A to mógłby być "Taki fajny kraj do życia". [FRAGMENT KSIĄŻKI MICHAŁA SUTOWSKIEGO]

Ochrona zdrowia, edukacja, prawa pracownika, zielona energia, zdrowe powietrze, Polska lokalna - wszystko to, gdyby było dopracowane, mogłby sprawić, że kraj naszego życia stałby się "fajny". O tym, jak to zrobić, jest nowa książka Michała Sutowskiego, której fragment publikujemy.

Michał Sutowski będzie gościem Radia TOK FM 4 maja. A my już dziś publikujemy fragment jego książki "Taki fajny kraj do życia", wydanej przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej. To zbiór wywiadów ze specjalistami w swoich dziedzinach, którzy tłumaczą, jak można byłoby je urządzić na nowo, by działały lepiej.

Fragment wywiadu pt. "Polska musi przestać się trzymać zębami węglowej futryny", 27 stycznia 2020

Michał Sutowski: Jak się mają skutki zmian klimatycznych - wzrost temperatur, mniej opadów śniegu, susze - do produkcji żywności w Polsce? Czeka nas żywnościowa Apokalipsa?

Marcin Popkiewicz: Już teraz w okresach susz rolnicy ponoszą olbrzymie straty, a ubezpieczyciele wypłacają odszkodowania idące w miliardy. Nieaktualne staje się powiedzenie "robić coś za pietruszkę", bo w związku z nieurodzajem jej ceny w zeszłym roku sięgnęły dwudziestu paru złotych za kilogram. Oczywiście nie jest tak, żeby produkcja miała się szybko i gwałtownie załamać, raczej nie grozi nam też zejście do poziomu śmierci głodowych na ulicach. Choćby ze względu na fakt, że obecnie mamy nadprodukcję i wielkie marnotrawstwo żywności.

A winorośl będziemy uprawiać?

Już zaczynamy zmieniać uprawy - kukurydza udaje się nam bardzo dobrze, choć kiedyś było jej za zimno, z kolei dla ziemniaków robi się za ciepło. Na Podkarpaciu zaczynają się przymiarki do uprawy sorgo, może i dla oliwek przyjdzie czas. A winorośl zaczyna się już udawać nawet w Skandynawii, z kolei Włochy czy Hiszpania będą dla niej za gorące.

I my faktycznie damy radę produkować coś radykalnie innego niż dotychczas?

Tak, zaczniemy uprawiać bardziej ciepłolubne rośliny z południa - to jest do zrobienia. Gorszy problem będzie tam, gdzie wysokie temperatury sprawią, że nie bardzo będzie co sadzić, bo nie ma roślin, które lubiłyby jeszcze większe upały niż te, które tam już panują. Jeden z ostatnio opublikowanych raportów pokazuje, że średnioroczne temperatury powyżej 29 stopni Celsjusza występują na 0,8 procent powierzchni lądu - to tyle, co na Saharze, to są generalnie tereny niezamieszkałe. W scenariuszu "biznes-jak-zwyke" za 50 lat na takich terenach będzie mieszkało 3,5 mld ludzi…

Może popatrzmy na to z tej strony: my będziemy mogli uprawiać żywność, a inni nie - więc nasze produkty staną się bardzo cenne? I zaczynamy korzystać…

Naszymi, czyli Północy, emisjami gazów cieplarnianych zmieniamy klimat na Południu, oni przez to tracą środki i miejsce do życia, bo załamuje się ich rolnictwo, więc teraz my im coś będziemy drożej sprzedawać… Można i tak na to patrzeć, przy odpowiedniej dawce cynizmu.

Ale nawet bez cynizmu - może u nas nie będzie aż tak źle?

Owszem, będziemy zmianą klimatu realnie mniej dotknięci. Jeszcze można się do niej adaptować i powinniśmy to robić.

Jak? Poza tym, że będziemy musieli uprawiać co innego?

Nie tylko co innego, ale też inaczej. Ocieplenie klimatu wysusza polskie gleby: erozja wietrzna zwiewa je do Bałtyku, przy opadach nawalnych woda z nich spływa do rzek. A my w tej sytuacji musimy zadbać o produktywność gleb długoterminowo. To znaczy, że na wypadek suszy musimy mieć wodne "gąbki" w krajobrazie, czyli miejsca, które naturalnie magazynują wodę: torfowiska, podmokłe łąki, lasy, olsy, starorzecza… Trzeba je zachowywać i przywracać, zamiast osuszać i betonować, czyli robić dokładnie odwrotnie niż dziś, gdy meliorujemy pola, osuszamy mokradła i prostujemy rzeki.

A co to znaczy dla polityki rolnej? Jak można dostosować rolnictwo do tych zmian?

Dostosowanie miałoby dwie płaszczyzny, to znaczy fizyczną i polityki publicznej. Jeśli chodzi o tę pierwszą, to trzeba retencjonować wodę i dbać, żeby gleby nie podlegały erozji, nie traciły minerałów. Czyli jeszcze raz: niezbędne jest przywracanie podmokłych łąk, dbanie o torfowiska, o bogate i różnorodne lasy naturalne, a nie monokultury leśne, będące de facto plantacjami desek. W przypadku gleb najważniejsze problemy to orka i nadmierne nawożenie. Dziś rolnik wjeżdża na pole z różnymi pestycydami: herbicydami, insektycydami, fungicydami, bo w ten sposób zabija wszystko, co tam żyje i rośnie, oprócz właściwej uprawy. To jest po prostu wygodne i daje dobrze zarobić.

I chyba też podnosi zbiór z hektara? Dawne zboża, bardziej odporne na grzyby czy pasożyty, miały mniejszą wydajność?

Przez jakiś czas faktycznie zbiór jest większy, ale na dłuższą metę gleba się w ten sposób degraduje. Bo gleba to cały ekosystem, z dżdżownicami, grzybami, bakteriami, różnymi małymi ssakami. Jeśli jest spulchniona, to jest to coś żywego. Ale jak potraktujesz ją silną chemią i ubijesz ziemię ciężkim sprzętem rolnym, to zamienisz glebę w martwy pył. Jak przychodzą opady, to taka ziemia nie będzie pochłaniać wody. Do tego wycinane są drzewa śródpolne, więc wiatr hula po polach i rozwiewa tumany kurzu, jak na Bliskim Wschodzie. Do tego dochodzi nadmierne nawożenie.

Czemu nadmierne? Przecież nawóz kosztuje.

Robią to rolnicy edukowani - przez producentów, za pośrednictwem doradców rolnych - by ładować nawozu, ile wlezie. Gdyby gleba była żywa, gruzłowata, woda by w nią wsiąkała, ale jak nie jest, to spływa górą. W efekcie nawozy też nie wsiąkają w glebę, tylko spływają do rzeki, jeziorka obok, a na końcu do Bałtyku, więc trzeba sypnąć dużo więcej, żeby cokolwiek w ziemi zostało. No i do tego wszystkiego dochodzi orka, która jest na dłuższą metę bardzo destrukcyjna.

I co w związku z tym? Można w ogóle zrezygnować z nawozów i orki bez wielkich strat wydajności?

Wybór między produktywnością a środowiskiem to fałszywa alternatywa, w każdym razie jeśli tylko bierzemy pod uwagę długoterminowy dobrostan polskich gleb. Ta wysoka dzisiaj produktywność powoduje przecież erodowanie gleby w perspektywie kilku dziesięcioleci.

Na całym świecie ze względu na jałowienie gleby rocznie tracimy powierzchnię Polski – w wyniku erozji, wzrostu zasolenia czy wyczerpania pokładów wodonośnych. Musimy przechodzić na mniej destrukcyjne sposoby gospodarowania: uprawę bezorkową, ograniczanie nawozów sztucznych, naturalną kontrolę szkodników, czyli zostawianie miedzy i zarośli, żeby owady, ptaki i inne zwierzęta miały gdzie żyć.

Ale jak na to wszystko wpłynąć politycznie?

Na przykład jako warunek dopłaty do hektara postawić dbałość o dobrostan gleb. Dziś system dopłat jest niesprawiedliwy, bo większość sum przejmuje mała grupa wielkich gospodarstw, a drobni rolnicy dostają ochłapy. Wsparcie powinno być kierowane do upraw, przy których spełniane są wymogi środowiskowe, o których wspomnieliśmy. Częścią Zielonego Ładu Unii Europejskiej ma być zresztą reforma polityki rolnej, choć co z tego wyniknie konkretnie, zobaczymy.

A gdzie w tym wszystkim mieści się mięso? Bo to też kawał naszej produkcji żywności…

Tu już wchodzimy na drugie pole, to znaczy nie tylko adaptacji, ale też mitygacji zmiany klimatu, czyli ograniczania emisji. Na świecie mięso odpowiada za kilkanaście procent globalnych emisji gazów cieplarnianych.

A w Polsce?

Zależy, jak liczyć. Bo największy udział w emisji gazów cieplarnianych w całym cyklu żywnościowym ma wylesianie – pod hodowlę krowy, którą jemy, w Brazylii, albo pod uprawę soi eksportowanej na paszę do polskiego rolnika. I tego elementu polski rolnik do śladu węglowego sobie nie liczy. Do tego dochodzi oczywiście produkcja nawozów, nawadnianie, transport, puszki, lodówki, przygotowanie posiłku… Zużycie energii w samym rolnictwie, typu spalanie paliwa do traktora, to wąski wycinek całości. Dlatego, choć mięso to kilkanaście procent emisji gazów cieplarnianych, polski lobbysta rolny powie ci, że to ledwie 2 procent polskich emisji CO2, bo reszty nie policzy. Nie uwzględni nawet metanu wybekiwanego przez przeżuwacze czy emisji podtlenku azotu z nawozów…

Krótko mówiąc…

…bez ograniczenia wysokoemisyjnego mięsa ochrona klimatu się nie spina. Co prawda, jak z wołowiny przejdziemy na drób, odpada nam temat metanu, no i to zwierzę po prostu krócej żyje, więc na kilogram mięsa potrzeba mniej paszy.

Zarazem problemy z hodowlą zwierząt - abstrahując w ogóle od ich dobrostanu - nie ograniczają się do gazów cieplarnianych, ale obejmują też np. zużycie wody. Kilogram dobrego steku to kilka do kilkudziesięciu tysięcy litrów wody plus erozja gleb, antybiotyki, użyte pestycydy itd. Jedząc bezpośrednio rośliny, potrzebowalibyśmy niecałej połowy obecnych powierzchni upraw rolnych. Rozpanoszyliśmy się tak bardzo, bo chcemy jeść mięso. A wiemy na pewno, że nadmiar mięsa nam nie służy - WHO wymienia długą listę chorób wywołanych jedzenia mięsa, zwłaszcza czerwonego, i wskazuje, że powinniśmy jeść maksymalnie pół kilo mięsa tygodniowo.

A jemy?

W Polsce średnio półtora kilo - trzykrotnie więcej od limitu tego, co jest dla nas zdrowe. Dlatego trzeba i tu wprowadzić zasadę, że zanieczyszczający płaci - niech mięso kosztuje zgodnie ze swoim wpływem na środowisko, na zdrowie, na tej samej zasadzie, na jakiej opodatkowujemy papierosy. Skoro palacza trzeba leczyć, to niech przynajmniej płaci za to w akcyzie, tak samo powinno być z jedzeniem mięsa. A zebrane pieniądze można oddać społeczeństwu, najlepiej dofinansowując jedzenie bezmięsne. Przy takiej polityce burger wegański mógłby kosztować 3 złote, z kurczaka - dychę, a wołowy - 4 dychy. Na zasadzie: kupuj, co chcesz, ale weź na siebie koszty związane ze swoim wyborem. Nie jestem natomiast zwolennikiem zakazów, choć może wprowadziłbym bezmięsne piątki w szkołach, z dobrym jedzeniem wege.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (5)
A to mógłby być "Taki fajny kraj do życia". [FRAGMENT KSIĄŻKI MICHAŁA SUTOWSKIEGO]
Zaloguj się
  • xt-s

    Oceniono 3 razy 3

    Gdyby świat był idealny (idealny według moich wyobrażeń ideału), a wszyscy inni ludzie marzyli wręcz o realizacji ideałów, o których ja marzę, a nie własnych, to byłby "fajny". Prawda tyleż prawdziwa, co mało odkrywcza, jak każda tautologia. I każda utopia.

  • 2bxornot2b

    Oceniono 4 razy 0

    Fajny to byl tem kraj za stawki godzinowy 3,5 pln. i ze zacytuje Grasia - absolutnie nie opłaca się już produkcja narkotyków, tylko VAT akich stu??? Nie musisz tworzyć stu firm, no co ty! Problem jest tylko znalezienie... dzisiaj to jest złoto, jutro pręty stalowe, pojutrze wapno, potem olej rzepakowy, potem wiesz, ku**a każdy towar, absolutnie wszystko możesz przekrecic.

  • indan

    Oceniono 1 raz -1

    Zamiast jojczyć o suszy niech każdy rolnik zasypie rowy melioracyjne.

  • krytek-7

    Oceniono 5 razy -1

    Co on durny bredzi? Becia dawno stwierdzila,ze w Polsce zyje sie fajowo,po czym pojechala do dzikiej i bezboznej Brukseli.Chyba bedzie ich chrystianizowac.

  • six_a

    Oceniono 2 razy -2

    tak!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX