła m.in. bierność i brak skuteczności. Zapewniał, że prowadzone są badania - zgodnie z tym, co nakazuje prawo. A poza tym GIS sam inicjuje badania naukowe nad dodatkami do żywności. - Informacje o wynikach przekazujemy do europejskiego systemu bezpieczeństwa. Gdyby było tak źle, wobec Polski natychmiast wszczęta byłaby kontrola - przekonywał. 

Dwa czy trzy kilogramy dodatków "E" w jedzeniu. Czy to jest najważniejsze?

Dr Jacek Postupolski, kierownik Zakładu Bezpieczeństwa Żywności w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego-Państwowym Zakładzie Higieny, stwierdził, że jako toksykolog nie rozumie, co ma obrazować podawanie tego typu danych. Najistotniejsze jest to, jakie substancje ukryte są pod słynnymi "E". A kwestię limitów reguluje ustawodawstwo. - Zakładając normalne spożycie, a nie sytuacje ekstremalne, te limity gwarantują, że dopuszczalne poziomy nie będą przekraczane. 

- Substancją dodatkową jest na przykład kwas cytrynowy, taki sam, jak w cytrynach. Nie liczy się, ile rocznie zjadamy kwasu cytrynowego z cytryn, jabłek czy innych owoców - dodał. Przyznał, że jego zaniepokoiło pominięcie w raporcie NIK-u ogromnego bogactwa badań dotyczących dodatków do żywności. - To są setki monografii dotyczących bezpieczeństwa, opartych na badaniach toksykologicznych. Te dane są dostępne - przekonywał. A w nich, jak mówił, można wyczytać, że dodatki dopuszczone do żywności, "stosowane zgodnie z przeznaczeniem, w sposób zgodny z normami, są bezpieczne dla człowieka". 

Goście odpowiadali też na pytania dotyczące wskazany przez NIK przykład kwasu askorbinowego, czyli witaminy C. Jak wskazuje w raporcie Izba, jego łączenie z substancją konserwującą - popularnym benzoesanem sodu - może prowadzić do powstania rakotwórczego benzenu. Dr Jacek Postupolski przyznał, że to prawda, ale zaraz dodał, że taki sam efekt osiągniemy i bez udziału dodatków do żywności. Wystarczy ugotować kisiel żurawinowy (w żurawinie jest i kwas askorbinowy, i benzoesan sodu). 

Andrzej Gantner podał przykład kiełbasy, do której również dodawany jest kwas askorbinowy. Jego zdaniem, by osiągnąć dawkę tysiąca jednostek - czyli tylu, ile zawiera tabletka witaminy C przeznaczona dla dorosłego - należałoby zjeść 20 kg kiełbasy. - Idąc więc tym tropem, powinniśmy zakazać witaminy C - mówił.

Straszne procenty w wędlinach

Raport NIK podaje również informacje o ryzyku znacznego, sięgającego kilkuset procent przekroczenia u dzieci poziomu ADI (poziom bezpiecznego spożycia substancji, ustalany w czasie badań toksykologicznych) azotynów zawartych m.in. w parówkach. Opiera się przy tym na zaprojektowanej na swój użytek przykładowej, teoretycznie możliwej diecie. I właśnie tę dietę zakwestionował Andrzej Gantner. - To jest tak, jakbyśmy zaprojektowali hipotetyczną kolację imieninową Polaka i na tej podstawie obliczyli, ile pijemy alkoholu. I wyszłoby, że wszyscy jesteśmy alkoholikami - uzasadniał. A dr Postupolski przypominał, że zostały przeprowadzone badania na podstawie danych Państwowej Inspekcji Sanitarnych, w których nie stwierdzono przekroczeń ADI przy średnim spożyciu. 

Andrzej Gantner deklarował, że przygotowywana jest odpowiedź na raport NIK, a producenci żywności będą się od kontrolerów domagali informacji o badaniach, na podstawie których postawiono tak ostre tezy. 

Posłuchaj całej audycji:

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM