"Matrix Zmartwychwstania" oferuje tylko jedną pigułkę - gorzką [RECENZJA]

W kinach można już oglądać film "Matrix Zmartwychwstania" - najnowszą odsłonę kultowego cyklu z Keanu Reevesem w roli głównej. Niestety wydaje się, że głównego bohatera przywrócono do życia na próżno.
Zobacz wideo

Oglądanie "Matrixa Zmartwychwstań" było dla mnie najbardziej przykrym kinowym doświadczeniem od czasu seansu filmu "Batman i Robin" w 1997 roku. W obu przypadkach towarzyszyło mi wrażenie, że filmowe seria, która była dla mnie ważna, została zatłuczona na śmierć i wypatroszona na moich oczach.

Od samego początku filmu było wiadomo, że będzie meta. Lana Wachowski często cytuje poprzednie części, umieszcza też liczne nawiązania do statusu, jaki w naszej kulturze zajmuje Matrix. I nie są to niestety subtelne aluzje i mrugnięcia okiem. Nawet wytarta metafora o okładaniu widza łopatą po głowie wydaje się zbyt mało dosadna w tym przypadku. Film chce też komentować fakt, że jest kolejnym sequelem. Ironicznie dystansować się do biznesowej machiny, która monetyzuje każdy świeży pomysł, tworząc jego kolejne, coraz gorsze odsłony. Ten film jakby próbuje się usprawiedliwić przed widzem, że istnieje. Tylko, że nic z tego nie wynika.

Z jednej strony Matrix trochę sam się z siebie śmieje, z drugiej przypomina o swojej istotności i w efekcie staje się czymś w rodzaju eseju na własny temat. W jednej z bardziej groteskowych scen pojawia się monolog w stylu "kiedyś to było", w którym wyrażona jest tęsknota za latami 90-tymi. Jedna z postaci zestawia bunt i zadziorność, które charakteryzowały kulturę tamtej dekady z miałkością pokolenia zniewolonego przez media społecznościowe. I nie wiem, czy to było na serio, czy może chodziło o śmianie się z siebie, czy też z fanów Matrixa.

Film nie robi sobie przysługi pokazując fragmenty pierwszej części, bo przypomnienie kapitalnych kadrów z oryginalnego Matrixa jeszcze bardziej uwypukla marność "Zmartwychwstań". Czwarty Matrix momentami wygląda jak tania telewizja. Scenografia jest nudna i bez pomysłu. Cukierkowe zdjęcia wyglądają jak z reklamy Apartu. 

To, co w przypadku Matrixa może boleć szczególnie, to szokująco słabe sceny akcji. Nie są nawet cieniem tego, co widzieliśmy w poprzednich częściach. 

Kilka ciekawych pomysłów

Jest w tym projekcie kilka ciekawych pomysłów. Np. chęć nadania postaci Trinity większego znaczenia, żeby nie była tylko dodatkiem do głównego bohatera. Ale niestety Trinity nie tyle się emancypuje, co "zostaje wyemancypowana".  Zostaje niejako "spozycjonowana" na kogoś, kto ma więcej podmiotowości, ale widzowi nie jest dane przejść z nią tej zmiany. Głównym bohaterem nadal jest Neo i to z jego perspektywy cała historia jest opowiedziana. 

Trudno mi zidentyfikować, jaki jest główny temat przewodni czwartego Matrixa. Film zdaje się sugerować, że zasługujemy na coś lepszego niż binarny świat, który na siłę wtłacza nas w ciasne role i schematy. I że powinniśmy móc żyć pod "tęczowym niebem". I bardzo dobrze, ale to wszystko zostaje na poziomie deklaracji bez pokrycia w fabule.

Jestem ciekaw, jaki będzie odbiór tego filmu. Możliwe, że widzowie młodsi ode mnie o kilkanaście lat, bo chyba dla nich został nakręcony, dostrzegą tam coś, co mi umknęło. Ja miałem poczucie uczestniczenia w spóźnionym pogrzebie cyberpunku i symbolu popkultury lat 90.

DOSTĘP PREMIUM