Ta książka nie jest dla Czechów przyjemna, a i tak czytają ją namiętnie. "Chciałbym takiej o Polsce"

To nie jest książka ani łatwa, ani przyjemna dla Czechów. Nie przeszkodziło jej to jednak stać się dla nich ważną lekturą. Jiri Gruša w książce "Czechy. Instrukcja obsługi" rozprawia się ze stereotypami na temat Czechów, ale - jak mówił w TOK FM tłumacz Andrzej S. Jagodziński, robi to z wielką miłością.

Jirí Gruša wiele lat spędził w Niemczech. Jak mówił gość Łukasza Wojtusika, nie z własnej woli. - Będąc na stypendium w 1980 roku w USA został pozbawiony obywatelstwa czecho-słowackiego. Gdzieś się musiał podziać, a że chciał być bliżej kraju, wrócił do Europy i osiadł w Niemczech - wspominał Andrzej Jagodziński.

Ku zaskoczeniu samego autora, książka cieszyła się w Niemczech sporą popularnością, miała kilka wydań. Tłumacz "Czechy. Instrukcja obsługi" przyznał, że książka jest elementem znanej, ale dość elitarnej serii. - To nie jest książka użytkowa, jak przewodnik turystyczny. To są eseje o kulturze, historii, języku. Można ją traktować jak uzupełniający przewodnik, ale inny niż te, które znamy - tłumaczył.

Andrzej Jagodziński podkreślił, że książka nie zawsze jest dla Czechów przyjemna. - Jest pisana z wielką miłością do kraju, z szacunkiem i estymą, ale jednocześnie mówi o rzeczach nieprzyjemnych - przyznawał. Opisywał również mechanizm, po jaki sięgnął Jirí Gruša - tworzenia stereotypów po to, by za chwilę je obalić i pokazać, jak są powierzchowne i złudne. 

- On walczy ze stereotypami, ale to jest taka czeska książka: z poczuciem humoru, pisana nie na kolanach. Tak Czesi potrafią pisać - mówił. A prowadzący audycję Krakowskie Przedmieście dodał: Chciałbym takiej książki o Polsce. Ale do tego trzeba mieć dystans. 

Publikujemy fragment książki "Czechy. Instrukcja obsługi", której autorem jest Jiri Gruša, a przełożył ją Andrzej S. Jagodziński, wydało zaś Międzynarodowe Centrum Kultury 2018.

"Oczywiście, że ich lubię, tych Czechów z Czech. Choćby tylko dlatego, że oni sami się lubią. Tak ma każdy naród, a im większy, tym bardziej. Ale moi Czesi, choć są ledwie średniej wielkości, lubią się znacznie powyżej średniej. Istnieją dobre stereotypy, czy - mówiąc inaczej - bardzo użyteczne. Takie, które po prostu dają pewne plusy. Wobec położenia kraju, jakie wam opisałem, karambole dziejowe to chleb codzienny. Dlatego człowiek potrzebuje wielkiej porcji dobrego humoru, żeby o tym zapomniał albo znalazł inne wytłumaczenie. Już samo słowo dejiny (historia, dzieje) ma w czeszczyźnie swoją filozofię. Dzieje - to znaczy, że coś się będzie działo. Komentarz - w sposób pośredni, ale wyraźny - pozostawia się komuś, kto owo "dzianie się" widzi jako zdarzenie zewnętrzne, bo u niego wiele się nie działo. Z tego punktu widzenia słynny "sens dziejów" wygląda już znacznie lepiej. Prorocze "winien" - jako przeciwieństwo do "ma" - aż tak bardzo nie absorbuje. Dzieje się dzieją, lecz nie zmierzają do niczego bardzo konkretnego, tylko po prostu kończą się u tego, który je dostrzegł i nimi się zajął.

Dzisiejszy Czech to człowiek czepialski, ale zarazem optymista. Sytuacja jest kiepska (choć w sumie jest tak już od czasów Rípu), za to on jest w porządku - albo przynajmniej jest znacznie lepszy od sytuacji. Nie chcę tego nazwać brakiem umiaru, tylko raczej szczytem samozachowawczości. Bieg dziejów to wrzenie i piętrzenie, wznosi góry i skały w morskich kipielach. Chcąc je szczęśliwie ominąć, potrzebujemy nie tylko Odyseusza, ale też fajnej załogi i dużo waty w uszach. Nie jest to zły zwyczaj. Nie wszyscy zawsze muszą wszystko słyszeć… Kto tam może wiedzieć, co śpiewały Syreny żeglarzowi? Pewnie to były zabójcze pochlebstwa.

W Czechach też produkujemy mądre głowy, a na krytyczne czasy - głowy bardzo krytyczne. Choćby Masaryka albo Havla. Przyznajemy się do nich jednak dopiero, gdy miniemy cieśninę. Wtedy czepialski zmienia się w entuzjastę - zanim nie powróci do świętego spokoju i sam nie zacznie opowiadać całej odysei:

No właściwie to nie było tak strasznie. Czasem gdzieś coś zabolało, ale spoko, daliśmy radę. A jak było najgorzej, to w końcu mieliśmy watę w uszach!

Nasz rodak uważa siebie za praktyka, trochę pedanta, a trochę majsterkowicza. Urodził się w trudnych warunkach, więc musi się dobrze starać. Jako pan domu jest wielkim domatorem, zwłaszcza w letnich domkach czy daczach. Zwierzchnicy to dobry obiekt żartów. Lubi przejść na "ty", familiarnie: Kájo, Franto, Jardo, zamiast: Karolu, Franciszku albo Jarosławie. Szlachty nie rozumie, a Pana Boga? Przygląda mu się. Nie jest tak, żeby go nie znał, tylko wątpi w jego wszechobecność. A czarne szaty wydają mu się podejrzane. Z całą skromnością wierzy, że jest mądrzejszy - jeśli nie wręcz boski - czyli jest kimś więcej niż wszyscy pozostali. Sprawy są takie, jakie są. On od razu widzi, jak się do nich zabrać i jak je rozmontować.

Jest realistą (trochę surrealistycznym), świat to dla niego miejsce doczesnego bytu. A kiedy czasem natchnie go byt sam w sobie, rozgląda się podejrzliwie wokół, skąd by tu się dało skombinować trochę doczesności. Wtedy można się niekiedy wściec, zwłaszcza jak się jest Czechem. Aż tyle przyziemności jest trudne do zniesienia. Ale jako realista odnosi sukcesy.

To z kolei kusi zazdrośników, żeby go znieważać, podobnie jak jego charakter. Przez całe lata namiętnie zbierałem wszystkie epitety, jakimi nas najczęściej obdarzają: cwaniaczek, podlizuch i gaduła, mały intrygant.

Kiedy ktoś chciał powiedzieć to delikatniej, wybierał takie słowa jak: inteligentny, elastyczny, elokwentny oraz taktyk, znający swoje możliwości i granice. Jednak sens tego opisu się nie zmienia.

Żeby przejść do spraw trochę lżejszych, proponuję wam czeskie stereotypy. Niemiec jest tu traktowany jako pilny badacz, strasznie uparty i okropnie nadęty. Każdy po prostu natychmiast ma na wszystko zdecydowaną odpowiedź. Ale proszę się nie dać zwieść, kiedy jesteśmy bardziej uprzejmi i opiszemy to jako: pracowity filozof i człowiek pewny siebie, znający własną wartość.

Stereotypy to opinie przodków przekazywane potomkom, wyłapujące słabości dawnego rywala w taki sposób, żeby zbiorowe ja naszego klanu poczuło się lepiej. Problem stereotypów polega na tym, że dostrzegają słabości, lecz już nie siłę.

W stereotypach interesujący i istotny nie jest ich niski poziom, ale konkretna korzyść. Gdyby nie były miodem dla duszy plemienia, na pewno zostałyby odrzucone.

Nic więc dziwnego, że działają też w pozytywnej wersji. Budują dystans i to jest ich główne zadanie. Dystans się nie zmienia, nosi tylko inny strój. Wystarczy jednak ośmielić się i skoczyć ponad budką suflera wprost na widownię, żeby opuścić scenę, na której grywa się nasze patriotyczne sztuki, i usiąść na chwilę wśród widzów. Z tej pozycji owe inscenizacje wyglądają już inaczej, a w antrakcie można o nich w kawiarni przyjemnie poplotkować.

I pośmiać się."

DOSTĘP PREMIUM