"James, jesteś seksistowskim, mizoginistycznym dinozaurem". Dlaczego Bond to mistrz kontrowersji?

Piotr Kubica
O tym, że James Bond się zmienia i jest restartowany zgodnie z duchem czasów, słyszymy od lat 90. Na ile to się udaje, a na ile agent 007 pozostaje sobą? Jak będzie w najnowszej odsłonie "Nie czas umierać"?

Chociaż przygody Jamesa Bonda to raczej eskapistyczna rozrywka bez pretensji do komentowania rzeczywistości, to świat polityki i agenta 007 przenikają się w ciekawy sposób. Polscy widzowie mogą mieć w pamięci choćby kampanię wyborczą do europarlamentu polityka Konfederacji Dominika Sośnierza. Na plakatach wyborczych pozował z pistoletem, wystylizowany na Bonda i z hasłem "Twój agent w Parlamencie Europejskim". Bond imponuje oczywiście nie tylko Sośnierzowi, jego wielkim fanem był np. Ronald Reagan. W jednym z wystąpień telewizyjnych nazwał go "naszą współczesną wersją wielkich bohaterów" i  "symbolem wartości wolnego świata".  

Co w Bondach ujęło zarówno neoliberalnego prezydenta USA z czasów zimnej wojny, jak i polskiego "wolnościowca"?  Można się domyślać, że chodzi między innymi o walkę z komunizmem, a przynajmniej z tym, co się z nim kojarzy. Chociaż filmowy agent 007 (w odróżnieniu od książkowego) raczej nie zmagał się z Sowietami wprost, to kolejne odsłony jego przygód przesiąknięte były nastrojem bipolarnych geopolitycznych realiów.  

Dobrze znany wróg

Klasyczny wróg agenta 007 może budzić skojarzenia z komunistycznym liderem, a jego organizacja przestępcza przypomina partię, w której nie ma miejsca na indywidualizm. Bondowscy złoczyńcy to charyzmatyczni megalomani, którzy wierzą w centralne planowanie i chcą przemodelować świat według własnego pomysłu. Są wcieleniem plutokracji i biurokracji, a to - jak przypomina historyk kultury Jeremy Black - dla Iana Fleminga, twórcy Bonda, było istotą komunizmu.

Co ciekawe, bondowscy arcyłotrzy do dziś nie odbiegają mocno od tego schematu. Chociaż nowsze bondy biorą na warsztat bardziej współczesne strachy - dezinformację, terroryzm, inwigilację - to nadal często mają powab starego, dobrego konfliktu zimnowojennego. Bond Daniela Craiga wciąż zmaga się przecież z demonicznym Blofeldem, liderem organizacji przestępczej WIDMO. Została ona pomyślana tak, żeby nie kojarzyła się w oczywisty sposób z konkretną ideologią, ale warto przypomnieć, że w filmowych adaptacjach książek Fleminga zastąpiła sowiecką organizację SMERSH.

Ma swoje wady

Bond jest indywidualistą, człowiekiem czynu - podejmuje działania nie tylko wbrew ryzyku, ale też  bardzo często wbrew rozkazom. Trudno więc nazwać agenta 007 bezmyślnym, realizującym wytyczne biurokratą - ma być zaprzeczeniem homo sovieticusa. Z drugiej strony Bond nie jest intelektualistą. Jest bardzo inteligentny, ale swoje atuty wykorzystuje wyłącznie do tego, żeby wykonać zadanie. Ma likwidować przeciwników wolnego świata, a nie analizować jego politykę zagraniczną. Ian Fleming określił go jako "tępy instrument używany przez rząd". W Ameryce Reagana, w której nie przepadano specjalnie za jajogłowymi "trwoniącymi" publiczne pieniądze na akademickie rozważania, taki bohater mógł się więc podobać. 

Kolejnym kontekstem politycznym, w którym analizuje się Bonda, jest brytyjski imperializm. Podczas gdy lista brytyjskich kolonii stopniowo malała, Brytyjczycy mogli na wielkim ekranie oglądać herosa, który uosabia potęgę Zjednoczonego Królestwa. Czasem wychodziło to co najmniej niezręcznie. Zwłaszcza w przypadkach, kiedy mieszkańcy krajów, na których polityka Wielkiej Brytanii odcisnęła krwawe piętno, są przedstawiani w niemal karykaturalny sposób. W niesławnej scenie z "Octopussy" Bond wręcza Hindusowi pieniądze i dodaje "That'll keep you in curry for a few months!".  W popularnych rankingach zestawiających najgorsze przewinienia Bonda jest też udawanie Azjaty w "Żyje się tylko dwa razy". Bond nie sięga po wyrafinowane maski jak bohater "Mission: Impossible". Wystarcza mu peruka, korekta brwi i specyficzne zachowanie. Dzisiaj takie sceny wywołałyby skandal. 

Bond, seksista Bond

Najpopularniejszy zarzut pod adresem bondów dotyczy seksizmu. I są ku temu solidne podstawy - wcześniejsze odsłony z Seanem Connerym i Rogerem Moorem w roli głównej obfitują w niewłaściwe zachowania wobec kobiet - od seksistowskich uwag, przez klepanie po pupie bez pozwolenia, aż do wymuszenia stosunku na Pussy Galore, która w książce Iana Fleminga była opisana jako lesbijka. Autor powieści w swojej korespondencji z fanem ocenił, że Bond ją "uleczył".

O tym, że problem ma karykaturalne wręcz rozmiary, twórcy kolejnych filmów zorientowali się w latach 90. Bond portretowany przez Pierce’a Brosnana musi w "Goldeneye" wysłuchać tyrady M - w tej roli Judi Dench. "Jesteś seksistowskim, mizoginistycznym dinozaurem, reliktem zimnej wojny" - podsumowuje agenta jego przełożona. 

Czy ten przejaw samoświadomości oznacza, że Bond się zmienił? Nie do końca. Cierpkie słowa M brzmią raczej jak reprymenda nauczycielki, która ma obowiązek przywołać do porządku swojego ulubionego ucznia, a nie jak faktyczne potępienie. Twórcy nie poszli drogą radykalnego zmieniania charakteru bohatera - co niekoniecznie musi być zarzutem - wszak wyraziste postaci posiadające wady są ciekawe. Postawiono raczej na zmianę tego, jak portretowane są postacie kobiece. Zyskały więcej sprawczości i przestały być tak bardzo jednowymiarowe. Nawet jeżeli w "Goldeneye" Bond jest nadal Bondem, to sam film nie chce być seksistowski. 

Najnowsze odsłony przygód agenta Jej Królewskiej Mości z Danielem Craigiem w roli głównej promowano jako dalszy krok w stronę "uczłowieczenia" Bonda i zrezygnowania z seksizmu, którym charakteryzowały się wcześniejsze produkcje. Wychodziło różnie. O ewolucji świadczy fakt, że niektóre bond girls nie ulegają przeterminowaniu po jednym filmie i pozostają istotne w kolejnych częściach. Ale zdarzają się też sceny, które wydają się wyjęte wprost z "Octopussy". W entuzjastycznie przyjętym, "dojrzałym" "Skyfall" Bond poznaje kobietę, która w dzieciństwie padła ofiarą handlu ludźmi i nadal jest zależna od swoich oprawców. Liczy, że agent pomoże jej się uwolnić. W następnej scenie Bond zaskakuje ją pod prysznicem. Trudno pojąć, dlaczego scenarzyści zdecydowali się na taki zabieg.

Wchodzący właśnie do polskich kin "Nie czas umierać" poprzedzały kolejne sygnały, że Bond ma się zmienić. Reżyser filmu nazwał go gwałcicielem, a do prac przy scenariuszu zatrudniono Phoebe Waller-Bridge, autorkę uznawanych za feministyczne seriali "Fleabag" i "Killing Eve". Jak wyszło, przekonamy się w kinie. Warto wspomnieć, że tuż przed premierą filmu pojawiły się kontrowersje - skecz promujący produkcję oceniono jako krzywdzący w stosunku do osób z niepełnosprawnościami.

DOSTĘP PREMIUM