Grzyby, czyli... pracowici grabarze. Kto dobierze się do ciebie po śmierci [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Czy wiesz, że grzyby potrafią polować? Że doprowadzają do skazania zabójcy? Że niektóre osobniki żyją nawet kilka tysięcy lat? Że biorąc do ręki ledwie gram gleby, podnosisz również sznury grzybniowe długości większej niż wysokość wieża Eiffla? Niesamowity świat grzybów odkrywają przed czytelnikami Karolina Głowacka i Marta Wrzosek w książce "W czym grzyby są lepsze od ciebie?".

Poniżej prezentujemy fragment rozdziału książki "W czym grzyby są lepsze od ciebie?" dotyczący... śmierci. 

Spójrzmy prawdzie w oczy. Przyjdzie dzień, w którym umrę. Moje ciało, pełne składników odżywczych, będzie zapewne bardzo atrakcyjne. Czy grzyby przybędą, aby mnie pożreć?

Wszystko zależy od tego, czy się skremujesz.

Załóżmy, że nie, chociaż nie wykluczam, że podejmę taką decyzję po naszej rozmowie.

No cóż, jeśli się nie skremujesz, to z całą pewnością na twoim ciele pojawią się różne organizmy, a wśród nich grzyby.

Ale jak się dostaną do trumny? Przecież trumnę się skręca i umieszcza w grobie wylanym betonem.

Cóż, nie zapominajmy, że zmarły nie jest szczególnie sterylny. Grzyby rozwijają się na jego ciele, zanim trafi do trumny. Z czasem do grobu dostaną się też muchówki. Oczywiście początkowo będą miały problem z wiekiem trumny, ale ono się prędzej czy później rozszczelni. A gdzie muchówki, tam grzyby, bo te owady noszą przecież grzyby na swoich nogach i skrzydłach. W grobowcu pojawią się też nicienie i bakterie. Te ostatnie będą konkurowały z grzybami, a w walce obie strony będą wykorzystywały broń chemiczną. Bakterie sięgną po fungicydy, a grzyby po antybiotyki. Kto wygra to starcie? Zazwyczaj zwycięzcami zostają bakterie, choć duże znaczenie ma tu pierwszeństwo. Jeżeli grzyb zdążył rozwinąć się trochę wcześniej, powiedzmy jeszcze na ciele czy ubraniu starego, chorego człowieka, to przynajmniej częściowo zwycięży w walce z bakteriami. Z kolei jeśli bakterie będą pierwsze, to wytworzą śluzowate powłoki, które fizycznie odetną zarodnikom drogę do źródła pokarmu.

A jak to będzie wyglądało? Ciało zostanie obrośnięte strzępkami czy może – aż boję się o to pytać – pojawią się owocniki?

To różnie bywa. Zasadniczo na rozkładającym się ciele najpierw rozwijają się pleśnie z grupy Mucorales. Bardzo dużo jest również pędzlaków, Penicillium. Dość często pojawiają się drożdżaki, a szczególnie występująca także u żywych ludzi Candida. Ten grzyb jest już przyzwyczajony do korzystania z ludzkich zasobów, więc dobrze sobie radzi ze zwłokami. Niedawno badałam wnętrze zabytkowej krypty grobowej i znalazłam bez liku kropidlaków – co więcej, były to gatunki groźne nawet dla żyjących. Na szczęście pracowałam w kombinezonie i maseczce, ale czułam się jednak trochę nieswojo. Jeżeli chodzi o grzyby owocnikowe, to rzeczywiście są takie dwa trupie gatunki. Mówię tu o rogowniczce końskiej i rogowniczce ptasiej. Te grzyby rozwijają się na kościach. Nie jestem pewna, czy jest jakaś rogowniczka ludzka, ale myślę, że moglibyśmy się spodziewać pojawienia się tego typu grzybów również na człowieku. Przypuszczam, że rogowniczka końska nie pogardziłaby ludzką kością miedniczną. Duże znaczenie miałby w tym wypadku dostęp powietrza, bo rogowniczki rosną na kościach leżących na ściółce, a w grobach z wietrzeniem bywa różnie. Jeśli powietrza będzie mniej, rozwiną się głównie drożdżakowce, jeśli więcej, to świeże ciało pokryją głównie pleśnie.

No pewnie. W sumie co im żałować.

Grzyby mogą korzystać z zasobów martwego ciała także pośrednio. Niektóre uwielbiają wysokoazotowe podłoże. A jeśli płytko w ziemi jest zakopany jakiś człowiek czy zwierzę, to w pobliskiej glebie stężenie tego pierwiastka znacząco wzrasta. I właśnie tam wyrosną zapewne grzyby azotolubne. Choćby czubajki kanie, które często występują na śmietniskach i cmentarzach.

Hm, kania jest jadalna.

O tak, pyszna.

Ale to tak jakoś… nieapetycznie.

Może więc lepiej tego nie rozpowiadaj. Zmieńmy nieco temat. Słyszałaś na pewno o klątwie Tutenchamona?

A tak, rzekoma klątwa miała dopaść tych, którzy zakłócą spokój faraona i otworzą jego grób.

No więc mamy polską wersję tej historii. Mowa o królu Kazimierzu Jagiellończyku, któremu zmarło się w Grodnie pod koniec XV wieku. Do Krakowa było daleko, środek lata, ale otoczenie uznało, że nie godzi się
chować króla z dala od stolicy. Trzeba wieźć na Wawel.

Brzmi to jak bardzo, bardzo zły plan.

Cóż, ciało króla oczywiście zaczęło się psuć. Owijano je więc w kolejne warstwy płótna i jechano dalej. W samym Krakowie w obawie przed epidemią uznano, że lepiej już nie przebierać władcy w stroje monarsze,
tylko złożono go w tym, w czym był. I tak król przeleżał w spokoju do 1973 roku, kiedy to badacze postanowili zbadać kryptę. Musiano na to uzyskać specjalne pozwolenie od Karola Wojtyły, który był wtedy metropolitą krakowskim. Zgoda przyszła. Dostanie się do króla i jego żony Elżbiety Rakuszanki przysporzyło ekipie technicznej niejakich problemów, ponieważ para leżała w krypcie dość głęboko. Ostatecznie udało się zrobić wąskie przejście, ale o wyciąganiu ze środka szczątków nie było mowy. Trzeba było prowadzić badania w samej krypcie.

Ciężkie warunki pracy.

Badaczy było kilkunastu. Trumny króla i królowej zastali w całkowitej rozsypce. Do krypty wstawili stojaki i deski i zaczęli kompletować szkielety. Pracowali pod ziemią przez wiele godzin. Po dwóch czy trzech miesiącach zmarł człowiek, który pierwszy przekroczył progi krypty.

Nie!

Tak było. Co więcej, ten człowiek obawiał się tzw. klątwy Kazimierza Jagiellończyka. Podobno chodził po pracy z książką o klątwie Tutenchamona i głośno się zastanawiał, czy wchodzenie do krypty to na pewno dobry pomysł. Umarł jako pierwszy, i to w niepokojąco krótkim czasie od zakończenia prac.

Co masz na myśli, mówiąc "jako pierwszy"…?

W następnych latach pojawiły się kolejne ofiary śmiertelne. Co zaskakujące, byli to ludzie w średnim wieku, zasadniczo zdrowi. Na pozostałe osoby pracujące w krypcie padł strach. Ponieważ spodziewano się biologicznej przyczyny zgonów, poproszono o pomoc mikrobiologów. Zastosowali oni prostą metodę Kocha, polegającą na wystawianiu podłoża na osadzanie się występujących w powietrzu mikroorganizmów. Okazało się, że szalki bardzo szybko porastają ogromną ilością małych kolonii Aspergillus flavus. To bardzo niebezpieczny grzyb, wytwarza mutagenne i rakotwórcze toksyny.

A ci badacze oddychali nimi godzinami…

Właśnie. Zarodniki Aspergillus mają około 2–3 mikronów średnicy, wobec tego podczas wdechu z łatwością przedostają się do tzw. drzewa oskrzelowego i osiadają na jego błonach śluzowych. Wytwarzają toksyczne związki, które rozprzestrzeniają się po całym ciele człowieka. Jeżeli zarodników jest bardzo dużo, a człowiek wdycha spory kilka godzin dziennie, to stężenie groźnych substancji rośnie. W pewnym momencie układ odpornościowy się poddaje.

Czyli wszystko z powodu rozkładu królewskiego ciała przez grzyby?

Myślę, że podstawową rolę odegrał długi czas przewożenia zwłok i owijania ich kolejnymi warstwami materiału. To zapewniło grzybom idealne warunki życia.

I one przetrwały kilkaset lat?

Zarodniki spokojnie mogą tyle przetrwać, ale stracą zdolność do kiełkowania. Pamiętajmy jednak, że sukcesywnie w krypcie wzrastały nowe pokolenia. Zarodniki tworzyły się na strzępkach, kiełkowały, formowały kolonie i znów produkowały łańcuchy zarodników. Niektóre zasypywały posadzkę krypty i wszystkie sprzęty niczym kurz, a inne pozostawały aktywne, korzystając z tego zasobu, który ciągle w krypcie był dostępny – czyli królewskich zwłok i płócien. Aspergillus wciąż wzrastał na całunie, na skórze, na pasie, na podeszwach butów… Cały ten cykl się powtarzał jak obroty koła. Kultury grzyba, które uzyskano na szalkach, nie pochodziły więc z zarodników średniowiecznych, ale z ich potomków. Inna sprawa, że i toksyny sprzed stuleci zapewne nie ucierpiały. Płótna roślinne nasączone związkami azotowymi pochodzącymi z ciała stanowiły dla grzyba prawdziwy raj. Zapasy niemal nieskończone. A w każdym razie ciągle dostępne aż do XX wieku.

Od czego zależy, jaki grzyb rozwinie się na ciele nieboszczyka?

Grzyby skolonizują każdego, niezależnie od tego, jak umrze. Najczęściej tę "ziemię obiecaną” zajmują grzyby charakterystyczne dla miejsca pochówku, a nie te będące naszymi wyspecjalizowanymi pasożytami za życia. Mówiąc o kolonizatorach, mam na myśli grzyby obecne w danym grobowcu czy glebie oraz te, które trafiły na nasze ciało przed pochówkiem. Zwykłe grzyby, których zarodniki krążą w powietrzu.

Tak sobie dość lekko rozmawiamy o procesie rozkładu ciała, a dla wielu ludzi to dość odstręczająca wizja. Tymczasem bez zdolności do rozkładu utonęlibyśmy w ogromnej masie martwej materii organicznej.

O tak, niepodobna wyobrazić sobie życia na ziemi bez obiegu materii. Oczywiście są takie substancje, które dany grzyb rozłoży łatwiej, i takie, z którymi będzie musiał się pomęczyć.

Ile na przykład zajmuje rozłożenie liścia?

To zależy od tego, jaki to liść i czy leży w swoim, czy też w obcym siedlisku.

Przyjmijmy klasycznie, liść jest u siebie.

To 2–3 lata.

Tak długo? Wydawałoby się, że wszystko zamyka się w jednym sezonie.

Są takie miejsca, gdzie idzie to szybciej. Badaliśmy kiedyś rozkład zakopanych w glebie pniaków świerkowych o średnicy 15–20 centymetrów. Po 7 latach wiele z nich było już kompletnie rozłożonych, a mówimy o relatywnie dużym kawałku drewna. Czasami drewno może rozłożyć się nawet szybciej od liścia. Znaczenie ma tu wiele czynników. Weźmy na przykład liście dwóch gatunków dębów: czerwonego i szypułkowego.

Będzie jakaś różnica?

W Polsce rozkład liści dębu szypułkowego przebiega znacznie szybciej niż w przypadku dębu czerwonego, który nie jest krajowym gatunkiem. Grzyby ściółkowe lepiej radzą sobie z rodzimymi roślinami. Dąb czerwony ma mnóstwo substancji konserwujących, które utrudniają rozkład. Dlatego sadzenie go zmienia charakter ściółki, obieg materii jest znacznie spowolniony. Pod drzewem tego gatunku wyrasta też dużo mniej owocników niż pod jakimkolwiek innym.

Ale jest możliwe, że dąb czerwony zadomowi się kiedyś u nas i stanie się gatunkiem rodzimym?

Rodzimym nie będzie nigdy, ale oczywiście zadomowi się, tylko pytanie, kiedy naprawdę wtopi się w środowisko, tak by nie czuło się w nim intruza…

Co dokładnie dzieje się w ściółce podczas rozkładu? Z zewnątrz widać, że na ściółkę spadają kolorowe liście, a potem robi się brązowa breja.

To efekt tlenowych procesów butwienia i beztlenowych procesów gnicia. Procesy gnilne wiążą się z wydzielaniem związków lotnych, które mają dla nas bardzo nieprzyjemny zapach. Nic dziwnego – wiele substancji wytwarzanych przez bakterie i grzyby prowadzące proces gnilny jest dla nas toksycznych. Ewolucyjnie wytworzyliśmy więc w sobie wstręt do pewnych zapachów i staramy się trzymać od nich z daleka. Za oba procesy odpowiadają grzyby i bakterie. Bywa, że działają ręka w rękę, a w zasadzie strzępka w komórkę, ale zdarza się też, że sobie wzajemnie przeszkadzają. Bakterie i grzyby to jednak nie wszystko. W rozkładzie biorą również udział roztocza, skoczogonki, ameby, nicienie i owady. Bardzo często jest tak, że jako pierwsze do akcji wkraczają zwierzęta, które przerabiają na miazgę dany fragment materii, a na tej miazdze oraz ich odchodach rozwijają się grzyby. Dopiero cała ta drużyna poradzi sobie z rozkładem materii.

Skąd te różne kolory? Znamy je nawet z naszych lodówek – zielone, białawe, niebieskie pleśnie. A w lesie tyle brązu.

Na świecie mamy prawdopodobnie około 1,5 mln gatunków grzybów. Z tego ogromna większość to workowce, bardzo często właśnie w formie pleśni. Mogą mieć najróżniejsze kolory. Grzyby z rodzaju Penicillium mogą mieć kolor niebieski, żółty, zielony, szary. Kropidlak Aspergillus to takson grupujący szeroko rozpowszechnione gatunki. Są brązowe, żółte, zielone, niebieskie, białe, czarne, rzadziej czerwonawe. Jest też wiele grzybów różowych i purpurowych. Na szalkach możemy mieć mozaikę barwną.
W warunkach naturalnych obecność grzybów jest trudno zauważalna, bo ich kolory giną na pstrokatym tle ściółki. Właściwości grzybów wykorzystujemy zresztą na uczelni do robienia kartek świątecznych z grzybów.

DOSTĘP PREMIUM