ABW będzie mogła zmuszać do wyłączania stron internetowych. Ekspert o "ryzyku dla wolności słowa"

Resort spraw wewnętrznych zaproponował uproszczony mechanizm usuwania z internetu treści o charakterze terrorystycznym. - Uprawienia, jakie uzyskuje ABW, mogą być wykorzystywane nie tylko w sytuacjach, kiedy ktoś udostępnia w internecie instrukcję, jak zbudować bombę. Mogą być też wykorzystywane w mniej jednoznacznych sytuacjach - komentował w TOK FM współtwórca fundacji "Panoptykon" Wojciech Klicki.
Zobacz wideo

Szybszy i uproszczony mechanizm usuwania z internetu treści o charakterze terrorystycznym, a także umożliwienie szefowi Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego nałożenia kar pieniężnych na dostawców usług hostingowych, za naruszenia określone w rozporządzeniu unijnym zakłada projekt nowelizacji, który w poniedziałek został opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji.  Najnowsza propozycja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji wynika z rozporządzenia unijnego, które zostało przyjęte w zeszłym roku i nakłada podobny mechanizm na wszystkie państwa członkowskie.

- Jeżeli wyznaczona instytucja w państwie, w naszym wypadku ABW, uzna, że jakaś treść dostępna w Internecie propaguje terroryzm i do niego zachęca, będzie mogła zażądać od hostingodawcy, czyli od właściciela serwera, usunięcia tej treści - wyjaśnił Wojciech Klicki współautor podcastu tokfm.pl "Panoptykon 4.0" i fundacji "Panoptykon".

Pozornie projekt nie budzi żadnych wątpliwości, jednak, jak zwrócił gość rozmówca Adama Ozgi, stwarza on zagrożenia dla wolności słowa.

- O ABW zazwyczaj myślimy w kontekście inwigilacji, ingerencji w naszą prywatność. Jednak nie rozmawiamy tu o ryzyku dla prywatności, a o ryzyku dla wolności słowa - wyjaśnił. Jak podkreślił Klicki, "uprawienia, jakie uzyskuje ABW, mogą być wykorzystywane nie tylko w sytuacjach, kiedy ktoś udostępnia w internecie instrukcję, jak zbudować bombę i zachęca do podłożenia jej w miejscu publicznym". - Mogą być też wykorzystywane w mniej jednoznacznych sytuacjach - dodał ekspert.

Definicja zachęcania do terroryzmu jest szeroka, a definicje bezpieczeństwa i porządku publicznego - jeszcze szersze. Gość TOK FM przestrzegał, że ABW może to wykorzystać przeciwko obywatelowi.  - Na podstawie obowiązujących przepisów, już po wybuchu wojny na Ukrainie, agencja ograniczyła dostęp do portali, które miały szerzyć rosyjską dezinformację. Ale ograniczyła także dostęp do portalu Poufna Rozmowa,  czyli portalu, gdzie opublikowane są maile ze skrzynki ministra Michała Dworczyka - przypomniał.

"Sąd nie będzie mógł zweryfikować, czy zagrożenie było realne"

Projekt nowelizacji przygotowanej przez MSWiA nie przewiduje możliwości odwołania się od decyzji. - Zgodnie z propozycjami, które teraz są na stole, żądanie usunięcia treści dostanie nie ich autor, tylko hostingodawca. Teoretycznie ta informacja powinna w następnie trafić też do autora. Natomiast agencja może opóźnić moment poinformowania autora: najpierw o sześć tygodni, potem o kolejne sześć. A czas leci. I tak np. moment związany z zachęcaniem do demonstracji, bo coś się zadziało, mija - tłumaczył Wojciech Klicki.

Co prawda od decyzji ABW możemy odwołać się do Sądu Administracyjnego. Jednak, jak powiedział współtwórca fundacji "Panoptykon", niewiele nam to da. - Do decyzji szefa ABW nie stosuje się Kodeksu postępowania administracyjnego. Oznacza to, że sąd administracyjny nie będzie miał możliwość jej podważyć. Sąd nie będzie mógł zweryfikować, czy to zagrożenie było realne, czy nie. Sąd pozna tylko datę żądania, formalne uzasadnienie i ta kontrola może się do tego sprowadzić - wyjaśnił współautor podcastu tokfm.pl "Panoptykon 4.0".

DOSTĘP PREMIUM