Zofia Wichłacz: Wytrzymałam tylko pół roku w Akademii Teatralnej. Czuję, że musimy teraz mówić głośno o tym, co się dzieje

- Zanim poszłam do szkoły artystycznej, słyszałam, że to ciężkie studia, że studenci są poddawani różnym wyzwaniom. Ale nie spodziewałam się takich nadużyć w wielu formach - przyznała w TOK FM aktorka Zofia Wichłacz.
Zobacz wideo

Zofia Wichłacz w mediach społecznościowych opisała swoje doświadczenia z czasów studiów na Akademii Teatralnej w Warszawie. Z uczelni odeszła już po pierwszym semestrze. Jak wspominała, "była świadkiem wielu sytuacji poniżania, nękania, a nawet molestowania studentów".

"Czułam, że z każdym tygodniem, miesiącem spędzonym w tej instytucji zamykam się bardziej, staję się bardziej lękliwa, wycofana, przerażona. Rozwinęły się u mnie mocno zaburzenia odżywiania. Miałam stany lękowe, depresyjne i wiedziałam, że muszę się ratować, że zdrowie psychiczne jest ważniejsze niż dyplom czy skończone studia" - napisała aktorka.

Podkreśliła też, że jej odejście było "cichym sprzeciwem", a odchodząc z tej "przemocowej instytucji", walczyła o siebie. 

Zofia Wichłacz w rozmowie z Mikołajem Lizutem przyznała, że o tego typu sprawach powinno się mówić głośno. Jak dodała, do publicznego wyznania jej historii skłonił ją krok Anny Paligi, absolwentki Szkoły Filmowej w Łodzi, która też publicznie zarzuciła uczelni przemoc i mobbing wobec studentów. 

- Wytrzymałam w Akademii Teatralnej tylko pół roku, bo zawsze byłam osobą, która wiedziała, że dbanie o siebie, rozwijanie się w strefie komfortu i poczucia bezpieczeństwa jest bardzo ważne - powiedziała Wichłacz, która za rolę w filmie "Miasto 44" otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej na Festiwalu Filmowym w Gdyni.

Aktorka przyznała, że zanim poszła do szkoły teatralnej, słyszała, że to ciężkie studia, że studenci "są poddawani różnym wyzwaniom". - Ale nie spodziewałam się takich nadużyć w wielu formach - podkreśliła. Dodała też, że nigdy nie żałowała swojej decyzji o odejściu ze szkoły, choć spotkała się z bardzo różnymi reakcjami w tej sprawie.

"Metoda pracy" czy "podcinanie skrzydeł"?

Mikołaj Lizut zwrócił uwagę, że w przypadku ujawniania nadużyć ze strony wykładowców często słychać argumentację, że poniżanie i wykorzystywanie studentów to pewnego rodzaju "metoda pracy", "metoda nauczania". Bo przecież aktorzy w swojej pracy posługują się głównie ciałem i emocjami. Trzeba ich zatem sprawdzić, "trochę przeczołgać", by później panowali nad tymi emocjami lepiej. 

Zofia Wichałcz uważa, że edukacja powinna wyglądać zupełnie inaczej. - Jeżeli spotka nas jakieś nadużycie, które przerodzi się w traumę, i nie będziemy w stanie tego przepracować, to dla naszego umysłu ogromne obciążenie. (...) Zrobimy się zamknięci, bardziej lękliwi. To nam na pewno nie pomoże w czerpaniu z naszych zasobów i narzędzi aktorskich - uważa aktorka wyróżniona w 2017 roku na festiwalu Berlinale tytułem "Europejska Gwiazda Jutra".

Jej zdaniem takie zachowanie wykładowców wobec młodych ludzi oznacza po prostu "podcinanie im skrzydeł". Podkreśliła też, że niektórym bardzo trudno jest się z czegoś takiego otrząsnąć.

- W Polsce ruch #MeToo nie osiągnął jeszcze tak szerokiej skali, jak na przykład w Stanach Zjednoczonych. Może nie nauczyliśmy się dialogu ani tego, by podchodzić do ofiar nadużyć z szacunkiem i w pierwszym odruchu je respektować, a nie podważać to, co mówią - powiedziała Wichłacz.

Przyznała też, że jej zdaniem powinien powstać pewien kodeks dobrych praktyk dotyczący traktowania studentów wydziałów aktorskich. 

DOSTĘP PREMIUM