Postmodernizm i mistyfikacja, czyli Bob Dylan na ekranie

Bob Dylan nigdy nie dawał się łatwo zaszufladkować, a reżyserzy, którzy postanowili o nim opowiedzieć, zdają się to doskonale rozumieć. W przeciwieństwie do większości filmów o znanych muzykach te o Dylanie wymykają się popularnym szablonom. Np. w dokumencie Martina Scorsese część opowiedzianej historii została... zmyślona.

"Rough and Rowdy Ways", wydany w czerwcu i znakomicie przyjęty najnowszy album obecnego na scenie od sześciu dekad Boba Dylana, to dobra okazja, żeby przyjrzeć się związkom legendarnego artysty z kinem. 

Jego utwory możemy pamiętać z wielu filmów. Zdania co do tego, czy "Watchmen" Zacka Snydera to udana adaptacja komiksu Alana Moore'a, są podzielone, ale wszyscy są zgodni, że scena otwierająca film do dźwięków "Times They Are A Changin" jest kapitalna. Dylan w filmie Snydera powraca jeszcze dwa razy, zresztą dużo nawiązań do jego twórczości jest w komiksowym pierwowzorze.

Polub podcast "Projekcje" na Facebooku!

Twórczość Dylana będzie się też już zawsze kojarzyła z otwarciem kultowego filmu braci Cohen "Big Lebowski", w którym wykorzystano "The Man In Me". Cohenowie umieścili też postać i muzykę Dylana w mniej popularnym, ale również znakomitym "Inside Llewyn Davis". 

 

Za "Times Have Changed", piosenkę do filmu "Cudowni Chłopcy", Dylan dostał w 2000 roku Oscara.

Do słynnego westernu "Pat Garrett i Billy Kid" Sama Peckinpaha z 1973 Dylan napisał muzykę ze słynnym "Knocking On Heaven's Door" na czele. Zagrał też jedną z ról drugoplanowych. Jego bohater zapytany o imię przedstawia się "Alias". - Alias co? - dopytuje kowboj. - Alias cokolwiek chcecie - odpowiada.

Ta wymiana zdań jest charakterystyczna dla samego Dylana, który wielokrotnie demonstrował swoją niechęć do tłumaczenia się i bycia definiowanym.

Muzyk rzadko udziela wywiadów, a na konferencjach prasowych nie ułatwia życia dziennikarzom. Podczas wywiadu dla "The Rolling Stone", przy okazji wydania albumu "Tempest" z 2012 roku, Dylan pytany o coś z przeszłości odpowiada: "Zadajesz te pytania komuś, kto już dawno nie żyje. Zadajesz je komuś, kto już nie istnieje".

Artysta konsekwentnie postępuje wbrew oczekiwaniom - od wolt stylistycznych i wizerunkowych począwszy, a na specyficznej reakcji na nagrodę Nobla skończywszy.

Wspomnienia fikcyjnego senatora

Jak opowiedzieć o człowieku - bo w tym tekście skupię się na filmach o Dylanie - który nie lubi opowiadać sam o sobie i którego nazwisko często występuje w sąsiedztwie słów takich jak "enigma", "legenda" i "mit"? 

W dwóch najciekawszych przypadkach twórcy postanowili ukazać nie tyle prawdę na temat faktów z biografii artysty, ile pokazać - za pośrednictwem formy - osobowość Dylana, powstające wokół niego mity i oczekiwania czy jego spojrzenie na kwestie takie jak tożsamość.

Być może uzyskany efekt jest na swój sposób prawdziwszy niż w przypadku sztampowych laurek, które nakręcono na temat innych gwiazd muzyki.

Najnowszy przykład to dokument "Rolling Thunder Revue: Opowieść o Bobie Dylanie od Martina Scorsese" z 2019 roku, który mogliśmy oglądać na Netflksie. Część opowiedzianej w nim historii została... zmyślona. 

Dokument przedstawia trasę koncertową z lat 1975-76, czyli z okresu, w którym Dylan wydał znakomite "Blood On The Tracks" ("klasyka złamanego serca", jak zauważył Hank Moody z serialu "Californication"), "The Basement Tapes" i "Desire". 

Nawet historia genezy nazwy tournée ma kilka wersji. Jedna z nich mówi, że to aluzja do nazwiska indiańskiego szamana, inna, że aluzja do bombardowań Kambodży. Podobno sformułowanie 'rolling thunder' w jednym z języków Indian oznacza 'mówić prawdę', co - znowu podobno - spodobało się Dylanowi. 

Pomysł na tournee był niezwykle interesujący od strony artystycznej, ale oznaczał niestety klapę finansową. Muzycy podróżowali kamperami, koncerty odbywały się w klubach o wiele mniejszych niż te, które bez trudu zapełniłaby gwiazda formatu Dylana. Po drodze spontanicznie do wykonawców dołączały postacie takie jak Patti Smith, Allen Ginsberg czy Joni Mitchell - wszyscy zresztą pojawiają się w trwającym blisko dwie i pół godziny dokumencie Scorsese.

Bardzo dużo miejsca poświęcono nagraniom z koncertów. Ogląda się to świetnie, bo Dylan był wtedy w szczytowej formie, muzycy byli ze sobą fantastycznie zgrani. 

Istotne jest też społeczno-polityczne tło Ameryki tamtych czasów. Oglądamy, jak Dylan odwiedza w więzieniu boksera Rubina "Huragana" Cartera, o którego uwolnienie zabiegał i którego historię opisał w otwierającym "Desire" przeboju "Hurricane".

Afroamerykanin został skazany za zabójstwo na podstawie poszlak oraz niepewnych zeznań. Dekadę później sąd stwierdził, że akt oskarżenia był oparty na przesłankach rasistowskich.

Ciekawy jest też wątek kongresmena Jacka Tannera. Opowiada, jak na koncert Dylana zabrał go sam Jimmy Carter. Wspomina, jak rozdarty czuł się między starszym pokoleniem, które Dylana uważało za wroga, oraz tym młodszym, które traktowało go jako swojego rzecznika.

Dowcip polega na tym, że Jack Tanner... nigdy nie istniał. Został wymyślony na potrzeby dokumentu, gra go aktor, którego twarz wklejono na archiwalne zdjęcia. 

Wymyślonych postaci i zdarzeń jest w dokumencie twórcy "Taksówkarza" dużo więcej. Sharon Stone opowiada zabawną anegdotę o tym, jak jako nastolatka wybrała się na koncert Dylana, a ten nabrał ją, że napisał "Just Like A Woman" specjalnie dla niej, co w całości jest bujdą. Nieprawdą jest też, że Dylan wybrał się na koncert Kiss i to zainspirowało go do malowania twarzy na biało. 

Przykłady można mnożyć. W żadnym momencie nie jesteśmy informowani, kiedy mamy do czynienia z fikcją. Nie dowiemy się tego z materiałów promocyjnych, z większości recenzji ani od samych twórców. Po co więc tak zmyślać? 

Na samym początku filmu Dylan pytany o to, jaka była idea tej trasy, przez chwilę stara się ją streścić i nagle przerywa. - Pieprzę bez ładu i składu. O nic tam nie chodziło. To jest po prostu coś, co wydarzyło się 40 lat temu. Taka jest prawda. Nic na ten temat nie pamiętam. To było tak dawno, że nie było mnie jeszcze na świecie - stwierdza muzyk. Dziennikarz namawia go, żeby jednak coś opowiedział - i historia rusza dalej. 

W innym fragmencie filmu Dylan rzuca "W życiu nie chodzi o to, żeby odnaleźć siebie czy odnaleźć cokolwiek. Chodzi o to, żeby kreować samego siebie".

Brzmi w tym momencie trochę jak filozofowie postmodernizmu, którzy sprzeciwiali się esencjonalnemu pojmowaniu tożsamości. Mówili raczej o jej samoprojektowaniu, swobodnej kreacji, o tożsamości fragmentarycznej, niejednoznacznej, rozproszonej. Spójną wizję "ja" konfrontowali z wizją podmiotu niestałego, funkcjonującego w zmiennej, wieloznacznej rzeczywistości.

Cate Blanchett z karabinem maszynowym

Żeby opowiedzieć o Dylanie, właśnie po postmodernistyczne środki wyrazu sięga Todd Haynes w "I’m Not There. Gdzie indziej jestem" z 2007 roku. Film podzielony jest na sześć segmentów. W każdym z nich główną rolę gra ktoś inny i wciela się nie tyle w samego Boba Dylana, ile w element jego legendy. 

Ben Whishaw portretuje Dylana jako Arthura Rimbauda, poetę, który inspirował muzyka. Richard Gere pokazuje Dylana jako Billy The Kida, kolejną inspirację dla twórczości Dylana. 

Marcus Carl Franklin to Bob Dylan jako folkowy muzyk Woody Guthrie, mistrz Dylana. Przemierza Stany na gapę pociągiem z nieodłączną gitarą w futerale z napisem "ta maszyna zabija faszystów". Tylko że u Haynesa w tym segmencie filmu Dylan/Guthrie jest dzieckiem. 

Christian Bale to fantazja na temat Dylana - gniewnego piosenkarza folk tworzącego protest songi. Bale ma też w filmie drugą wersję - jest Dylanem, który odnalazł Jezusa i śpiewa religijne pieśni. Jest też Dylan - gwiazda rocka w wykonaniu Heatha Ledgera. Cate Blanchett wciela się w Dylana, który szokuje fanów porzuceniem folku na rzecz elektrycznego brzmienia. W filmie odtworzono słynny koncert na Newport Folk Festival, ale Blanchett zamiast gitary ma karabin maszynowy. 

Film cechuje się charakterystyczną dla postmodernizmu grą konwencjami, mnogością perspektyw, mieszaniem fikcji z faktami, nielinearnym tokiem opowiadania i nieustannym cytowaniem innych dzieł. 

 

Każdy segment opowiedziany jest w innym stylu i konwencji. Żeby je odtworzyć, operator Edward Lachman na potrzeby poszczególnych części wynajdywał odpowiednie kamery i obiektywy. 

W segmencie z Blanchett Haynes cytuje Felliniego i Bergmana. W innych częściach filmu doszukiwano się nawiązań do Godarda, Peckinpaha czy Hala Ashby'ego. 

Do filmu powstał dwupłytowy soundtrack wypełniony utworami Dylana coverowanymi przez innych twórców (Sonic Youth, Stephen Malkmus, Cat Power, Yo La Tengo, Karen O, Antony and the Johnsons...).

W moim prywatnym rankingu ulubionych filmów o muzyce film Haynesa jest na samym szczycie razem z "24 H Party People" Winterbottoma. Widzowie, którzy liczyli, że oglądając "I’m Not There", poznają biografię muzyka, mogli się jednak poczuć zawiedzeni. 

Być może ucieszą się za to, że powstaje nowy film biograficzny o Dylanie. Wygląda na to, że tym razem historia będzie opowiedziana po bożemu, bo wyreżyseruje ją James Mangold, autor filmu o Johnnym Cashu. W roli głównej wystąpi Timothée Chalamet, co wydaje się strzałem w dziesiątkę.

Zdaje się, że sam Dylan ostatnio bardziej skłania się ku bardziej standardowej narracji na swój temat. "I Contain Multitudes" (składam się z mnogości) deklaruje na samym początku swojego najnowszego albumu. W opowieści o sobie porównuje się do Indiany Jonesa, Anny Frank, Stonesów i wielu innych fikcyjnych i autentycznych postaci. Jak zauważa autor recenzji "Rough and Rowdy Ways" dla serwisu pitchfork.com, "to rzadki przypadek albumu, na którym Dylan prosi, żeby publiczność go zrozumiała i wychodzi jej naprzeciw".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM