"Diuna" to wspaniałe widowisko. Ale ile w nim Franka Herberta?

Piotr Kubica
W kinach można oglądać już jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów ostatnich lat. "Diuna" w reżyserii Denisa Villeneueve'a to ekranizacja pierwszej części słynnej powieści Franka Herberta, która do tej pory cieszyła się opinią niemożliwej do przeniesienia na duży ekran. Czy ten ambitny projekt okazał się sukcesem?
Zobacz wideo

Czy "Diunę", legendarną powieść Franka Herberta, uznawaną za najważniejszą w historii gatunku science fiction, udało się wreszcie z powodzeniem przenieść na duży ekran? 

Z pewnością udało się to, o czym i tak wiadomo było, że się uda, kiedy tylko okazało się, że film wyreżyseruje Denis Villeneuve. W zachwytach recenzentów nie ma przesady, "Diuna" to wspaniały filmowy spektakl. Fenomenalnie sprawdza się oszczędnie zaprojektowana, brutalistyczna scenografia. To samo można powiedzieć o kostiumach.

O filmie pisze się, że nie tyle pokazuje widzowi planetę Arrakis, ale wręcz go na nią przenosi. W dużej mierze za sprawą ścieżki dźwiękowej. Jak to ujął ktoś w internecie, mamy do czynienia z "najbardziej hanszimmerowym soundtrackiem, jaki Hans Zimmer kiedykolwiek wyhanszimmerował". Kompozytor - jak to ma w zwyczaju - podszedł do tematu bardzo inteligentnie. Ciekawą rolę w muzyce do "Diuny" odgrywa np. pulsujący, wytłumiony bit. Podobny do tego, który na pustyniach Arrakis przyciąga gigantyczne, złowrogie czerwie. Muzyka zlewa się z obrazem, pełna immersja.

Zdjęcia są piękne i wysmakowane, chociaż trochę zaskoczyło mnie zatrudnienie Greiga Frasera. Styl australijskiego operatora charakteryzuje się niską intensywnością barw. W efekcie czasem może wydawać się, że na Diunie - planecie piekarniku - jest wręcz chłodno. Kolory nabierają dużo większej intensywności, kiedy na ekranie pojawia się Chani, obiekt uczuć głównego bohatera, więc pewnie w tym kontraście jest metoda. 

Połowa arcydzieła?

Po Denisie Villeneuvie można spodziewać się jednak czegoś więcej niż tylko spektaklu. Mowa o człowieku, który dokonał niemożliwego, kręcąc kontynuację "Łowcy androidów", poziomem artystycznym nie ustępującą oryginałowi. Jest to reżyser, który w swoich filmach pokazuje, jak skomplikowane społeczno-polityczno-kulturowe uwarunkowania odbijają się na życiu ludzi. Uzasadniona była więc nadzieja, że "dźwignie" on intelektualny ładunek prozy Herberta, że uwypukli ponadczasowość zawartych w "Diunie" rozważań. Np. tych dotyczących ekologii, które zyskały przecież na aktualności od czasu premiery książki. 

Ponieważ zekranizowano jednak jedynie połowę powieści, film - w przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru - nie mówi nam raczej nic szczególnie ciekawego na żaden temat. Najważniejsze dla Herberta kwestie nie są dopowiedziane, zgłębione, a raczej ledwie zasygnalizowane. To, co w powieści Herberta tylko zapowiada się banalnie, żeby zagrać z oczekiwaniami czytelnika, w filmie siłą rzeczy pozostaje banalne, bo pozbawione jest puenty. Musimy na nią poczekać do premiery drugiej części filmu, której powstanie na szczęście zdaje się potwierdzać (chociaż nie wprost) wytwórnia.

Chociaż "Diuna" ucięta w połowie traci swój ostateczny wydźwięk, to - co udowodnił swego czasu David Lynch - upakowanie całej opowieści w jednym filmie nie ma prawa się udać.

Dygresje na bok

Dzięki temu, że historia zostaje rozbita na dwie części, Villeneuve ma więcej czasu, żeby wytłumaczyć, jak działa wymyślony przez Herberta świat, nie zamieniając jednocześnie filmu w jedną wielką ekspozycję. Mimo wszystko mam jednak poczucie, że wyjaśnia zbyt mało. Obawiam się, że bez lepszego poznania kluczowych mechanizmów i zależności nie da się naprawdę zrozumieć "Diuny". Nie jestem pewien, czy widzowie, którzy nie czytali książki, będą w stanie wyłapać, np. czym jest słynna "przyprawa", albo dlaczego nikt nie używa komputerów.

Nie znaczy to jednak, że trudno zrozumieć sam film. Opowieść jest klarowna, bo twórcy postanowili skupić się na głównym wątku i głównym bohaterze i nie popadać za mocno w "dygresje". Jako historia młodego protagonisty, który szuka swojego miejsca i roli w świecie, "Diuna" sprawdza się świetnie. 

Perfekcyjnie dobranej obsadzie udało się tchnąć w swoich bohaterów życie. Nie można sobie wymarzyć lepszego Leto Atrydy i Duncana Idaho, a baron Harkonen wreszcie jest groźny. Rebecca Ferguson jako Jessica i Timothée Chalamet jako Paul dźwigają emocjonalny ciężar filmu na swoich barkach. Trochę żal mi widzów, którzy do kina pójdą specjalnie dla Zendayi - na ekranie widzimy ją raptem kilka minut.

DOSTĘP PREMIUM