"Film, który kopniakiem wyważa drzwi". Opowieść o zakonnicy lesbijce szokuje katolików w Polsce

Po premierze filmu "Benedetta" w Warszawie i Lublinie odbyły się protesty. Ich uczestnicy mieli transparenty, na których można było przeczytać m.in., że film jest "kłamliwym bluźnierstwem". - To opowieść o rewolucjonistce. A skoro tak, to oczekuję również rewolucyjnej formy i pokazywania rzeczy, które dla części widzów okażą się szokujące. Brakuje mi filmów, które wyważają drzwi kopniakiem, a to zdecydowanie jest taki obraz - mówiła w TOK FM krytyczka filmowa Kaja Klimek.
Zobacz wideo

Twórca "Nagiego instynktu" Paul Verhoeven powrócił z biograficznym filmem "Benedetta". To historia żyjącej w XVII wieku zakonnicy, mistyczki i stygmatyczki. Film ukazuje też kulisy romansu Benedetty i innej zakonnicy. Obraz miał swoją premierę na festiwalu w Cannes, gdzie wzbudził zachwyt. Jednak gdy 7 stycznia wszedł do polskich kin, wywołał oburzenie, głównie w środowiskach katolickich.

Ich przedstawiciele - przez media społecznościowe - nawoływali do protestów. "Jutro w Lubelskim Centrum 'Kultury' ma odbyć się seans filmu 'Benedetta', który jest atakiem na naszą Matkę Kościół, Najśw. Maryję Pannę i Pana Jezusa. Publiczny grzech wymaga publicznego ZADOŚĆUCZYNIENIA! Pokażmy nasz sprzeciw wobec finansowania z naszych pieniędzy bluźnierczych dzieł antykultury oraz ofiarujmy Naszej Matce zadośćuczynienie, jakiego domaga się ta zniewaga" - napisała na Facebooku Krucjata Młodych.

Takie protesty odbyły się przed kinami m.in. w Lublinie i Warszawie. Ich uczestnicy mieli transparenty, na których można było przeczytać m.in., że film jest "kłamliwym bluźnierstwem". Do dystrybutora spływają petycje z żądaniami zaprzestania rozpowszechniania "Benedetty".

- To emocjonalna reakcja ludzi, którzy mają określone przekonania religijne - mówiła w TOK FM krytyczka filmowa Kaja Klimek. - Mnie to wcale nie dziwi, bo to, co widzimy w filmie, jest mocne, radykalne, a być może dla niektórych estetycznie zbyt szokujące. Jestem w stanie empatyzować z widzami, którzy mogą poczuć się urażeni tym obrazem - dodała.

Powątpiewała jednak w to, że wszyscy, którzy krzyczą o obrazoburstwie i bluźnierstwie, obejrzeli ten film. - Może warto, by dokonali pewnego eksperymentu i po prostu zobaczyli, o czym to jest. Bo może się okazać, że strach ma wielkie oczy i że ta historia jest czymś więcej, niż się wydaje po przeczytaniu opisu - zauważyła.

Przyznała, że jest tym filmem zachwycona i ma go za "jeden z najlepszych obrazów w ostatnim czasie". - Lubię kino, które przekracza granice, i lubię twórców, którzy są odważni. Uważam, że taki sposób opowiadania historii i obnażania skrywanych przez lata prawd o osobach mocno zaangażowanych w wiarę katolicką jak najbardziej ma rację bytu - powiedziała.

"Otwiera drzwi kopniakiem"

Podkreśliła, że główna bohaterka filmu Benedetta Carlini to autentyczna postać, której biografia została dokładnie przebadana, a dzieło Paula Verhoevena bazuje na pracach historyków. - Benedetta była osobą zbuntowaną, wchodziła w konflikty ze swoimi przełożonymi. Pokazywała, że jej patrzenie na rzeczywistość, na życie klasztorne, na to, co uznaje się za święte, jest radykalnie inne. To rewolucjonistka. A skoro to film o rewolucjonistce, to oczekuję również rewolucyjnej formy i pokazywania rzeczy, które dla części widzów okażą się szokujące. Brakuje mi filmów, które wyważają drzwi kopniakiem, a to zdecydowanie jest taki obraz - stwierdziła.

Przypomniała, że choć Paul Verhoeven lubi szokować - co widzieliśmy choćby w jego "Nagim instynkcie" - to jest też osobą głęboko religijną. - Napisał np. książkę o Jezusie z Nazaretu, więc interesują go takie tematy, jest w nie zaangażowany. W tym filmie po prostu stara się opowiedzieć historię Benedetty w taki sposób, żeby to było bardzo adekwatne do jej życia - tłumaczyła.

Według niej oburzenie, które wywołuje film, jest dla jego twórców dobrą wiadomością. - Bo to zwraca na dzieło uwagę, dzięki czemu może wybierze się na niego ktoś, kto nawet by o nim nie usłyszał. Mam nadzieję, że ta sytuacja tylko przysporzy mu więcej widzów. Takie mam marzenie - podsumowała gościni Marty Perchuć-Burzyńskiej.

DOSTĘP PREMIUM