Gdy lewicowiec próbuje zrozumieć prawicę. "Przedwojnie", czyli pierwsza powieść Galopującego Majora

- To jest książka, która stara się zrozumieć prawicę. Czasami mam wrażenie, że być może przeholowałem i jestem zbyt empatyczny wobec niektórych prawicowych bohaterów - mówi Łukasz Hassliebe, znany jako Galopujący Major, o swojej pierwszej powieści "Przedwojnie". Publikujemy jej fragment.
Zobacz wideo

- To jest powieść, w której każdemu się trochę dostaje. Starałem się krytykę wynikającą z narracji kierować nie tylko w prawicę, ale i w liberalny rząd, i księży. To nie jest tak, że kopana jest tylko jedna strona. Starałem się w sposób uczciwy pokazać pewne konsekwencje naszych słów i czynów - mówił autor, przyznając, że "Przedwojnie" to książka katastroficzna. On sam opisał ją tak: "Wyobraźcie sobie "Frantic" Polańskiego, który dzieje się w upadającej Republice Weimarskiej roku 2030. To jest tło. Ta książka jest o małżeństwie, o mężczyźnie, któremu ginie żona. A jednocześnie zamordowano jego teścia, który jest prawicowym politykiem". 

Łukasz Hassliebe to prawnik, pisarz, publicysta. Pod pseudonimem Galopujący Major publikuje m.in. w Krytyce Politycznej i "Super Expressie". Autor "Pancernej brzozy - słownika prawicowej polszczyzny" oraz felietonu "Teraz już rozumiecie, dlaczego Polska przez tyle lat była pod zaborami?". Stały gość podcastu TOK FM "Sabat symetrystów" Grzegorza Sroczyńskiego. 

Publikujemy fragment powieści "Przedwojnie" Łukasza Hassliebe, znanego jako Galopujący Major, wydanej przez Wydawnictwo Agora.

Pod estradą tymczasem wrzało: roje manifestantów i jeden wielki ludzki klangor nad głowami. Na samym podeście sceny stojącej między Centrum Kopernika a Muzeum Komunizmu faceci w ciemnoniebieskich kurtkach, takich samych jak ta, w której na scenę wybiegł morderca Jerzyka - co zanim spotęgowało furię, wprawiać musiało wszystkich w osłupienie - uwijali się i zabezpieczali ślady. Pobierali próbki, dokonywali wszystkich tych swoich pomiarów, co wyglądają równie tajemniczo i podejrzanie, ale wszystko robili po łebkach, pospieszając jeden drugiego, bo wiedzieli, że czasu mają zbyt mało. Z drugiej strony tłum bowiem napierał. Jeszcze wstrzymywany przez służby porządkowe; jeszcze policjanci, którzy w dwóch pobliskich furgonetkach zostawili resztki hamburgerowych kolacji, sprośnych żartów i niedokończone partyjki z wirtualnie dyndającymi cycami, trzymali kordon przed sceną; jeszcze nikt z ludu nie odważył się na szturm, ale głośne "mor-der-cy, mor-der-cy" słychać było zewsząd.

Ile wytrzymają? Kto pierwszy przełamie? Ilu policjantów trafi na OIOM, czy znowu będą miesiące zwlekać z wypłatą nadgodzin i czy ta rozwrzeszczana hołota naprawdę, ale to naprawdę wydrapie im oczy, jak przestrzegano na odprawach przed każdą akcją? Bo czy oni sami by oczu nie chcieli wydrapać, gdyby zobaczyli chociaż trochę tych wszystkich operacyjnych nagrań, które co rusz wyciekały i pokazywały bestialstwo, bo trudno to nazwać brutalnością, po prostu bestialstwo policji rozprawiającej się z prawacką hołotą?

Maciek dopchał się prawie na czoło rozjuszonego tłumu, wyjącego z wściekłości i ze śliską pianą na pyskach otwarcie nawołującego do krwawego odwetu. Tłumu tych, którzy wciąż byli na nie, nie i jeszcze raz nie i na podobnych wiecach i demonstracjach zbierali się od wielu miesięcy, odkąd liberałowie, choć przecież słabi i będący w mniejszości, przy wsparciu prezydenta sformowali rząd. Tłum zaś nienawidził tamtych za to, że tamci mieli wszystko, a ci tutaj nie mieli nic. Że tamci mieli władzę i moc sprawcza?, a ci tutaj, odkąd państwo niczym zawirusowane zwierzę ledwo dycha i kaszle krwią, mieli wyłączaną co kilka wieczoro?w energie?. I że nie mogą w imię bezpieczeństwa przekraczać dozwolonej prędkości, nie tylko na rozpadających się ekspresówkach, ale w ogóle, bo wszystko, ale to wszystko, jest przecież rejestrowane. Że na stadiony, koncerty, ba, nawet do niektórych knajp wstęp mają tylko ci, co nie przekroczyli sześćdziesięciu jeden punktów karnych za zamieszki, a takie po kilku latach rządów tej liberalnej grandy ma już niemal każdy, chyba że wykupił oficjalne, a jakże, państwowe ubezpieczenie. I że o określonych porach nie mogą już nawet wjeżdżać do ekskluzywnych, turystycznych stref swoimi rzekomo starymi, a tak naprawdę wielce zadbanymi, bo z Reichu, i wcale niekaszlącymi już od lat dieslami. A co najbardziej uwłaczające, nawet jakby wjechali, to przecież nikt ich nie będzie ganiał po mieście, nikt nawet nie weźmie łapówki, tylko te jebane satelickie szpiony po prostu wyślą sygnał ściągnięcia mandatu bezpośrednio z bankowego konta. I jeszcze ziali nienawiścią za to, że tym wszystkim ciapciakom, nierobom, tym beżowym, jak je przezywali, kobietom hurtowo rodzącym te ciapciackie dzieciory tamci dawali jakieś zapomogi. I bony towarowe też ciapciakom dawali, żeby tylko ich oczywiście w chuj leniwi mężowie nie uciekali z rozkopanych placów budowy, a właściwie to z placów remontu, bo wszystko, dosłownie wszystko się sypało i zamieniało w proch i trociny. A ich, ich samych, nie tylko warszawiaków, podwarszawiaków i podpodwarszawiaków, ale wszystkich, i to bez względu na wiek czy profesję, nazywano pokoleniem 19,90, bo to nie było przecież wcale tak, że wszystko kosztowało jakieś horrendalne pieniądze, wręcz przeciwnie, kosztowało mało, właśnie owe 19,90 plus VAT. Tylko to mało kosztowało wszystko i system mikropłatności nie dość, że niczym rozlana magma oblepiał i uciskał swoim ciężarem tchawicę, to jeszcze zmuszał do upokarzającego tłumaczenia, że jak to, nie stać cię na te głupie 19,90 abonamentu na wizyty w parku? I że jak się zbuntujesz, jak kobietę będziesz chciał poderwać, to cię zaraz nazwą seksistą, że nie wiadomo już, jak rozmawiać z młodymi kobietami, żeby cię nie zwyzywały, że męski gatunek jest po prostu na wymarciu. Jak te jebane bizony!

Więc stali i protestowali, wciąż krzycząc, że "jest, kurwa, jak jest", a "miało być, jak było". Że już nie chcą takiej brukselskiej elity, ale nie mogą się wycofać, bo rachunek za wyjście z tej jebanej Jewropy jest gorszy niż ten podyktowany Anglikom, Węgrom i Malcie, i że im bardziej się odwracają na wschód i cisną do swojego różańcowego Boga, tym bardziej to całe rozmiłowane w zachodnim truchle lewactwo bezczelnie plugawi im wszystko, co święte, rozdając nagrody za penisy na krzyżach. Że każą współczuć, że wciąż każą współczuć żabkom, pieskom, czarnym, biednym, lesbom i Bóg jeden wie komu jeszcze, a im kto, do chuja pana, chociaż raz będzie współczuł? No kto?

Więc stali tak, stali i poniekąd w owym staniu potrafili się rozsmakować, albowiem podświadomie może nie wszyscy, ale ta bardziej pesymistyczna część wiedziała, że zmiana władzy wszystkiego, a może nawet niczego, nie załatwi. A zdjęcie z urzędu tego fistaszkowego prezydenta i tego rządu "pizd obrośniętych rzeżuchą", jak w jednym przemówieniu zakrzyknął nieco podchmielony Jerzyk, dodatkowo rzecz całą utrudni, jak utrudniają każde nowo otwarte na oścież drzwi. Przedłużali więc protesty, lubowali się w nich, chuchając na nie i dmuchając, aby nie zgasły.

I teraz nagle dostali ten straszny, owszem, bardzo nawet straszny, lecz mimo wszystko wspaniały, krwią nabłyszczony prezent w postaci zabójstwa faceta, o którym wiedzieli tylko to, że chyba ma kasę, kręci się wokół Sprawy i czasem na koniec wykrzykuje jakieś banały i świństwa. Mor-der-cy, mor-der-cy! - niosło się pośród tłumu (…).

Nagle rozległ się chrzęst kevlaru i stukot podbitych butów. Tak, to maszerowali tarczownicy. Szli trójkami ze wzrokiem błądzącym po okolicznych pustych oknach, wypatrując niemych snajperów, których obecności, podobnie zresztą jak białoruskich pancerniaków i przenośnego sprzętu do zakłócania dronów, wciąż w słuchawkach nie zameldowano. Stanęli ławą przed coraz bardziej umęczonym kordonem policyjnym na pierwszej linii tej prowizorycznej i gulgoczącej strachem i zmęczeniem obrony.

- Proszę się rozejść! - dało się niewyraźnie słyszeć z megafonu dowódcy Popowskiego, który wciąż targany myślami, by rzucić to wszystko i wyjechać do szwagra pod Sztokholm (ale czy mu tam pieprzona dzicz córeczki nie zgwałci?), znał już cały, może i barwny, ale jakże powtarzalny korowód zdarzeń, te wszystkie pałki, piski, wyrywanie długich puszystych włosów i umyślne ciąganie ludzi, czasami nawet twarzą po mokrym asfalcie.

Tłum jednak nie chciał się rozejść, bo jak miałby się rozejść, gdy tu i teraz czuł siłę i moc, czuł, jak rosły mu skrzydła, jak jednym pacnięciem może zmieść ten cały kevlarowy boysband, świat cały może ścisnąć i nim potrząsnąć. I tak jak tłum nie chciał się rozejść, tak nie chciał rozejść się Maciek. Nie po to przepychał się tutaj, do pierwszych szeregów, nie po to biegł zdyszany, nie po to go ściskało w gardle na widok palonego auta, by teraz na jedną i to jeszcze tak niewyraźną komendę odpuścić szukanie żony swojej Edyty. Co ten kevlarowy chujek sobie w ogóle myśli?

- Proszę się rozejść, bo będziemy musieli… - Popowski tym razem głośniej krzyknął do megafonu, ale nie dokończył, bo ktoś bezczelnie dronem, zapewne wypożyczonym, podfrunął do niego na długość wysuwanej pałki i błyskawicznie tą właśnie pałką został przez Popowskiego zdjęty. - Naprzód! - zawołał zniecierpliwiony do tarczowników, a ci szeroką ławą, krok za krokiem, chowając się za tarczami, ruszyli na demonstrantów.

Galopujący Major o swojej książce opowiadał także w audycji Grzegorza Sroczyńskiego "Świat się chwieje" 

DOSTĘP PREMIUM