Uchodźcy z Ukrainy i z Białorusi poznają inną Polskę i o innej Polsce nam opowiadają (materiał partnera)

"O tym, co wiemy i rozumiemy z wydarzeń przy naszej wschodniej granicy, decydują dziś w równym stopniu historie opowiadane przez aktywistów i samych uchodźców oraz obrazy: fotografie, nagrania, czasem rysunki. Bez obrazów nie uwierzymy, bez opowieści - nie pojmiemy sensów" - pisze reporterka Dorota Borodaj. Centrum Kultury Filmowej im. Andrzeja Wajdy i OKO.press zapraszają na wystawę zdjęć Agaty Kubis oraz debatę o różnych sposobach dokumentowania prawdy.

Zmiana perspektywy – Tekst Doroty Borodaj

Siedmioletnia Lida przeszła przez Puszczę Białowieską, po przepchnięciu na białoruską stronę utknęła z bliskimi w obozie tymczasowym w Bruzgach. Teraz znów jest w Kurdystanie i nie chce rozmawiać z polskim reporterem, który pojechał jej śladem. Pamięta ludzi w mundurach, z twarzami wykrzywionymi ze złości, jak krzyczeli do niej po polsku. Siedmioletni Wołodia uciekł spod bomb w pierwszych dniach ataku Rosji na całą Ukrainę. Wjechał przez otwartą na oścież polską granicę, niemal prosto do szpitala, by walczyć dzielnie z nowotworem. Jego matka wie, że Wołodia słysząc nad głową język polski, zasypia spokojnie. Dzieją się w Polsce dwie historie. Jedna z nich od blisko roku toczy się w polsko-białoruskich lasach. Te lasy długo będą śnić się kurdyjskim i syryjskim matkom, afgańskim mężczyznom, kongijskim nastolatkom. Druga historia dzieje się na przejściach granicznych z Ukrainą. Tam przyjmuje się uchodźców ciepła herbatą.

Od września 2021 roku polsko-białoruska granica jest polem walki. Walczą Kurdowie, Irakijczycy, Afgańczycy, Kongijczycy, walczą obywatele Syrii, Egiptu i Jemenu – o łyk czystej wody, ciemną noc poza wzrokiem strażników, dobry zasięg telefonów, którymi będzie można wysłać swoją lokalizację aktywistom, kiedy mokre i zmęczone nogi odmówią dalszej wędrówki. Przepychani między dwiema granicami, uczą się odróżniać przekleństwa polskich pograniczników od białoruskich.

Walczą aktywiści i aktywistki, od minionego lata tworząc coś na kształt ruchu oporu. Walczą z czasem, kiedy grupa wzywająca pomocy utknie w puszczańskim bagnie, z polskimi służbami, które kryminalizują ratowanie życia, walczą z ciszą medialną, która coraz wyraźniej zapada nad granicą z Białorusią. Próbują walczyć ze stawianym tam murem, z ciężkim sprzętem wojskowym i budowlanym rozjeżdżającym najcenniejszy europejski las.

A gdyby wyobrazić sobie, że szesnastoletni Syryjczyk, kurdyjska matka i jej zmarznięte niemowlę, Afgańczyk w sile wieku, którego prawie zabiły białoruskie kolby i polski las, słyszą nad głowami polskie „Witajcie"? Anna Dąbrowska, prezeska stowarzyszenia Homo Faber, przez lata prowadziła szkolenia z praw człowieka dla funkcjonariuszy Straży Granicznej. Mówiła im: „Jesteście tymi, którzy jako pierwsi w Polsce mówią cudzoziemcom dzień dobry" i widziała w ich oczach zdumienie. Nikt wcześniej nie podsunął im takiej perspektywy. To ćwiczenie z przyjmowania innego punktu widzenia, które powinniśmy sobie wszyscy zadać. Ludzie, którzy przeszli przez polską granicę – tę z Ukrainą i tę z Białorusią, poznają inną Polskę i o innej Polsce nam opowiadają. Te opowieści wiele łączy: ciężar strachu, tęsknoty za bliskimi, lęku o przyszłość. Przybysz pozostaje przybyszem – czy to z pieczątką z polsko-ukraińskiego przejścia granicznego, czy z białoruską wizą wbitą w paszport, po której czeka ich jeszcze kurs taksówką pod zieloną granicę. A potem marsz przez puszczę, jakiej nigdy nie widzieli. Gdyby odwiedzili ją jako turyści, zachwyciłaby ich. Zamiast tego - przeraża i staje się pułapką.

O tym, co wiemy i rozumiemy z wydarzeń przy naszej wschodniej granicy, decydują dziś w równym stopniu historie opowiadane przez aktywistów oraz samych uchodźców i obrazy: fotografie, nagrania, czasem rysunki. Pomarszczona stopa mężczyzny, który kilka dni szedł przez mokrą puszczę. Liche ognisko i szałas z patyków, dziecięca rękawiczka zahaczona o gałąź. Dziewczyna w żółtej bluzie, z szarym kotem w ramionach. Dorosły płaczący jak dziecko przed polskim pogranicznikiem, dziecko zbyt zmęczone, by płakać, tulone przez ojca na pace wojskowej ciężarówki, którą za chwilę pojedzie – dokąd? W bezpieczne miejsce czy w ciemny las?

I obrazy zza ukraińskiej granicy: gruzowiska i leje po bombach. Pogrzeb żołnierza i traktor holujący rosyjski czołg. Kolejka samochodów przed przejściem granicznym, sceny pożegnań na dworcach, ciała cywilów, zwęglone resztki maszyn i ludzi. „Wstrząsające zdjęcia nie muszą tracić swojej mocy szokowania. Ale nie na wiele się zdają, jeśli chodzi o zrozumienie. Opowieści mogą nam pomóc zrozumieć. Fotografie pełnią inną funkcję – prześladują nas" pisała Susan Sontag w „Widoku cudzego cierpienia". Bez obrazów nie uwierzymy, bez opowieści – nie pojmiemy sensów. A przecież znamy już te kadry. Zdjęcia ze zbombardowanego Mariupola przywołują skojarzenia z powojennym krajobrazem Warszawy, a porzucone w puszczy śpiwory przenoszą nas do innych europejskich granic: do pomarańczowych kamizelek, wypluwanych przez morze na greckie wybrzeża. Do kopczyków uchodźczych grobów na Lesbos. Mamy już własne – na muzułmańskim cmentarzu w Bohonikach.

29 marca tego roku zapadł w Polsce pierwszy wyrok sądowy, określający pushbacki jako niehumanitarne i niezgodne z prawem. Sprawa dotyczyła trzech obywateli Afganistanu. Po nielegalnym przekroczeniu granicy polsko-białoruskiej i poproszeniu o ochronę międzynarodową w Polsce, jeszcze tej samej nocy zostali wywiezieni do lasu, na bagnisty teren, i pozostawieni pod granicą białoruską. Wyrok potwierdził to, co w swoim raporcie pisała Grupa Granica: ludzie wypychani przez polskie służby to ofiary. System, który na to pozwala, jest bezprawny i nieludzki.

A gdyby pomyśleć o ludziach w przygranicznych lasach: „nasi uchodźcy" tak, jak myślimy o uciekających przed putinowskimi bombami Ukrainkach i Ukraińcach? Gdyby tak pomyśleć o pochowanych w Polsce uchodźcach z polsko-białoruskiej granicy: „nasi zmarli"? Taką samą grę z wyobraźnią proponuje tytuł cyklu wydarzeń: „Za granicą, czyli w Polsce". To zachęta do gry w zmianę miejsca, z którego patrzymy na rzeczywistość. Co ta zmiana perspektywy nam robi? Z czego pozwala być dumnym, co przed nami obnaża? Gdy złapiemy reguły tej gry, rzeczywistość odpowie nam alternatywnymi wersjami wydarzeń. W tej alternatywnej rzeczywistości nikt nie ginie w polskim lesie.

Obejrzyj wystawę

O projekcie „Za granicą, czyli w Polsce"

Wystawa Agaty Kubis, artykuł Doroty Borodaj i debata to pierwsza odsłona większego projektu o tej samej nazwie – w jego ramach latem odbędzie się jeszcze przegląd filmów dotyczących wielokulturowości. Projekt jest realizowany przez Centrum Kultury Filmowej im. Andrzeja Wajdy oraz OKO.press.

Mijani przez nas na ulicach ludzie różnią się od nas swoją historią, pochodzeniem, narodowością, doświadczeniem i tradycjami. W ramach projektu „Za granicą, czyli w Polsce" chcemy uruchomić rozmowę o poznaniu, akceptacji i przyjaźni. Nauczyć się wymieniać historiami, korzystać z doświadczeń drugiego człowieka. – mówi Klara Bogusławska, kierowniczka działu upowszechniania kultury filmowej w CKF i autorka projektu.

Projekt „Za granicą, czyli w Polsce" jest realizowany dzięki wsparciu udzielonemu przez miasto stołeczne Warszawa w ramach Funduszu Instytucji Kultury.

Patronat nad wydarzeniem objęło radio TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM