Cyberpunk jest obecny w kinie od niemal 40 lat. Czy ma przed sobą przyszłość?

Od "Blade Runnera" do "Blade Runnera 2049". Co cyberpunk wniósł do świata filmu i na ile dystopijne opowieść spod znaku "high tech - low life" nadal rezonują z duchem czasów?

Cyberpunk jest opowieścią nie tyle o przyszłości, co o jej braku. “No future” to przecież bardzo punkowe hasło. “Przyszłość jest teraz, tylko nierówno rozłożona” - stwierdził William Gibson, autor “Neuromancera” - klasycznej cyberpunkowej powieści z 1984 roku.

Ten cytat pokazuje charakterystyczną dla cyberpunka niewiarę w to, że przyszłość oznacza postęp rozumiany jako polepszenie warunków życia jak największej liczby ludzi. Nadzieję na postęp często pokłada się w technologii, ale w cyberpunkowej dystopii najczęściej służy ona nielicznym, najbogatszym, a wymierzona jest przeciwko większości.

Ani długo, ani pomyślnie

Żeby zrozumieć czym jest cyberpunk można przyjrzeć się jego przeciwieństwu. W obrębie science-fiction byłby nim popularny “Star Trek”. Przyszłość maluje się w nim w bardzo jasnych barwach. Dzięki rozwojowi nauki pozbyliśmy się chorób, głodu i nietolerancji. Wartość i godność osób nie zależy od ich pracy, hierarchia społeczna nie opiera się na dominacji, wyzysku i uprzedmiotowieniu. Problemy Ziemian zostały rozwiązane, a załoga Enterprise “śmiało kroczy tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek”, żeby poprawiać los mieszkańców kolejnych planet.

Tymczasem wielu z nas dziś na słynne pozdrowienie wolkańskie “żyj długo i pomyślnie” odpowiedziałoby prawdopodobnie “dzięki Spock, ale nie zanosi się na to”. O ile łatwo obecnie trafić na opinię, że żyjemy w cyberpunku czy w Matrixie, to raczej mało komu rzeczywistość kojarzy się ze Star Trekiem.

Większość filmów ważnych dla cyberpunka nie jest w stu procentach cyberpunkowa, zawiera po prostu część elementów, które składają się na dość rozmytą definicję tej odnogi science-fiction.

Film, który zawiera najwięcej charakterystycznych dla cyberpunku motywów, należy niestety jednocześnie do najmniej udanych w ramach całego nurtu. W Johnnym Mnemonicu (1995) mamy dystopijną przyszłość pod hasłem “high tech - low life” na którą składa się wysoka przestępczość, ogromne rozwarstwienie ekonomiczne, złowieszcze, potężniejsze od rządów korporacje i postęp technologiczny, który nie jest tożsamy z postępem społeczeństwa. Nowinki technologiczne służą głównie wąskiej grupce najbogatszych, a reszta żyje w rynsztoku i musi sobie jakoś radzić. Jest też modelowy dla cyberpunka bohater - wyalienowany haker, zgorzkniały indywidualista. W roli głównej wystąpił najbardziej cyberpunkowy aktor, czyli Keanu Reeves. Literackim pierwowzorem jest z kolei opowiadanie najbardziej cyberpunkowego z pisarzy - wspomnianego na początku Williama Gibsona. 

Film padł ofiarą konfliktu między twórcami i producentami. Pierwsi chcieli krótkometrażowy arthouse, drudzy kino akcji. Wyszło 12% na Rotten Tomatoes.

Androidy śnią o minimum empatii

Ważnym aspektem fabuły Mnemonica jest internet - i właśnie tego elementu do pełniej “ceberpunkowości” zabrakło pierwszemu ważnemu dla cyberpunku filmowi, czyli kultowemu “Łowcy androidów” Ridleya Scotta z 1982 roku bazującemu na opowiadaniu Phillipa K. Dicka "Czy androidy śnią o elektronicznych owcach". Film zachwyca warstwą wizualną, która do dziś jest utożsamiana z cyberpunkiem i sama w sobie stanowi komentarz społeczny. Ściany wieżowców wyświetlają gigantyczne, wszechobecne reklamy. (Co ciekawe, prognoza, że w 2019 reklamy będą wszechobecne oczywiście sprawdziła się, twórcy nie przewidzieli jednak czegoś tak złowieszczo precyzyjnego jak reklamy w mediach społecznościowych. Nakręcony już w czasach Facebooka “Blade Runner 2049 konsekwentnie” kontynuował pokazywanie gigantycznych reklam outdoorowych, ale tym razem już spersonalizowanych).

Podczas gdy większość ludzi gnieździ się w niebezpiecznych slumsach, CEO korporacji Tyrell mieszka w potężnej budowli stylizowanej na mezopotamskie zigguraty. Kursujący między tymi dwoma skrajnie rożnymi światami latającym radiowozem łowca androidów wygląda jak detektyw wyjęty z filmów noir. Nieprzypadkowo - odzwierciedlały przecież one strachy związane z kryzysem ekonomicznym i wzrostem przestępczości. Bohater tamtych czasów był szorstki i cyniczny, motywowany chęcią zysku, niejednoznaczny moralnie.

Również do reaganowskich Stanów lat 80 nie pasował harcerzyk. Likwidacja państwa opiekuńczego, promowanie indywidualizmu i egoizmu wytworzyły klimat, w którym bogartowski bohater miał rację bytu. Lekcję empatii kreowanemu przez Harrisona Forda Rickowi Deckardowi dają tytułowe androidy, które ma likwidować. Traktowane jako niezasługujące na żadne prawa maszyny, wykorzystywane jako siła robocza okazują się - zgodnie z maksymą korporacji, która je stworzyła, aby potem bezlitośnie zabić - “bardziej ludzcy niż ludzie”. Końcowy monolog autorstwa Rutgera Hauera to klasyka kina.

Nastrój filmu bardzo dobrze oddaje soundtrack, który łączy melancholijny jazz z futurystyczną (wtedy) elektroniką. 

Z “Łowcą androidów” jest trochę jak z “Parkiem Jurajskim”. Dinozaury Spielberga wyglądają prawdziwiej niż te zaprezentowane w kontynuacjach powstałych ponad 20 lat później. Podobnie rzecz się ma ze światem z filmu Scotta - stworzono go z taką wirtuozerią, dbałością i kreatywnością, że trudno uwierzyć ile lat temu powstał.

Przeciw machinie

Amerykańskie kino science- fiction z lat 80-tych  z ambicjami do komentowania rzeczywistości to nie tylko “Blade Runner”. W kraju, w którym funkcjonują prywatne więzienia, oddziały policji przypominają często wojsko i co jakiś czas wybuchają protesty wywołane policyjną przemocą nadal aktualne są problemy poruszane w "RoboCopie". Film Paula Verhoevena to satyra na system, w którym policjanci sprowadzani są do roli maszyn na usługach korporacji. RoboCop to też satyra na ogłupiające odbiorców media, których rola ogranicza się do wtłaczania do głów prymitywnych reklam i powierzchownego opisu rzeczywistości. 

Jeszcze wnikliwiej wpływowi środków masowego przekazu na społeczeństwo przyglądał się David Cronenberg w “Videodrome” z 1983 roku. Zrobił to w swoim bodyhorrorowym stylu - ciało miesza się z maszyną, a rzeczywistość z fikcją. Ta druga zresztą przestaje być fikcją i staje się nową rzeczywistością i nowym ciałem. Sprzężenie człowieka z telewizją (“nową siatkówką oka”) pogłębia paranoje i wyzwala najgorsze instynkty. To było 21 lat przed powstaniem Facebooka.

Elementy body horroru, nawet całkiem spore, znajdziemy też w “Akirze” Katsuhiro Ôtomo z 1988 roku. Tutaj motywy cyberpunkowe odnoszą się do historii Japonii po drugiej wojnie światowej. Trauma po atakach nuklearnych miesza się ze strachem przed utratą własnej tożsamości w dobie drapieżnego kapitalizmu i technologicznego przyspieszenia. 

Kino nie przestało czerpać z cyberpunkowych inspiracji również w latach 90-tych. Temat brutalności policji, tym razem z mocno wyeksponowanym wątkiem rasizmu, a także świata wirtualnego coraz bardziej wkraczającego w rzeczywistość podjęła Kathryn Biegelow w “Strangee Days” z 1995 roku. Film ma gwiazdorską obsadę, a Juliette Lewis śpiewa w nim świetny cover "Hardly wait" PJ Havey. Problem wymiaru sprawiedliwości, który wspierany technologią przestaje działać tak, jakbyśmy sobie tego życzyli wraca też w “Raporcie mniejszości” Spielberga z 2002 roku.

Co nie znaczy, że Cyberpunk da się zamknąć w kalce kina społecznego. “Ghost in the shell” - anime w reżyserii Mamoru Oshii z 1995 roku postanowiło zmierzyć się odwiecznymi filozoficznymi kwestiami. Postęp technologiczny w świecie, w którym żyje główna bohaterka Matoko Kusanagi, sprawił, że stare pytania trzeba sobie zadać na nowo. Kusanagi, której ciało jest cybernetyczne, przechodzi kryzys egzystencjalny, kiedy okazuje się, że ludzki mózg można “zhakować”. W sytuacji, w której wspomnienia z całego życia da się wymazać i zastąpić innymi, słynna maksyma “myślę, więc jestem” staje się bardzo łatwa do podważenia. Skoro nie jestem swoim ciałem ani swoim umysłem, to kim jestem? Czy “duch w pancerzu” istnieje? Czy nie przykładamy za dużej wagi do swojej tożsamości, odrębności, wyjątkowości jako gatunku? Mało który film zadaje takie pytania i chyba żaden nie ma takiej konkluzji jak “Ghost in the shell”. Odradzam za to remake ze Scarlett Johanson - nie tyle spłyca temat pierwowzoru, co wręcz go porzuca.

Obudź się, Neo

O “Matrixie”, najsłynniejszym filmie, który powszechnie uważa się cyberpunkowy, trudno napisać cokolwiek nowego. Nadal świetnie się go ogląda, popkultura nadal chętnie się do niego odwołuje (niestety “czerwona pigułka” zrobiła też niemałą karierę u alternatywnej prawicy). To pomnik rebelianckiej popkultury lat 90 i ciekawy dialog z ówczesnym przekonaniu o końcu historii. “Matrix” zachęca do zdemaskowania mechanizmów rzeczywistości traktowanej często jako domyślna i wolna od ideologii, namawia do odrzucenia losu, który zamienia nas w bezwolne trybiki. 

Ostatni naprawdę istotny film cyberpunkowy to “Blade Runner 2049” z 2017 roku. Denis Villeneuve dokonał niemożliwego i stworzył dzieło, które nie ustępuje filmowi Scotta. Podobnie jak pierwszy “Blade Runner” jest olśniewający wizualnie - Roger Deakins dostał za ten film pierwszego w swojej karierze Oscara. Historia oficera K, który poszukuje prawdy na temat swojej tożsamości oraz nieludzkich zasad, które rządzą społeczeństwem i trzymają je w ryzach, dopełnia historię z pierwszego filmu i dobudowuje do niej nowe wątki. Co ciekawe filmowi, którego świat zdążył się zestarzeć ( w 2049 roku nadal nie ma smartfonów), udało się dotknąć współczesnych problemów. Jest w nim mowa o nierównościach i napięciach społecznych, można się doszukać nawiązań do katastrofy klimatycznej. 

Starzejąca się przyszłość

Tylko czy cyberpunk nadal może być aktualny?  Czy ma przyszłość? Nastolatki protestujące dziś w obronie klimatu mogą docenić trafność cyberpunkowych diagnoz, ale co z receptą? Cyberpunk nie oferuje odpowiedzi, jak ratować świat, często nie próbuje nawet sugerować, że to możliwe. Czy wyalienowany bohater przyjmie się w czasach, które wymagają kolektywnego działania?

Cyberpunkowy bohater, nawet jeżeli działała w grupie, to sukces jest głównie jego zasługą bo często ma nadludzkie moce albo arcymistrzowskie zdolności hakerskie. Oficer K z “Blade Runnera 2049” nie dołącza do kiełkującej rewolucji, działa w pojedynkę. Neo z "Matrixa" albo Alex Murphy z "RoboCopa" odczytywani są jako alegorie mesjasza. Ten aspekt cyberpunka wydaje się niezmienny. Inaczej sprawy mają się np. w nie cyberpunkowych, ale również dystopijnych “Igrzyskach Śmierci”. Jak zauważa autor vloga Just Write, w tej popularnej właśnie wśród młodszej widowni serii główna bohaterka jest tylko jedną z wielu osób buntujących się przeciw rzeczywistości i walczących o jej zmianę, a sukces jest zasługą kolektywnego działania.

DOSTĘP PREMIUM