"Mulan" a sprawa chińska. Jak Hollywood kręci filmy "pod Chiny"

W czasach, gdy hollywoodzkie studia filmowe zarabiają głównie na kosztownych superprodukcjach, powodzenie tego modelu biznesowego zależy w dużej mierze od tego, czy dany obraz odniesie sukces w Chinach. Albo czy w ogóle wejdzie na chińskie ekrany. Agnieszka Lichnerowicz rozmawiała o tym w "Światopodglądzie" z Jakubem Majmurkiem.
Zobacz wideo

Gdy na początku września na ekrany kin wchodziła aktorska wersja disneyowskiego hitu "Mulan", hasztag #BoycottMulan znów zyskiwał na popularności. Wokół filmu przez wiele miesięcy narosło mnóstwo kontrowersji - począwszy od wypowiedzi grającej główną rolę Yifei Liu, która w czasie protestów w Hongkongu stanęła po stronie Chin, a przeciw demonstrantom, a skończywszy na poważnych wątpliwościach dotyczących procesu produkcji obrazu. Okazało się, że film kręcono nie tylko w Nowej Zelandii, ale również w prowincji Sinciang, gdzie prześladowanych i więzionych w obozach koncentracyjnych są setki tysięcy Ujgurów. W napisach końcowych pojawiły się jednak podziękowania dla władz tego regionu. I wreszcie producenci mieli nawet konsultować scenariusz z chińskimi cenzorami - by zapewnić "Mulan" obecność na ekranach kin Państwa Środka.

Jakub Majmurek, krytyk filmowy i dziennikarz "Tygodnika Powszechnego", tłumaczył w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz zasady działania tego mechanizmu. Zakłada on, że to właśnie Chiny są dla Hollywood bardzo ważnym rynkiem dystrybucyjnym. - Studia zarabiają na superprodukcjach, bardzo kosztownych. Powodzenie tego modelu biznesowego zależy w dużej mierze od tego, czy danemu filmowi uda się wejść na rynek chiński i odnieść na nim sukces - mówił gość "Światopodglądu".

A może posłuchasz? Ten podcast, podobnie jak wszystkie inne w TOK FM, czekają - wystarczy 1 zł

A pojawienie się w chińskich kinach związane jest z przejściem przez niejasny system cenzury, który blokuje np. filmy o Tybecie czy obrazy pozytywnie przedstawiające ruch religijny Falun Gong. - Niespecjalnie mile widziane są filmy o duchach, bo uznawane są za szerzenie przesądów. Niespecjalnie mile są widziane także filmy pokazujące w negatywnym świetle Chińczyków, np. jako antagonistę głównego bohatera - wyliczał dalej Majmurek. Przypomniał, że przed laty słynny reżyser Oliver Stone (m.in. "Pluton") chciał w Chinach nakręcić film o Mao Zedongu, ale nie uzyskał na to zgody. 

Nie obrażajmy Chińczyków

Okazuje się jednak, że sytuacja ta nie jest jednostkowa, a hollywoodzcy producenci bardzo poważnie biorą pod uwagę decyzję, jaką usłyszą od chińskich władz. - To jest być może najbardziej paradoksalne, że studia już zaczynają myśleć w ten sposób - samocenzorują filmy przeznaczone na rynek chiński - przyznał gość Agnieszki Lichnerowicz. I podał bardzo wymowny przykład - film "Czerwony świt", remake klasycznego kina z lat 80., w którym ZSRR dokonuje udanej inwazji na USA, a grupa uczniów liceum organizuje partyzantkę. - W 2012 roku pisano wersję, wedle której to Chińczycy najeżdżają USA za niezapłacone długi. W postprodukcji studio stwierdziło, że film może wywołać kłopoty i że to nie jest dobry pomysł, żeby Chińczyków zrażać - i Chińczyków przerobiono na Koreańczyków z Północy - relacjonował.

A że o zrażenie łatwo pokazywać może przykład filmu "World War Z", którego nie wpuszczono na chińskie ekrany prawdopodobnie ze względu na grającego główną rolę Brada Pitta. Aktor miał znaleźć się na czarnej liście ze względu na udział w filmie "7 lat w Tybecie". Z drugiej strony - reżyser tego obrazu, Jean-Jacques Annaud już po jego premierze pracował w Chinach. Wcześniej miał się jednak pokajać się za udział przy projekcie na temat Tybetu. Wśród niemile widzianych gwiazd jest w Chinach także Richard Gere - ze względu na zaangażowanie w sprawy Tybetu i przyjaźń z Dalajlamą.

2 amerykańskie do 8 chińskich

Jakub Majmurek zwracał uwagę, że Amerykanie mają o co walczyć - filmy, które w Chinach odnoszą sukces, przynoszą hollywoodzkim producentom setki milionów dolarów zysków. Sytuacja dla amerykańskiego kina komplikuje się jednak o tyle, że filmowcy z Państwa Środka coraz lepiej radzą sobie z robieniem dobrego rozrywkowego kina. Takiego, jakiego bardzo łaknęło chińskie społeczeństwo w pierwszej połowie lat 90.

Efekt jest taki, że w zestawieniu najczęściej oglądanych filmów 2019 roku w pierwszej dziesiątce są tylko dwie amerykańskie produkcje - kolejna część "Szybkich i wściekłych" na miejscu 10. i światowy hit "Avengers. Koniec gry" na miejscu 3. Pozostałych osiem to produkcje chińskie. 

DOSTĘP PREMIUM