David Farrier - Za milion lat od dzisiaj. O śladach, jakie zostawimy

Seria: Mundus

Data premiery: 12.10.2021

Data premiery ebooka: 26.10.2021

Marka wydawnicza: Bo.wiem

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Poznaj skamieliny przyszłości

Milion lat, może trochę więcej, może trochę mniej. Co po nas zostanie? Plastik, odpady jądrowe czy kilometry dróg asfaltowych – tworzymy artefakty zdolne przetrwać bardzo długo. Wszystkie te przyszłe skamieliny opowiedzą następnym pokoleniom wiele o tym, jak żyliśmy w XXI wieku.

David Farrier, angielski profesor literatury, zachęca nas do refleksji nad tym, jakie będzie dziedzictwo antropocenu. W swej wędrówce od Morza Bałtyckiego po Wielką Rafę Koralową, ale też składowisko odpadów nuklearnych i laboratorium rdzeni lodowych, przedstawia historię gwałtownie zmieniającej się planety i przewiduje dalekosiężne skutki tej transformacji. Odwołując się do kanonu literatury, sztuki i nauki, zastanawia się, w jaki sposób zostaniemy zapamiętani w mitach, opowieściach i językach ludzi przyszłości.

Za milion lat od dzisiaj to pobudzająca wyobraźnię, głęboko humanistyczna refleksja na temat antropocenu, zmian klimatycznych i ich konsekwencji dla naszych potomków. To zarazem apel o to, byśmy dostrzegli, że zmieniając teraźniejszość, zmieniamy przyszłość.

„Fascynujące spojrzenie w głęboką przyszłość! Nasi dalecy przodkowie zostawili piękne przedmioty z kamienia. A co my zostawimy? Zdumiewające, zaskakujące odpowiedzi!"

Margaret Atwood (Twitter)

„Za milion lat od dzisiaj opowiada o coraz bardziej przyspieszającej katastrofie antropocenu, pokazując nie tylko trwałość śladów pozostawianych przez ludzkość, ale także nietrwałość tego, co ludzkie. Głęboka, nagląca w wymowie, przemieniająca czytelnika, jednym słowem – bardzo ważna książka".

James Bradley, autor Ghost Species

„Budząca dziwną nadzieję próba zmierzenia się z odległą przyszłością i ze światem, który doskonale sobie radzi bez nas".

„New Scientist"

„Począwszy od plastiku, przez odpady jądrowe, drogi, miasta, aż po zagładę raf koralowych, Farrier przekonująco i z pasją każe nam przemyśleć na nowo nasz sposób życia".

„The Observer"

David Farrier jest profesorem literatury angielskiej na Uniwersytecie Edynburskim, wcześniej przez cztery lata wykładał literaturę postkolonialną na Uniwersytecie w Leicester. Opublikował dwie pozycje na temat antropocenu: studium współczesnej poezji środowiskowej zatytułowane Poetics: Deep Time, Sacrifice Zones, and Extinction (Minnesota Press, 2019) oraz książkę Za milion lat od dzisiaj, za którą otrzymał nagrodę Giles St Aubyn Award za rok 2017, przyznawaną przez The Royal Society of Literature.

Patroni medialni książki: Tok.fm, Nowy Obywatel, Smoglab, Dobre Książki.

Fragment:

Przeciętny drapacz chmur to tysiące ton żelbetu, stali, szkła, plastiku,

okablowania z miedzi i kamienia ozdobnego. Shangai Tower waży osiemset pięćdziesiąt tysięcy ton. Jan Zalasiewicz w książce The Earth After Us (Ziemia po nas) opisuje szczegółowo trwałość każdego z tych materiałów. Dla wielu sztucznych składników drapacza chmur można znaleźć odpowiedniki w świecie przyrody. Beton, pisze Zalasiewicz, ma „wbudowaną trwałość geologiczną", ponieważ składa się głównie z trudno ścieralnego kwarcu i praktycznie niezniszczalnych cyrkonów, monacytów i turmalinów – z których nieliczne przetrwały już niejeden cykl górotwórczy. Cegły przypominają bardziej skały metamorficzne, gdyż zostały wzmocnione przez wypalanie; obsydian, naturalne szkło występujące w skałach wulkanicznych, może nam coś powiedzieć o przyszłości szkła w naszych miastach. Inne materiały – stal i plastik – wyraźniej ujawniają stojące za nimi procesy przemysłowe, niemniej w krótkim odcinku czasu geologicznego (miliony, ale już nie dziesiątki milionów lat) będą wyróżniać się jako dowód innych niż naturalne procesów stojących za ich powstaniem. Gdy w końcu ulegną fosylizacji, ich najbardziej wyróżniającym się aspektem będzie niesłychana koncentracja w jednym miejscu. Jeśli dodać do tego rozbudowany system transportu oraz sieć energetyczną i kanalizacyjną łączącą budynki i konurbacje, a także znajdujące się na peryferiach miejskie wysypiska śmieci, oznacza to, zdaniem Zalasiewicza, że nasze miasta zostawią po sobie ślad czytelny jeszcze sto milionów lat od dnia dzisiejszego.

„Sam pogrzeb – obiecuje Zalasiewicz – nie będzie schludny". Mimo świadomości nieuchronnego zalania miasta, wielu ludzi nie będzie chciało lub mogło opuścić domów. Podnoszący się poziom mórz sprawi, że wzrosną koszty ubezpieczenia, co z kolei wywróci do góry nogami rynek nieruchomości, nadweręży źródło podatków miejskich i osłabi zdolność przetrwania nawet najbogatszych nadbrzeżnych metropolii. Bogaci wycofają się w głąb lądu, zostawiając biednych na pastwę wód. Ten upadek będzie następował stopniowo, ponieważ niektóre części miast zostaną oddane morzu, natomiast inne ocaleją. Niektóre miasta – tak jak Nowy Jork – będą chciały zbudować ogromny wał przeciwpowodziowy, mogą w ten sposób przetrwać całe wieki. Jednak wszędzie tam, gdzie morze przywłaszczy sobie linię brzegową, ulicę lub samotny budynek, powtarzać się będzie ta sama historia: zalew wody, ucieczka ludzi, sedymentacja. Zatopiony świat 1 przedstawia pierwsze stadium fosylizacji miast. W wyniku stopienia się czap lodowych Europa znalazła się kilka metrów pod wodą. W Paryżu, Berlinie i Londynie woda zalała wszystkie fabryki o wysokości jednego piętra, budynki z cegły i przedmieścia. Nad jej powierzchnię wystają jedynie wysokościowce o szkielecie ze stali. Przez setki lat, w miarę podnoszenia się poziomu morza, porzucone przez nas nadbrzeżne miasta będą wyglądać jak przypadkowe Wenecje, zalane wodą tereny, gdzie panuje bezprawie, a zapomniani ludzie koczują w niegdyś eleganckim otoczeniu. Niewykluczone, że część materiałów będzie odzyskiwania, by wykorzystać je gdzie indziej, trzeba jednak pamiętać, że woda morska bardzo łatwo radzi sobie ze stalą i betonem. Pnące się z dumą w górę drapacze chmur Pudongu i Manhattanu będą się psuć od środka jak rząd zaniedbanych zębów, może i przez cały tysiąc lat, nim wreszcie się zawalą.

W tym samym czasie przez zalane dolne piętra morze będzie nanosić gęsty muł, który pogrzebie i zachowa podziemne galerie handlowe, linie metra i wszystko pod poziomem ulic. Po tysiącu lat żelbetowe pale pod Pudongiem mogą znaleźć się do dwudziestu metrów pod wodą, zagrzebane niczym korzenie nieistniejących drzew, ukryte pod kilkunastometrową warstwą mułu i piasku. Zalasiewicz opisuje wiele interesujących podmorskich transformacji: bezkręgowce żyjące w osadach będą się żywić pozostałościami materii organicznej takimi jak papier i tekstylia; przesiąknięte wodą drewno zacznie się powoli przemieniać w torf. Cegły napęcznieją od wody jak gąbki, by się ostatecznie rozkruszyć. Jednak być może najbardziej zdumiewającą transformację przejdą metale. Niektóre z nich, takie jak miedź i cynk, są rozpuszczalne w wodzie; inne, jak aluminium i tytan, pokryją się ochronną warstwą tlenków, która powstrzyma dalsze reakcje chemiczne. Jeśli chodzi o żelazo z żelbetu, dźwigarów a nawet z takich drobiazgów jak wyrzucone telefony komórkowe, laptopy, spinki do włosów i żyletki, nabierze ono cudownego złotego koloru w wyniku reakcji z obecnymi w osadach siarczanami i zamieni się w piryt, czyli „złoto głupców".

W autobiografii Miracles of Life Ballard opisuje, jak po ataku Japończyków na miasto chodził z ojcem po salach dawnego kasyna.

„Wszędzie w półmroku lśniło złoto" – pisał o pogrążonym w ciszy kasynie zagraconym przewróconymi stołami do ruletki i leżącymi na podłodze żyrandolami – przypominając „jakąś czarodziejską pieczarę z Baśni z tysiąca i jednej nocy". Na tym etapie ciśnienie osadów nie zgniecie jeszcze całkowicie pustych podziemnych przestrzeni naszych pogrzebanych pod wodą miast i chociaż osad wypełni większość z nich, niektóre mogą pozostać nietknięte. W tych ukrytych pod powierzchnią wody kawernach będą się tworzyć piryty i wypełniając puste przestrzenie, stworzą lśniące repliki wszystkiego, co się w nich wcześniej znajdowało. Każdy pozostawiony w nich przedmiot zostanie w podobny sposób wypełniony i pokryty siarczkami. W niektórych wypadkach ostaną się tylko fragmenty, w innych przechowają się całe lśniące komnaty wypełnione fałszywymi skarbami.

Mając w głowie opis fosylizacji miast przedstawiony przez Zalasiewicza, chodziłem po podziemnych galeriach handlowych Szanghaju, przemieszczając się metrem od jednej do drugiej. Większość z nich znajdowała się raptem kilkanaście metrów poniżej ulicy, co jednak i tak oznaczało, że były znacznie poniżej poziomu morza. Te większe zanurzały się w ziemię na kilka pięter. Każda bez wyjątku tętniła życiem i była pełna ludzi. Można w nich było kupić wszystko, od peruk po markowe zegarki. Wzdłuż poprowadzonych łukiem, ciągnących się bulwarów stały outlety oferujące towary z górnej półki; sklepy sprzedające podróbki różnych marek ustawiono w funkcjonalne sektory, ale od wszystkich bez wyjątku bił blask, jakby już zostały pokryte pirytem. Jasne światło i kojąca muzyka miały na celu, jak się zdaje, odwrócić uwagę kupujących od tego, że postanowili spędzić mnóstwo czasu pod ziemią. Pod nogami czuło się solidne marmurowe posadzki, ja jednak ciągle miałem w głowie oddzielające mnie od mocnego skalnego podłoża setki metrów miękkiej gliny i piasku. Przyglądałem się bilbordom z modelkami o promiennych uśmiechach reklamującymi najnowszą modę i zastanawiałem się, czyja twarz będzie jako ostatnia uśmiechać się do pustych galerii. Pod koniec dnia zaczął padać rzęsisty deszcz i wypłynąłem na najniższej kondygnacji centrum handlowego Super Brand Mall w Pudongu, dwa piętra poniżej poziomu ulicy. Stojąc na dole ogromnego, sklepionego atrium, widziałem dziesięć górujących nad moją głową pięter wypełnionych błyszczącymi okazjami czekającymi na klientów. Mijały mnie roześmiane pary i rodzice z marudzącymi pociechami, a ja, przyglądając się wszystkim ludziom pochłoniętym szałem zakupów, próbowałem wyobrazić sobie głęboką przyszłość tego miejsca, gdy już się wyludni i zapadnie w nim cisza, a ogromne atrium zaczną powoli wypełniać osady.

DOSTĘP PREMIUM